Kuchnie świata
Czerwone maki w Mikoan Bar
Barman w barze w Kioto puszcza w ruch po kontuarze szklankę z żubrówką. Jak Cybulski w słynnej scenie z filmu „Popiół i diament”
Wejście do baru Mikoan łatwo przeoczyć. Idąc Teramachi-dori‚ przy której skupiają się sklepy z elektroniką‚ trzeba znaleźć wąski przesmyk tuż za trzygwiazdkowym hotelem kapsułowym 9 hours i wchodząc między ściany plakatów‚ dojść do małego podwórka. Podwórko pełni rolę czyśćca – można otrząsnąć z wody parasol‚ wystukać buty o asfalt. Dalej‚ za drzwiami‚ jest już raj.
Barmanka uśmiecha się i wskazuje stołek przy samym końcu kontuaru. Dziś dużo więcej klientów niż wczoraj‚ przy czym dużo więcej oznacza sześć‚ siedem osób‚ bo tylko tyle mieści się w zagraconym barze przypominającym antykwariat‚ który zagubił sens istnienia i tylko przyjmuje stare rzeczy‚ ale ich nie sprzedaje. W odbijanej na ksero ulotce bar prosi klientów‚ by powiadomili telefonicznie‚ jeśli „ich party obejmuje więcej niż trzy osoby”. Tę prośbę można zrozumieć‚ „więcej niż trzy osoby” oznacza bowiem trudną dla każdej placówki gastronomicznej sytuację nagłego wypełnienia połowy lokalu.
W wystroju królują motywy kocie: obrazy‚ porcelanowe figurki‚ pluszaki‚ książki. Koty w ich formie doczesnej leżą rozłożone na szafkach lub snują się między nogami klientów. Sufit oblepiony jest wycinkami z gazet‚ plakatami i okładkami płyt – przede wszystkim jazzowych. Bo w Mikoan z głośników sączy się jazz i jest to równie silnie wpisany w istotę tego miejsca motyw co koty. Między nalewaniem kolejnych kufli piwa barmanki wymieniają nagrania Hanckocka na Davisa lub Coltrane’a‚ a audytorium tylko potakuje głowami.
Czy Hiroszima zasłużyła na swój los
Mikoan reklamuje się na tablicy przed wejściem jako restauracja wegetariańska i czasem udaje się na to hasło zwabić kilku zachodnich turystów‚ którym znudziły się już zestawy sushi‚ rameny i japońskie pierożki z mięsem. Tak jak teraz‚ kiedy przy barze siedzi para Europejczyków. Ale do Mikoan nie przychodzi się, żeby się najeść. Wystarczy 500 jenów – tyle kosztuje kufel piwa Yebisu – by dostać znacznie więcej: wejściówkę na happening towarzysko-artystyczny‚ który rozgrywa się tu prawie każdego wieczoru.
Para właśnie skończyła jeść. Mężczyzna wyciąga wypełniony dużymi japońskimi banknotami portfel‚ płaci. Wychodzą. Drzwiami‚ które zamykają za sobą‚ chyba przewrócili jakieś kostki domina. – Maciek‚ Maciek? – starszawy Japończyk‚ sączący wcześniej alkohol mniej więcej pośrodku barowej serpentyny‚ stoi teraz przede mną. W ręku trzyma butelkę żubrówki. Barmanka‚ która musiała mu powiedzieć‚ że jestem z Polski‚ już podaje szklankę. – Maciek? Łajda! – powtarza Japończyk i stuka swoją szklanką o moją. I wyjaśnia – jest wielkim fanem filmów Wajdy‚ a w szczególności „Popiołu i diamentu”. Historia Maćka Chełmickiego‚ który ma opory przed zabijaniem opanowujących kraj po wojnie komunistów‚ bardzo przemawia do mojego rozmówcy‚ który okazuje się starym japońskim komunistą. – Uwielbialiśmy ten film! – wzrusza się. Bierze szklankę i puszcza ją w ruch po kontuarze‚ jak Cybulski w słynnej scenie z filmu.
– Należałeś do partii komunistycznej? – pytam. – Byłem sympatykiem – odpowiada Japończyk. – Wszyscy byliśmy – pokazuje na barmankę‚ która kiwa głową. – Wszyscy też byliśmy zafascynowani Polską. A to znasz?
Zaczyna śpiewać po japońsku. Dołącza jego towarzyszka zza kontuaru. Na początku trudno rozpoznać podszytą żubrówką i obcymi słowami melodię‚ ale kiedy pieśń wkracza w refren‚ wszystko robi się jasne: to „Czerwone maki na Monte Cassino...”. Śpiewane także w „Popiele i Diamencie” podczas sceny przy barze. Nie wierzę własnym uszom. – Mówiłem ci‚ byliśmy zafascynowani Polską.
Powstała w 1922 roku Japońska Partia Komunistyczna walczyła z polityką cesarstwa‚ które stanęło po stronie państw Osi podczas II wojny światowej i rozpoczęło brutalny podbój Azji. Po przegranej wojnie JPK była przedmiotem ataków i inwigilacji przez Komunistyczną Partię Związku Radzieckiego i Komunistyczną Partię Chin. Dziś jest znaczącą siłą polityczną – ma 400 tys. członków‚ 16 parlamentarzystów.
Rozmawiamy o Hiroszimie‚ z której akurat wracam. Porównanie jej zniszczenia do zrównania z ziemią Warszawy budzi opór mojego rozmówcy – przekonuje‚ że Hiroszima była niezwykle ważnym ośrodkiem wojskowym i centrum japońskiego militaryzmu‚ stąd niejako zasłużyła na swój los. Nie znaczy to‚ że japońscy komuniści wielbią Amerykanów. Dostaję ulotkę – protest przeciw obecności baz amerykańskich na Okinawie. Likwidacja wojskowego sojuszu z USA to dziś główny cel polityczny JPK.















