Kuchnie świata
W Albanii dadzą dobrze zjeść
Tak dobrej jagnięciny, jak ta podana w małej knajpce w centrum Tirany, nie jadłem nigdy wcześniej. Zapach jedzenia unosi się zresztą w całej stolicy Albanii.
Woń ostrych przypraw, warzyw i pieczonego mięsa działa jak narkotyk. Trudno nie skusić się na jakiś przysmak, np. na byrka. Lokalna przekąska sprzedawana w budkach na każdym skrzyżowaniu Tirany, robiona z francuskiego ciasta przekładanego szpinakiem i białym serem to raj dla podniebienia. I dla kieszeni, bo byrek kosztuje niecałe dwa złote.
W stolicy Albanii nowe restauracje wyrastają jak grzyby po deszczu. A serwowane w nich dania są bardzo tanie i dobre. Nawet w Kolonatach – rodzimych fastfoodach. Dlatego Albanię, kraj przez lata izolowany, wciąż tajemniczy dla wielu Europejczyków, warto zwiedzać także od strony kuchni.
A drogę od knajpki do knajpki pokonywać na rowerze. Jednoślad to bowiem najlepszy środek lokomocji do zwiedzania stolicy. Wjedzie w każdą uliczkę, a nawet tam, gdzie ulice dopiero powstają. I z łatwością ominie dziury, których w mieście nie brakuje. Podobnie jak w innych regionach Albanii.
1 Maji
Albańczycy uwielbiają dobrze zjeść, godzinami biesiadować. Na degustację wybrałem lokal „1 Maji”. Spotykam się tam z Sadikiem Malajem, miejscowym przedsiębiorcą, który prowadzi także biuro podróży organizujące wyprawy w głąb kraju i szefem restauracji Spartakiem Nano.
– Mamy własne gospodarstwo rolne. Wszystkie składniki naszych potraw są naturalne, a potrawy przyrządzane jak u mamy – zachęca Spartak.
Z głośników zamiast folku dobiegają nowoczesne rytmy. Śpiewa Soni Malaj, córka Sadika i albańska gwiazda muzyki robiąca właśnie międzynarodową karierę. Na stole pojawia się coraz więcej dań. Oprócz wspomnianej już jagnięciny duszonej w cebuli i papryce, próbuję marynowane pomidory, ryż zapiekany z bakłażanami i dynią, papryczki nadziewane białym serem i zapiekaną fetę. Jest też rosół z jogurtem i pulpecikami. Degustuję wina i rakię - wódkę z winogron. Trunek jest tak mocny, że muszę go przepijać wodą. Mój kompan po przechyleniu kieliszka nawet się nie skrzywił.
Stawiają na wina i na oliwki
W Albanii jest siedemnaście większych winiarni, w których również wytwarzana jest rakia. Nikt jednak nie liczy, jak duża jest produkcja.
– Jest wiele małych rodzinnych winiarni. Niemal w każdej wiosce – opowiada Sadik. I zachęca do odwiedzenia tej w regionie Leskovik, kilkanaście kilometrów od Tirany, przy drodze prowadzącej do nadmorskiego kurortu Durres. Produkowane tam wina uznawane są za jedne z najlepszych w Albanii.
– Winiarnię w Shesh kilka lat temu założył Ekrem Bardha. Urodzony w małej wiosce na granicy z Grecją, po wojnie uciekł do Ameryki. Kontaktów z ojczyzną nigdy jednak nie zerwał. A jego winny biznes okazał się strzałem w dziesiątkę. Bo białe i czerwone wina Bardha są we wszystkich knajpach. Cena butelki nie przekracza 15 złotych.
- Albania stawia teraz na produkcję win i oliwek – mówi Elton Caushi, mój przewodnik. – Rząd chce posadzić dwadzieścia milionów krzaków winogron i drzew oliwnych. Ludzie będą mieli z czego żyć.
Teraz Albańczykom żyje się biednie, rolnictwo i przemysł są słabo rozwinięte, a turystyki dopiero się uczą. I jak przyznają, każdy z nich ma rodzinę za granicą, która przysyła pieniądze. Głównie z Włoch i Grecji. Szacuje się nawet, że w Albanii mieszka mniej Albańczyków (ok. 3,5 mln) niż poza jej granicami (nawet 9-12 mln).
-Na niekorzyść Albanii wciąż działają stereotypy. Że tu kradną, oszukują, że nie ma prądu. Dlatego przyjeżdża mało turystów. A to nieprawda, tak samo jak to, że prezydentowi Bushowi, gdy kilka lat temu był w Albanii, ktoś ukradł zegarek – zapewnia Elton. Przerwy w dostawie prądu w stolicy praktycznie się już nie zdarzają. I chociaż przewodniki (jest ich mało, są nieaktualne) ostrzegają przed złodziejami, to po zmroku w Tiranie czułem się bardzo bezpiecznie.
Piramida wciąż dzieli miasto
Odwiedzam blok – kiedyś dzielnicę aparatczyków komunistycznego reżimu Envera Hodży (stoi tam jego willa), a dziś miejsce rozrywki młodych Albańczyków. To jak wejście do innego świata. Modnie ubrane nastolatki popijają drinki, kołyszą się w rytm światowych hitów, a pod nocne kluby co chwila podjeżdżają luksusowe auta. W kraju, w którym za Hodży nie można było mieć własnego samochodu, dziś ten środek lokomocji stanowi o pozycji jego właściciela. Z błyszczących hummerów wysiada rozbawiona młodzież. Ale w tej biedniejszej Tiranie jeżdżą głównie stare mercedesy, czasami przemknie też polonez czy fiat 125p.














