Argentyna
Zielona pustynia u podnóża Sierra de Paramillos
Pola pełne winorośli, bajeczne góry, czekoladowa rzeka i zielone doliny — takie widoki oferuje podróżnym droga nr 7, między Mendozą a Santiago
Drzemię w wygodnym fotelu, rozłożonym prawie jak łóżko. Na stoliku przede mną szampan w plastikowym kieliszku i ciepłe skarpetki, na wypadek gdyby mi zmarzły nogi. To nie samolot ale zwykły autokar, do którego wsiadłam w Buenos Aires. Za 12 godzin wysiądę w Mendozie, winnej stolicy Argentyny, która wyrosła niecałe pięć wieków temu u stóp Andów.
W cieniu drzew
Jak Arrakin na Diunie, Mendoza powstała na pustyni, ponieważ Andy skutecznie zatrzymują wiatr znad Pacyfiku. Mimo to, mieszkańcom dzięki systemom melioracyjnym udało się stworzyć zieloną oazę. Ulice miasta tworzą regularne kwartały, trudno się więc tu zgubić. W centrum — Plaza Independencia, czyli na Plac Niepodległości jest ogromny park z fontanną w środku.
Na pierwszy spacer, wybieramy się po południu, ok. godz. 14. Miasto wygląda jak wymarłe. Ulice są szerokie, obsadzone wielkimi, rozłożystymi drzewami, towarzyszy nam więc cień i pustka. W pewnej chwili podchodzi do nas młoda kobieta i mówi cicho: — Uważajcie na siebie, teraz jest tu bardzo niebezpiecznie bo wszyscy śpią — i znika. Idziemy jednak dalej.
W końcu natrafiamy na czynną restaurację ze stolikami wystawionymi na chodniku. Zostajemy tu przez kilka godzin, czekając aż Mendoza ocknie się z poobiedniej sjesty. Miasto jednak śpi pozornie, bo wieść, o tym że w restauracji siedzi gromadka turystów, rozchodzi się błyskawicznie. Najpierw pojawia się staruszka i wyciąga do nas rękę. Zbiera kilka peso i odchodzi. Potem podbiega wysoki, wąsaty caballero z gitarą w ręku. Odśpiewuje dwie skoczne piosenki, okrąża nasz stolik, zbiera garść pesos i znika. Czekamy co będzie dalej. — Może właściciel baru przyprowadzi swoją rodzącą siostrę, żebyśmy mogli sfotografować lokalny poród? — żartuje jeden z moich towarzyszy. Mija 40 minut i... co prawda sceny porodu nie ma, ale podjeżdża do nas na rowerze starszy mężczyzna. Na kierownicy, w koszu trzyma koguta i gęś i z szerokim uśmiechem na ustawia się do zdjęcia. Oczywiście za pesos.
Plaza Independencia zaczyna po godz. 17 napełniać się straganami i ludźmi jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Z niepokojącej pustki przeistacza się w gwarny jarmark. Kawiarnie, bary i stragany jak kostki domina, otwierają się jedna po drugiej na ul. Bartolomé Mitre, biegnącej po obu stronach Placu Niepodległości.
Kupujemy kolorowe poncha z wełny lamy, kolczyki, wisiorki, chusty... Targować się jednak tu jest trudno — ten zwyczaj wydaje się obcy w Mendozie.
Plac opuszczamy około północy, choć ruch wcale nie maleje — bo tu życie zaczyna się wieczorem a kończy nad ranem.
Śladami starej kolei
Z Mendozy w ciągu godziny dostać się do andyjskiego masywu Sierra de Paramillos, gdzie, poza raftingiem, jazdą konno, wspinaczką, czy narciarstwem w zimie, czeka wyzwanie dla każdego alpinisty — Kamienny Strażnik, Aconcagua, najwyższy szczyt Ameryki Południowej, prawie 7 tys. m. n. p. m., przedsionek Mount Everest.
Zanim jednak dotrzemy do pierwszych gór, mijamy niezliczone pola winorośli. Wiele winnic zaprasza na degustację a jest co degustować biorąc pod uwagę, że w tej prowincji powstaje 70 proc. wina argentyńskiego a Argentyna jest piątym co do wielkości producentem win na świecie.
Pierwsze pasmo gór, nazwane zostało przez mieszkańców Amfiteatrem, gdyż układ skał przypomina starożytny teatr. Dalej, w prowincji Luján de Cuyo Department, błyszczy się turkusowe jezioro, Potrerillos, sztucznie utworzone na skutek założenia tamy na Mendozie, jedynej rzecze w tej części Argentyny.
Widok jest tak piękny, że zatrzymujemy się na chwilę, niektórzy by zrobić zdjęcia, inni by po prostu popatrzyć. Wokół jeziora piękne góry, pozbawione jeszcze śladów cywilizacji. — Wokół Potrerillos mają powstać turystyczne ośrodki, w tym miasteczko turystyczne dla bogaczy. Na razie jednak trwa budowa dróg i zaledwie kilka osób postawiło na razie swoje domy — tłumaczy Fabian Aranda, lokalny przewodnik. Dalej, za Potrerillos mijamy turystyczny ośrodek Pueblo del Rio, który powstał nad brzegiem czekoladowej Mendozy. — Rzeka kolor czekolady ma tylko jesienią. Wiosną jest czerwona i pływają w niej pstrągi — opowiada Fabian.















