USA
W Babilonie palą jointy
Tuż obok mieszkał Allen Ginsberg, Czesław Miłosz spacerował tędy w czasie przerw między wykładami. People's Park to jednak nie tylko miejsce spotkań wolnomyślicieli i artystów w centrum Berkeley.
To symbol amerykańskiej kontrkultury, oaza anarchistów, aktywistów, bezdomnych, ale i współczesnych hippisów. Miejsce to było świadkiem radykalnych wystąpień studentów w 1969 roku. Do dzisiaj People's Park budzi kontrowersje. Postanowiłem spędzić tam jeden dzień. Jeden szczególny dzień.
Na początku był zakaz: Palić marihuany w Kalifornii nie wolno. Później policja kodem four- twenty zaczęła określać tych, którzy jednak zakazowi poddać się nie chcieli. Był to początek lat 70-tych w San Rafael. Gdy lokalni mieszkańcy zorientowali się, że zioło (ang. weed) mundurowi łączą z kodem 420, powstało nowe określenie na palenie trawki: Lets do four- twenty, dude. Tak głosi legenda. Prawda jest taka, że zwyczaj ten przyjął się i to nie tylko w San Rafael.
Manifestacja tysięcy jointów
40 lat później, 20 kwietnia 2011 roku, przy Haight Street w San Francisco o godzinie 16.20 tysiące osób jednocześnie odpaliło jointy w miejscu publicznym, by kolejny raz zagrać systemowi na nosie. Policja tym razem nie interweniowała. To samo było w Berkeley i Oakland, jednak tam bez tłumu turystów. Właśnie we wschodniej części zatoki San Francisco spotykam Ankę: — Zatrzymać za posiadanie trawki, mogą Cię tu zawsze. Nie ważne ile masz przy sobie, raczej ważne jest to jaki masz kolor skóry. No chyba, że jest 20 kwietnia – mówi.
Anka oprowadza mnie po squatach w Oakland. W USA mieszka od 11 lat, od jakiegoś czasu nie pracuje. Udziela się w organizacjach pozarządowych, pomaga w prowadzeniu bezpłatnego warsztatu rowerowego i darmowego sklepu.
— Mam świetnie zaplanowany tydzień, no chyba, że zapalę, wtedy chce mi się spać — śmieje się Anka. O godzinie 16.20 planujemy być w People's Park w Berkeley. — Gdy znikną biedne domy, a pojawią się eleganckie ogródki znaczy, że wyjechaliśmy z Oakland — słyszę. Anka opowiada mi o zaletach mieszkania w mieście koszykarzy Golden State Warriors: — Tu nikt nie pyta o dowód, gdy kupuję alkohol. Nikt się nie wtrąca.
Ten Park jest nasz
Jedziemy Martin Luther Jr Way na rowerach w stronę Berkeley. Im bliżej People's Park, tym zapach marihuany jest bardziej intensywny. Na miejscu ludzie grają na gitarach, grają w szachy, czytają książki, śpią na trawie, grają w zośkę lub koszykówkę. Anka przyłącza się do przyjaciół z "Foods not bomb" i pomaga w rozdawaniu jedzenia bezdomnym.
Na scenie w parku, ktoś roluje jointy. Drugi po pierwszym, czwarty, po trzecim. Piramida składa się z dziesięciu skrętów. Każdy bez filtra i każdy bez choćby odrobiny tytoniu, czysta marihuana wyhodowana w Oakland. Tak samo było w 1969 roku. Dokładnie 42 lata temu, 20 kwietnia, między Haste Street i Dwight Way pojawili się ludzie, by na terenie należącym do University of California stworzyć park. Park dla ludzi. Oczyścili ziemię, posadzili drzewa i kwiaty, odpalili jointy. Zamieszkali w Parku. Bohaterowie dokumentalnego filmu Marka Kitchella „Berkeley, lata sześćdziesiąte„ mówią wprost: — Używamy ziemi lepiej niż wy, jest nasza.
Zobacz na rp.pl
więcej zdjęć z People's Park Mike Delacour, pracowniczy aktywista, miał wtedy 31 lat, mieszkał kilka przecznic od parku. Dziś wygląda jak indiański mędrzec. Mike jest siwym, dobrze zbudowanym, poważnym 73—letni mężczyzną. Pytam go o 20 kwietnia 1969 r. — Straciliśmy wtedy miejsce wolności wypowiedzi w centrum Berkeley. Studenci potrzebowali nowego. Potrzebowaliśmy miejsca do życia. Tak samo jak dziś ludzie go potrzebują. Popatrz na nich. Gdyby nie mieli gdzie iść ze swoimi psami, nigdy by ze sobą nie porozmawiali. Dziś też walczymy o nasz Park.
W 1969 roku gubernatorem stanu Kalifornia był Roland Reagan. Hippisi go nienawidzili, on zresztą ich też. O antywojennych protestach studentów na kampusie w Berkeley mówił wprost: To raj dla sympatyków komunizmu, protestujących i dewiantów seksualnych















