Maroko
W Afryce była zima stulecia
Największe atrakcje? – Zjazd na nartach po prawie pustych stokach i trekking w rakach na ponad 4 tys. metrów wysokości. Można też ulepić tradycyjnego bałwana. Nie, nie jesteśmy w Alpach. Przy sprzyjającej aurze tak wypoczniemy na... Czarnym Lądzie
Suplement do przewodnika po Maroku. Po pierwsze – na prowincji łatwiej kupić haszysz niż benzynę bezołowiową. Po drugie – to kraj muzułmański, więc alkohol (wódka w odpowiednich ilościach chroni przed przykrymi skutkami “zemsty faraona”) jest dostępny jedynie w wyznaczonych sklepach w dużych miastach. Po trzecie – robiąc zakupy tam, gdzie nie ma ustalonych cen, należy doliczyć pół godziny na targowanie.
Jest też ciekawostka – Maroko to jedyny afrykański kraj, gdzie można pojeździć na nartach. Po śniegu...
W góry na letnich oponach
Wyprawę zaczynamy w Marrakeszu. Pogoda dopisuje – prawie 20 stopni na termometrze. Jednak wszechobecny wiatr sprawia, że warto założyć kurtkę. Łańcuch szczytów Atlasu Wysokiego widać już z placu Dżamaa al-Fina. Do ośrodka narciarskiego najłatwiej dostać się wypożyczonym samochodem.
Po półtorej godziny dojeżdżamy do pierwszych górskich serpentyn. Drogi są we względnie w dobrym stanie, jednak ilość zakrętów i brak barierek nad przepaściami sprawiają, że jazda bywa ekstremalna. Przydaje się też klakson, który w marokańskich wersjach samochodów jest umieszczony jako manetka pod kierownicą. Tak jak w Europie można łatwo błyskać długimi światłami, tak w Afryce.
Wspinamy się dość szybko. GPS pokazuje ponad 2 tys. metrów nad poziomem morza (Marrakesz leży na 465 metrach n.p.m.). Powoli tracimy jednak nadzieję, że zobaczymy śnieg. Tu nawet w lutym można się zatrzymać i zrywać z przydrożnych kaktusów dojrzałe opuncje. Mijamy palmy, jest zielono i ciepło. Zimy nie widać, a cel naszej podróży jest zaledwie pół kilometra wyżej. Chyba nie będzie w tym roku żadnych nart – powoli tracimy nadzieję.
Pierwsze zaspy pojawiają się nagle. Można się poczuć jak bohaterowie baśni C.S. Lewisa, którzy przeszli przez szafę do ośnieżonej Narnii. Szybko odkrywamy też, że wypożyczone przez nas samochody nie mają zimowych opon, a zamiast płynu do spryskiwaczy mamy zamarzniętą wodę.
O przydatnym w górach wyposażeniu dodatkowym, takim jak łańcuchy, Marokańczycy nie słyszeli. Ostatnie kilometry jedziemy więc powoli.
Homonto my friend
Oukimeden to największy ośrodek narciarski w Afryce. Zresztą... jedyny. Wybudowali go na przełomie lat 60. i 70. Francuzi. Jest wyposażony w jeden stary ratrak. Armatek śnieżnych brak. Planując urlop, trzeba więc przygotować się na niespodzianki. Śnieg jest tu zazwyczaj na przełomie stycznia i lutego. Ale są zimy, że nie ma go wcale. Może dlatego najlepszy marokański narciarz Samir Azzimani nie należy do światowej czołówki...
– W tym roku było nieźle. Padało od listopada – mówi niezłą angielszczyzną Ahmed, autostopowicz. Mamy więc podwójne szczęście. Oprócz śniegu trudno w Maroku znaleźć osoby mówiące po angielsku (dominuje francuski i arabski).
Oukaimeden przypomina nieco Szczyrk z początku lat 90. Pięć orczyków i wyciąg krzesełkowy prezentują się zachęcająco. Jednak po chwili okazuje się, że czynne są jedynie dwa orczyki niewiele dłuższe od Górki Szczęśliwickiej, a wyciąg krzesełkowy nie działa do odwołania. Podobno niedawno zeszła tam lawina. Nas to jednak nie przeraża.
Do dyspozycji miłośników białego szaleństwa jest jedna profesjonalna wypożyczalnia połączona z serwisem. Ceny są zbliżone do europejskich (komplet kosztuje 17 euro za dzień).
Ale sprzęt da się załatwić dużo taniej na straganie pod stokiem. Chyba tylko w Maroku można wypożyczyć jeszcze modele nart sprzed 30 lat albo różne prototypy desek snowboardowych, w których np. jest jedno wiązanie na dwie nogi złączone równolegle. Są też deski snowboardowe niemal pozbawione krawędzi. To jednak dopiero początek osobliwości. Ciekawy sposób na korzystanie z orczyków mają Berberowie (dominująca w Atlasie grupa etniczna). Gdy pierwszy raz jadąc pod górę, usłyszałem Marokańczyków krzyczących do mnie: “homonto, homonto” – zastanawiałem się, czy aby nie próbują mi ubliżyć. Gdy zobaczyłem trzech Berberów uczepionych jednego orczyka, zrozumiałem, o co chodzi. Ci, którzy cenę skipasu uważają za zbyt wygórowaną, po prostu doczepiają się do tych, którzy za bilet zapłacili. Praktyka chyba akceptowana społecznie, bo powszechna.















