Portugalia
Żółtym tramwajem przez Lizbonę
Lizbona – miasto św. Antoniego i seryjnego mordercy Diogo Alvesa. Gorące i oślepiające ostrym słońcem za dnia; wilgotne, wietrzne i skąpane w dekadenckim świetle wieczorem. Romantyczne zakątki, wielkomiejski szyk, smaczne ryby i dobre, tanie wino. Nowoczesność i cenne zabytki. No i jedno z niewielu miejsc w Europie na polską kieszeń! Aż dziwne, że Polacy są w tym mieście tak rzadko widzianymi gośćmi.
Stolica Portugalii chyba nie byłaby sobą, gdyby nagle jej mieszkańcy przestali wywieszać za oknami pranie. Albo gdyby zamknięto windę św. Justyny, którą można dostać się z jednej dzielnicy miasta do drugiej, bądź jeśli ktoś wpadłby na pomysł zmienić trasę żółtego tramwaju „28".
Prześcieradła, powłoki i kalesony suszyły się nad głowami przechodniów kilkaset lat temu, i tak jest też dziś. - Nie ma w tym nic dziwnego w mieście, w którym słoneczne dni ciągną się bez końca, a mieszkania nie są ogrzewane jesienią i zimą – objaśnia mi moja przewodniczka Filipa Abreu. Ale jest też inne wytłumaczenie - „convivio". - Czyli życie towarzyskie gospodyń, te ploteczki przy rozwieszaniu prania... Trudno z tego zrezygnować. Tym bardziej że Lizbona jest jakby stworzona do convivio. W Alfamie niektóre uliczki są tak wąskie, że niekiedy mieści się w nich ledwo jedna osoba. Można więc swobodnie rozmawiać, siedząc w oknach dwóch budynków po obu stronach ulicy – tłumaczy Filipa.
Fałszerze są na całym świecie
Lizbona podobnie jak Rzym położona jest na siedmiu wzgórzach. Według mnie to jest klucz do jej poznania. Dotarcie do punktów widokowych i rozpoczynanie stamtąd spacerów to świetny sposób na zwiedzanie miasta.
Mój hotel w Lizbonie był przy jednym z takich punktów – wzgórzu z parkiem Edwarda VII. Z góry można objąć wzrokiem całe centrum, a nawet niebiesko-srebrzysty Tag. Idąc w dół, po minięciu ogromnego ronda, gdzie stoi pomnik markiza de Pombal (odbudował Lizbonę po trzęsieniu ziemi w 1755 r.), wejdziemy na Avenida da Liberdade. Jest to główna, licząca 1,5 km aleja miasta.
Przechadzka między palmami, wiązami, akacjami, fontannami i kafejkami to czysta przyjemność. Aleja zaprowadzi nas do placu dos Restauradores, jednego z najruchliwszych punktów miasta. Stamtąd możemy dostać się wyżej, na Bairro Alto i znowu będziemy mieć okazję podziwiać panoramę Lizbony.
Zawiezie nas tam żółta kolejka - Elevador da Gloria. Z góry, z Miradouro de Sao Pedro de Alcantara, zobaczymy m.in. mury Zamku św. Jerzego, katedrę Se, kawałek rzeki. Polecam odwrócić głowę i odszukać szyld Instituto do Vinho do Porto. Instytut mieści się na parterze jednego z pałacyków i jest o tyle ciekawy, że przechowuje się tam ok. 6 tys. win z Porto. Jest to urząd państwowy, który kontroluje jakość i ilość trunków pochodzących z doliny Douro.
Na miejscu można degustować różne gatunki wina i nabyć ten trunek. Po wizycie będzie już jasne, że prawdziwe porto musi mieć na etykiecie certyfikat instytutu, być produkowane w Portugalii. Na pewno nie jest nim np. Porto Fino z Polski, Porto del Abuelo z Peru, Port Wein Rose z Mołdawi i Port KSS z Turcji.
Seryjny morderca w słoju z formaliną
Lizbonę można poznawać też przy pomocy windy. To chyba najbardziej szalona rzecz, z jaką zetknąłem się w tym mieście. Tak na marginesie, na liście top lizbońskich szaleństw mam jeszcze zamknięcie w 1853 r. deptaku na akwedukcie das Aguas Livres po tym, jak seryjny morderca Diogo Alves zrzucał z niego, z wysokości 65 m, swoje ofiary. Alves został powieszony za pozbawienia życia kilkudziesięciu osób, a po śmierci ucięto mu głowę, żeby zbadać jego mózg. Do dziś głowa Alvesa jest w słoju z formaliną na Wydziale Lekarskim uniwersytetu w Lizbonie.
Ale wracając do windy, jest to oczywiście szaleństwo w innym stylu. Bo trzeba mieć bardzo nietuzinkowe myślenie, żeby wpaść na pomysł, by połączyć dwie części miasta (niżej położoną Baixę z górującą Chiado) windą. Proste i genialne. Windę św. Justyny (32 m) na ulicy do Ouro skonstruował w 1902 r. Raoul Mesnier de Ponsard, uczeń Gustave'a Eiffela. Wewnątrz wciąż cieszy oko elegancki wystrój kabiny wyłożonej drewnem i udekorowanej brązem. Winda dowiezie nas na mostek, z którego możemy oglądać dachy miasta i który poprowadzi nas do placyku Largo do Carmas. To wyjątkowe miejsce w Lizbonie. Byłem tam ok. 9 rano. Obok fontanny pośrodku placu malarz malował obraz, w rogu kobieta rozmawiała szeptem przez komórkę, żandarmi przed budynkiem Gwardii Narodowej stali na baczność, puste kamienne ławki, pozamykane okna w domach, zamknięte Muzeum Archeologiczne, ruiny klasztoru Karmelitów... Cisza i spokój.















