Atrakcje
Na sankach z górki na pazurki
Na trasie saneczkowej na stokach Złockiego w Muszynie można się rozpędzić do prawie 70 km na godzinę.
– Najodważniejsi saneczkarze zjeżdżają, nie hamując, od startu do mety. Może stąd zjechać bez problemów już 12-letnie dziecko. I to na zwykłych sankach, jakie się kupuje w każdym sklepie – zapewnia Roman Kronenberger z zarządzającej trasą firmy Activa.
Każdej zimy, zwłaszcza w czasie ferii, niezliczone górki w całym kraju zapełniają się tłumami dzieci z sankami. Saneczkowanie to jedna z największych frajd dzieciństwa. Ale już dziesięciolatki zaczynają nim gardzić i chcą jak najszybciej zacząć jeździć na nartach lub snowboardzie. Także na obozach i koloniach zimowych sanki traktuje się u nas z przymrużeniem oka. Utarło się, że saneczkarstwo to rozrywka dla maluchów albo sport dla wybranych, uprawiany przez śmiałków w kosmicznych kombinezonach pędzących lodowymi rynnami z prędkością przekraczającą 100 km na godzinę.
Inaczej jest w krajach alpejskich, gdzie sanki, jak przed 100 laty, gdy były ulubioną rozrywką eleganckich gości St. Moritz i Davos, znów święcą triumfy.
W każdej niemal górskiej miejscowości w Szwajcarii i Austrii urządzono trasy saneczkowe, na których – zwykle wieczorem, po nartach i kolacji – jeżdżą całe rodziny, dzieci i seniorzy. Na przykład w dolinie Stubai pod Innsbruckiem głównie na stokach masywu Serles wytyczono dziesiątki kilometrów rekreacyjnych torów saneczkowych. Zdarza się, że goście przyjeżdżają z daleka właśnie na sanki, nie na narty. W położonej w sąsiedztwie dolinie Pitztal powstała trasa o długości 6 km – najdłuższa w Tyrolu.
W Polsce jedyna rekreacyjna trasa z prawdziwego zdarzenia, przygotowywana ratrakami, to Złockie. Dawna leśna droga, poszerzona w niektórych miejscach do 10 – 15 m, ma 2 km długości i 25 zakrętów z bandami, różnica wysokości między startem a metą wynosi 300 m. Ponieważ saneczkarzy wywozi się tu na górę ratrakiem, mogą z niej korzystać tylko grupy zorganizowane. Ale nawet gdy grupa jest niewielka, cena dwóch zjazdów z wypożyczeniem nowoczesnych sanek, kasku i gogli nie powinna przekroczyć kilkunastu złotych.
Należące do klubów sportowych naturalne tory saneczkowe (cztery w kraju – w Szczyrku, Gołdapi, Krynicy i Karpaczu) nie zawsze są dla amatorów dostępne. – Ale w Karpaczu i Szczyrku można zjeżdżać ścieżkami obok torów – radzi prezes uczniowskiego klubu saneczkarzy Lipowiec w Czechowicach-Dziedzicach Paweł Goryl. I dodaje: – Urządzenie rekreacyjnej trasy saneczkowej to inwestycja niewiele droższa niż wylanie szkolnego lodowiska. Wystarczy wybrać niezbyt stromy odcinek górskiej drogi, zabezpieczyć najtrudniejsze miejsca, ubić ratrakiem i spryskać wodą, żeby się wytworzyła twarda warstewka lodu.
Niewiele więc trzeba, by sanki wróciły w polskie góry. – Nie należy jednak zapominać o paru podstawowych zasadach – podkreśla były zawodnik i trener saneczkarstwa Janusz Łątka z Krynicy. – Nie wolno hamować samymi piętami, bo jest to mało skuteczne i grozi kontuzją, lecz całymi podeszwami. Warto też nauczyć się balansowania ciałem na zakrętach.
Jazda na sankach stała się jeszcze przyjemniejsza od czasu wprowadzenia nowych modeli sanek rekreacyjnych, wzorowanych na sprzęcie wyczynowym. Amortyzowane, z nisko położonym środkiem ciężkości i wygodnymi plecionymi siedziskami w niczym nie przypominają zwykłych sklepowych sanek, twardych i wywrotnych. Ich ruchome, ustawione pod kątem płozy o aluminiowych krawędziach umożliwiają skręcanie przez naciskanie butem na płozę, tak jak to robią zawodnicy.















