Hobby
Maniacy rakiet
We wtorek szalejesz z rakietą tenisową, w środę umawiasz się na badmintona, piątek rezerwujesz na ping-ponga, a sobotę na squasha. Wytrenowany w każdej dyscyplinie? To dobrze. Teraz możesz rozegrać mecz racketlona.
Siłownia? Zbyt nuda i monotonna. Aerobik? Daje wycisk, ale nie taki, jakiego średnio wysportowany człowiek by oczekiwał. To może tenis ziemny, squash, ping-pong lub badminton? Trudno zdecydować? Zatem wszystko naraz. Takie możliwości daje racketlon. Łączy tenis stołowy, badminton, squash i tenis ziemny. Zasady są proste. Zawodnicy rozgrywają mecz w czterech setach: pierwszy to ping-pong, drugi – badminton, trzeci – squash, a na koniec tenis (kolejność zawsze jest taka sama). Każda rozegrana piłka (lotka) liczy się jako punkt. Nie ma dyscypliny ważniejszej lub mniej ważnej – każdy zdobyty punkt ma taką samą wartość. Wygrywa ten, kto zyskał ich najwięcej.
– Nie można odpuścić nawet na chwilę, wygrać dwóch setów i – jak w innych sportach – mieć zwycięstwo w kieszeni – mówi Dariusz Dąbrowski, organizator zawodów racketlonowych.
Jak to możliwe? Przy założeniu, że w pierwszym secie zawodnik wygrał z przeciwnikiem do zera, a w kolejnych przegrał o włos (np. 19 do 21), w sumie uzyskuje przewagę punktową.
– W grze, w której każda zagrywka może być decydująca, nie można przystopować nawet na chwilę. I to jest niesamowite w tej dyscyplinie – dodaje Dąbrowski.
Zasady są proste, nieskomplikowane, ale sama gra wymaga nie lada kondycji fizycznej i umiejętności radzenia sobie aż z czterema rodzajami rakiet.
Czwórbój rakietowy wymyślili Finowie w latach 80. ubiegłego stulecia, ale to dopiero Szwedzi wprowadzili zasady, które po niewielkich zmianach obowiązują do dziś. Na razie są w tej dziedzinie niekwestionowanymi liderami, choć zawodnicy z innych krajów depczą im po piętach. Bo racketlon dosyć szybko zawojował serca miłośników sportów rakietowych na całym świecie. Dziś oprócz Skandynawów grają w niego m.in. Anglicy, Szkoci, Niemcy, Amerykanie, Kanadyjczycy, ostatnio zaczęli nawet Chińczycy. I, oczywiście, Polacy, którzy odnoszą na tym polu spore sukcesy. Tymczasem pierwsze rozgrywki racketlonowe odbyły się u nas całkiem niedawno, bo dopiero w 2004 r. Od tego czasu nasi zawodnicy rok w rok kładą na łopatki zagraniczną konkurencję i przywożą z mistrzostw medale.
Dla większości Polaków hasło racketlon to wciąż jednak czarna magia. Dyscyplina jest mało popularna, choć z roku na rok zyskuje zagorzałych zwolenników. Są wśród nich ludzie, którzy szukają nowych rodzajów aktywności, znudzeni uprawianiem tego samego sportu od lat, albo lubią pograć nie tylko w tenisa i squasha, ale też w badmintona i ping-ponga. Racketlon spełnia ich oczekiwania: jest różnorodny, daje wycisk i przynależność do elitarnego środowiska maniaków rakiet różnej wielkości i wagi. Minusem jest konieczność poświęcenia dużo czasu na treningi. Dlatego w środowisku racketlonistów przeważają menadżerowie wyższego szczebla, prezesi spółek, firm i studenci.
– Jeśli chcesz odnosić sukcesy na tym polu, to systematyczny trening jest konieczny – mówi Radosław Łopata, główny księgowy z Kętrzyna i pasjonat racketlonu.
W zawodach racketlonowych uczestniczy od czterech lat. Dziś zajmuje dziewiąte miejsce wśród najlepszych polskich racketlonistów.
– Muszę jednak przyznać, że nie zawsze znajduję czas na porządny trening. Powinienem robić cztery treningi w tygodniu, a nie zawsze obowiązki zawodowe na to pozwalają – dodaje.
Kto ma szansę na zostanie niezłym racketlonistą? Każdy, kto potrafi trzymać w ręce cztery rodzaje rakiet i potrafi nimi zagrać. Nie trzeba być mistrzem w każdej z dyscyplin. Zdania są jednak podzielone w sprawie oceny, kto ma większe szanse na uzyskanie w tym sporcie lepszych wyników. Jedni twierdzą, że lepiej być mistrzem w jednej dziedzinie (a najlepiej w dwóch) i szkolić się w pozostałych. Zdaniem innych największe sukcesy w racketlonie odnoszą ci, którzy dobrze sprawdzają się (choć nie na najwyższym, zawodowym poziomie) we wszystkich dyscyplinach.
– Mistrzowie jednej dyscypliny nie zawsze odnoszą na tym polu największe sukcesy – mówi Dariusz Dąbrowski.
I podaje przykład świetnej tenisistki Magdaleny Grzybowskiej, która w racketlonie nie dała rady utrzymać mistrzowskiego poziomu.















