Felietony
Czy jest życie po kwietniu?
Na początku były komputery, które z czasem zaczęły łączyć się w sieci. Po erze poczty elektronicznej przyszła pora na wyszukiwarkę Google, blogi i wideo na życzenie.
Potem świat ruszył zza biurek i kanap, dzierżąc w dłoniach telefony komórkowe z Internetem dostępnym wszędzie. W końcu zawładnęły nami serwisy mikroblogowe oraz sieci społecznościowe. Celowo nie napisałem: serwisy, ale sieci, bo ich istota nie polega na tym, że przekazują tradycyjnie pojmowane informacje i – co najważniejsze – że łączą ludzi. Od tego był tylko krok do wiązania ludzi z markami, produktami i ideami, wyrażonymi jako samodzielne byty. I tak rozwinęła się i umocniła największa dziś sieć – Facebook. Przez kilka lat od powstania nie była ona niczym innym jak tylko jedną z popularnych sieci tego rodzaju. Aż do kwietnia tego roku…
W kwietniu programiści Facebooka wprowadzili bowiem funkcję, która zmieni świat. I to nie tylko ten wewnętrzny, właściwy dla pół miliarda użytkowników Facebooka, ale także ten, do którego należą wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób używają Internetu, choćby nie mieli konta na Facebooku.
Aby zrozumieć znaczenie tej funkcji, trzeba wiedzieć, że jedną z usług Facebooka jest „lubienie”. „Lubienie” to nic innego jak mały klawisz obok treści internetowej, która podoba się użytkownikowi. Naciskamy i już to lubimy. Do kwietnia można było lubić strony, blogi, serwisy i inne treści, ale nie miało to znaczenia w skali globalnej, bo lubienie ograniczało się do wewnętrznej przestrzeni Facebooka. Teraz przycisk „lubię” może pojawić się na dowolnej stronie internetowej, także poza Facebookiem, i każdy, kto kliknie w ikonę „lubię”, informuje komputery Facebooka, że był na danej stronie i że podoba mu się prezentowana treść lub usługa. Komputery Facebooka zapamiętują tę informację. Gdy inny użytkownik Facebooka odwiedzi taką stronę, on oraz komputery Facebooka dowiedzą się o tym natychmiast. Niepozorne narzędzie buduje powiązanie wychodzące daleko poza serwis Facebook – teraz powiązane mogą być wszystkie strony w Internecie i wszyscy użytkownicy Facebooka.
Można oczywiście zbagatelizować tę funkcję, mówiąc, że to jeszcze jedna, kolejna nowinka dla technofanów. Bo w końcu jakie znaczenie ma to, czy ktoś coś lubi, czy nie? Przecież przycisk „lubię to” nie dodaje się sam, muszą to zrobić administratorzy stron. Tyle, że oni robią to nadzwyczaj chętnie, ponieważ nagroda jest spora. Jest nią popularność wśród dużych grup, których członkowie deklarują publicznie swoje zainteresowania i sympatie. Poprzednio siedzieliśmy przy swoich komputerach i wybieraliśmy ulubione strony i treści. Teraz siedzimy na wielkim publicznym placu, więc każdy może bez trudu zobaczyć, co jest dla nas ważne.
Konsekwencje dla każdego z nas mogą być poważne. Wcześniej, chcąc dowiedzieć się czegoś o czyichś preferencjach, trzeba było nieco się wysilić i poszperać w sieci. Dziś ktoś, kto wciśnie przycisk „lubię to”, ogłasza to światu. Wszyscy nasi znajomi (a nie są to tylko znajomi ze świata realnego, których działania i przekonania możemy zweryfikować) będą wiedzieli o naszych preferencjach. Możliwe, że dzięki tej funkcji poznamy nowych ludzi o podobnych zainteresowaniach. Ale możliwe też, że będą nas obserwować stróże moralności oraz gapie i złośliwcy. W takiej sytuacji deklaracja, że lubi się strony internetowe o specyficznym charakterze, może być wiele warta dla tych, którzy chcieliby nam coś sprzedać albo coś od nas dostać. Łatwiej będzie również head-hunterom, którzy mogą zweryfikować nie tylko nasze merytoryczne kompetencje, ale także poglądy i preferencje wykraczające poza sprawy zawodowe. „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie” – to powiedzenie może mieć zastosowanie dzięki nowym funkcjom Facebooka.
Równie poważne mogą być konsekwencje dla wydawców największych serwisów internetowych. Z oczywistych powodów są oni zainteresowani tym, by użytkownicy polecali materiały swoim znajomym. Tymczasem może tu zadziałać mechanizm niekorzystny dla wydawców. Duże media prezentują treści jako pewną logiczną strukturę. Użytkownik wchodzi, dajmy na to, na portal i tam znajduje interesujące go artykuły, przeważnie przegląda też wątki poboczne, o mniejszym znaczeniu, których nie szukałby sam, ale skoro już zostały mu podsunięte, to czemu nie? Dzięki temu ruch w serwisie wydawcy jest znacznie większy, niż wynikałoby to ze świadomego wyboru użytkownika. To z kolei przekłada się na przychody z reklam, niczym w dowcipie o człowieku, który przyszedł do sklepu po podpaski, a namówiony przez sprzedawcę kupił wędkę, namiot i ponton. Skoro jednak teraz to znajomi na Facebooku polecają konkretne treści, mniej aktywni użytkownicy (a tych jest większość) mogą ograniczyć przeglądanie serwisów i wybierać jedynie to, co proponują inni. Zainteresowanie, sympatia i przyzwyczajenia mogą przesuwać się w stronę nowych guru od podawania tego, co ważne. Starzy guru, czyli media i pracujący dla nich dziennikarze, mogą tracić na znaczeniu jako selekcjonerzy spraw ważnych i przewodnicy dużych grup społecznych. Jeśli tak się stanie, to wpłynie to na kondycję mediów. Silnie, ale niekoniecznie pozytywnie.













