REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Opinie » Publicystyka

Publicystyka

Kaczyńscy lecą w płomień świecy

Eryk Mistewicz 17-11-2008, ostatnia aktualizacja 17-11-2008 00:19
Wielkość tekstu: A A A

Błąd PiS, który twardo sprzeciwia się zakazowi reklamy politycznej w Polsce, nie tylko dewastuje kiełkującą dopiero demokrację. Ugruntowuje też na dobre prymat pieniądza w polityce – twierdzi specjalista od marketingu politycznego

Miliard dolarów, jaki wydały sztaby McCaina i Obamy w amerykańskiej kampanii prezydenckiej, nie jest trudny do wyobrażenia dla Grzegorza Schetyny i Donalda Tuska. Spółki Skarbu Państwa, nie mówiąc już o prywatnym biznesie, operują o wiele większymi pieniędzmi. Miliard dolarów to mniej więcej tyle, ile w ciągu pół roku zyskałaby grupa TP SA, gdyby premier Tusk odwołał wreszcie Annę Streżyńską, regulatora rynku telekomunikacyjnego bezlitośnie obniżającego zyski France Telecom w Polsce.

Miliard dolarów potrafi wyobrazić sobie Paweł Piskorski, jedyny dziś ożywczy strateg operujący na scenie politycznej na lewo od Platformy Obywatelskiej. Ten eurodeputowany nie tylko potrafi wprowadzić grupę ludzi do parlamentu (co udowodnił, organizując przed laty kongresy Platformy Obywatelskiej i budując jej potęgę), ale i zdobyć nieograniczone środki. Miliard dolarów nie jest dla niego kwotą niewyobrażalną.

Miliard dolarów może sobie też z łatwością wyobrazić polska lewica, a właściwie ta jej część, która czasami jeszcze zwołuje konferencje o konieczności większej uległości w relacjach ze wschodnim sąsiadem. Miliard dolarów na zakup kraju „bliskiej zagranicy” lub tylko na jego wyborczą destabilizację nie jest dla jakiegokolwiek poważnego mocarstwa szczególnie dużym wydatkiem.

Miliard dolarów nie poraża także Leszka Czarneckiego, najbogatszego Polaka, patrioty i modernizatora rzeczywistości. Nie porażał Romana Karkosika, dopóki kryzys światowy drastycznie nie przyciął jego możliwości. Nie poraża też tych ludzi biznesu, których dotychczasowa praca znudziła. Wydanie przez biznesmena sporych nawet pieniędzy – choćby na kredyt - na dobrą zabawę i zwiększenie swojej rozpoznawalności nie jest dziś szczególną ekstrawagancją, vide Janusz Palikot.

Miliard dolarów jest natomiast kwotą niewyobrażalną dla braci Kaczyńskich. Do dóbr doczesnych podchodzą oni z daleko posuniętą ignorancją – cedując zajmowanie się finansami a to na rodzinę, a to na przyjaciół. Gdyby jednak wyobrazili sobie miliard dolarów, wiedzieliby, że nigdy nie będą w stanie zdobyć takich pieniędzy. A jeśli ktoś ich zapewnia, że foundrising na rzecz PiS nie stanowi dla niego większego kłopotu, powinni jak najszybciej pogonić go z powrotem do Brukseli.

Reklamowy wyścig zbrojeń

Najpoważniejszym dziś błędem braci Kaczyńskich jest akceptacja reklamowej wolnoamerykanki. Politycy ci nie wyciągnęli żadnych wniosków z wojny billboardowej z 2005 r. Eskalacja wydatków reklamowych – coraz wyższe pułapy zaangażowania finansowego wyznaczane przez konkurentów – to dla braci Kaczyńskich naturalna konsekwencja współczesnego teatru politycznego. Przekonała ich argumentacja współpracownika, którego nie ma już w ich szeregach, że wrogowie PiS mają potężne stacje telewizyjne, im więc pozostaje tylko reklama. Gdyby więc poparli zakaz reklamy politycznej – nie mieliby żadnej możliwości przemawiania do ludzi.

Fałszywy argument, biorąc pod uwagę choćby techniki, jakie wygrywają dziś wybory tam, gdzie zakaz politycznej reklamy wprowadzono.

Ale z drugiej strony agencje reklamowe i domy mediowe też nie próżnują. Zaprzyjaźniając się przed wyborami z politykami i ich asystentami, przekonują, że bez reklamy nie ma polityki. Politycy to dla agencji złoci klienci. Po pierwsze dlatego, że kampanie wyborcze najczęściej toczą się latem – w martwym sezonie reklamowym. Po drugie dlatego, że zleceniodawcy przekazów politycznych nie oglądają każdej złotówki ze wszystkich stron. I tak nie płacą ze swojej kieszeni – ostatecznie płaci podatnik bądź biznes. Po trzecie także i tu można zastosować popularny w części korporacji system cash-back (10 proc. dla zamawiającego), po czym na linii agencja reklamowa – świat polityki robi się swojsko i sympatycznie.

Dwa wieżowce z Chirakiem

Domy mediowe czasami przedstawiają wyliczenia, że 500 tys. zł wydanych na reklamę zwiększa poparcie o 1 proc., 2 mln – o 3 proc., a „jeśli wydacie 20 mln, to macie pewność, że wejdziecie sporą drużyną”. Niestety, są to wyliczenia wzięte z sufitu. Ale dla polskich polityków nie ma to żadnego znaczenia. Gdyż – i to ostateczny argument agencji reklamowych – „wszystkie partie tak robią; jeśli nie będzie was w reklamie, to w ogóle was nie będzie”.

Poprzednia
1 2 3
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Petru: Poszły konie po betonie

Dziś Polska wymaga sensownego i zaplanowanego wysiłku reformatorskiego – w duchu zapowiedzi premiera z exposé – po to, aby wejść na ścieżkę szybkiego wzrostu >>