Ochrona Zdrowia
Dyrektor, co się Kopacz nie kłaniał
Szef Szpitala Psychiatrycznego w Żurawicy nie odpuszcza Ministerstwu Zdrowia. I dzięki wyrokom dostaje pieniądze
– W ten sposób może reagować przekupka na targu, a nie minister zdrowia – odpowiedział Janusz Kołakowski minister zdrowia Ewie Kopacz. – To nie mieści się w kanonach dobrego ani żadnego wychowania – dodał, patrząc prosto w oczy szefowej resortu.
W maju tego roku na spotkaniu z dyrektorami podkarpackich szpitali minister puściły nerwy. Zasugerowała, by dyrektor Szpitala Psychiatrycznego w Żurawicy (koło Przemyśla) Janusz Kołakowski „poszedł do szkoły uczyć historii, bo to skandal, żeby dyrektorem był ktoś z politycznego nadania”. Uczestnicy spotkania spuścili głowy. Żaden nie stanął w obronie kolegi.
– Jakim prawem potraktowała mnie jak śmiecia? – pyta dziś oburzony. Tłumaczy, że nie zasłużył sobie na taką opinię, bo nie zadłużył szpitala i nie ugiął się pod żądaniami lekarzy i pielęgniarek.
Mówi o swoich kompetencjach: zanim został dyrektorem w Żurawicy, wiele lat pracował na kierowniczych stanowiskach w samorządzie, skończył studia podyplomowe z zarządzania w służbie zdrowia i zarządzania zasobami ludzkimi.
Szefowie szpitali czują się dyskryminowani
Minister Kopacz miała powód, by się zdenerwować. Nie mogła wybaczyć Kołakowskiemu, że jako pierwszy z dyrektorów szpitali psychiatrycznych pozwał ministerstwo do sądu, który zobowiązał je do zwrotu szpitalowi kosztów leczenia nieubezpieczonych pacjentów. Obawiała się, że może to wywołać lawinę podobnych pozwów.
I miała rację. Kołakowski się śmieje, że dla dyrektorów innych szpitali psychiatrycznych – on, historyk z wykształcenia – stał się konsultantem od skutecznej egzekucji należnych pieniędzy z resortu.
Szef placówki w Jarosławiu Józef Długoń już skorzystał ze szlaku przetartego przez Kołakowskiego i wygrał pierwszy proces. Zapowiada kolejne pozwy.
Gdy pielęgniarki rozpoczęły protest głodowy, dyrektor z domu przywiózł śpiwór i głodował w swoim gabinecie
Na początku listopada podczas spotkania w Żurawicy dyrektorzy innych szpitali psychiatrycznych zapowiedzieli, że będą skarżyć ministerstwo, bo dyskryminuje ich placówki.
Domagają się nie tylko zaległych pieniędzy za leczenie nieubezpieczonych, ale przede wszystkim nie godzą się z regionalną dyskryminacją.
– Na Mazowszu szpitale za punkt (na punkty przeliczane są wszystkie zabiegi – red.) dostają 11,5 zł, a my 2 zł mniej – wylicza Tomasz Goździkiewicz, dyrektor Szpitala Psychiatrycznego w Choroszczy w Podlaskiem.
W ciągu roku placówka traci na tym 8 mln zł. – To jest nierówne traktowanie podmiotów, bo spełniamy takie same warunki – dodaje dyrektor Goździkiewicz.
Pieniądze proszę przelać na konto
Pierwszy proces z resortem dyrektor Kołakowski wygrał w 2008 roku. W pozwie ograniczył się tylko do zaległości za 2006 rok, bo – jak tłumaczy – szpitala nie było stać na wpłacenie wyższego wadium.
Po prawomocnym wyroku wysłał list do minister Kopacz,
w którym podziękował za przelanie na konto szpitala zasądzonych 111 tys. zł wraz z odsetkami.
– Poprosiłem o przelanie na to samo konto zaległości za dziesięć miesięcy 2007 roku – wspomina.
Ministerstwo odpowiedziało, że w Polsce nie obowiązują wyroki precedensowe, a sprawa zaległości za 2006 rok była jednostkowa.
– Złożyłem więc kolejny pozew – opowiada.
Przed kilkoma dniami Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że ministerstwo ma zwrócić szpitalowi w Żurawicy 307 tys. zł. – Z odsetkami to będzie ponad 400 tys. – cieszy się dyrektor.
Złożył już następny pozew. I zapowiada, że nie ostatni. Dziwi go, że resort zamiast normalnie płacić szpitalowi, wydaje pieniądze podatników na koszty sądowe i odsetki.
Według ustaw o zdrowiu psychicznym oraz o wychowaniu w trzeźwości Ministerstwo Zdrowia ma pokrywać koszty leczenia nieubezpieczonych pacjentów.
W szpitalu w Żurawicy to ok. 20 proc. chorych, ich leczenie kosztuje ponad 2 mln zł rocznie (a kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia na ten rok opiewa na ok. 12 mln zł). – Przywożeni są często z ulicy i szpital nie może odmówić ich przyjęcia – podkreśla dyrektor.














