Literatura
Nieodgadniony uśmiech pana Ryszarda
Domosławski dąży do pokazania prawdy o autorze "Cesarza". Momentami bywa mało elegancki
Wiedziałem, że pan Ryszard był skryty. Powiedział mi kiedyś: – U nas na Polesiu powtarzają: "Tisze jedziesz, dalsze budiesz". Wierzył w to.
A jednak zaskakuje mnie, że niektórzy starzy przyjaciele, których Artur Domosławski prosił, by o nim opowiedzieli, mieli poważne kłopoty z wyłowieniem anegdot, sytuacji, rozmów. "O Boże – mówili – znaliśmy się kilkadziesiąt lat, a ja tak mało o nim wiem, tyle co nic. Jakie to smutne!".
Tajemnice i mity
Nad książką Domosławski pracował trzy lata. Wykonał ogromną pracę researcherską, odbył liczne podróże szlakiem swego bohatera. Pisząc biografię – i to jest znakomity pomysł – skorzystał z metody, jaką Kapuściński posłużył się w "Szachinszachu". W warstwie stylistycznej literackich aluzji jest tu mnóstwo – i do "Podróży z Herodotem", i "Hebanu".
Szczególnie ciekawy jest rozdział poświęcony zaangażowaniu Kapuścińskiego w budowę komunizmu. Wiem, że na początku naprawdę wierzył w tę ideologię, a PRL do pewnego czasu uznawał za swoje państwo. Mimo to niektóre z wykopanych przez Domosławskiego młodzieńczych utworów pana Ryszarda czytam z ciężkim sercem:
"Rozpalamy w sercach/ naszej woli płomień/ Mocniej się/ ramię Pokoju/ napina./ My –/ silniejsi miliardem dłoni,/ potężniejsi/ myślą Stalina".
Domosławski stawia ciekawą i – w moim przekonaniu – wysoce prawdopodobną tezę, że dzięki wyniesionej z Polski wiedzy o mechanizmach rewolucji Kapuściński mógł potem przenikliwie pisać o rewolucji ajatollahów w Iranie.
Intrygujący jest rozdział poświęcony mitom na swój temat, których Kapuściński nie prostował. W angielskim wydaniu "Wojny futbolowej" znalazła się nota tej treści: "Przyjaźnił się z Che Guevarą w Boliwii, z Salwadorem Allende w Chile i Patrice'em Lumumbą w Kongu". Domosławski twierdzi, że "spośród tej trójki Kapuściński spotkał – prawdopodobnie – Salvadora Allende". Reporter nie sprostował błędu wydawcy: "Mitotwórcza "metoda" polegała na sugerowaniu, stwarzaniu przeświadczeń w umysłach odbiorców – pisze Domosławski. – Kapuściński nie wchodził w szczegóły, nie dopowiadał do końca, w razie przyparcia do ściany mógł się wycofać; nie można mu było zarzucić kłamstwa. Dopowiadali inni. Dopowiadaliśmy…". Nie ulega wątpliwości, że Kapuściński kreował swoją legendę. Ja nie czyniłbym z tego zarzutu i nie miałbym o to pretensji.
Autor biografii twierdzi, że Kapuściński, pracując nad swymi najwybitniejszymi dziełami – w tym mistrzowskim "Cesarzem" – ubarwiał rzeczywistość. Etiopczycy, z którymi rozmawiał Domosławski, twierdzili, że reporter powtarzał uliczne plotki, że deformuje obraz kraju i ludzi, "że piesek Lulu nie mógł sikać na buty dworzan, bo w kulturze etiopskiej byłoby to – jak mówią – upokorzenie nad upokorzeniami". Autor rozmawia też z prof. Marcinem Kulą, który twierdzi, że czytanie "Cesarza" jako monografii o czasach Hajle Sellasje czy "Szachinszacha" jako podręcznika historii najnowszej Iranu nie ma sensu.
Domosławski podsumowuje (i trudno się z nim nie zgodzić): "Kłopot z Kapuścińskim polega na tym, że niektóre z jego dzieł mogą stanowić niepodważalny wzór dla dziennikarzy, a niektóre – niekiedy pod względem literackim wybitniejsze – niekoniecznie. Te ostatnie są raczej książkami z półki "literatura piękna" – i to tej najwyższej; lepiej chyba, by nie "sprzedawano" ich publiczności jako dzieł reporterskich".
Najbardziej zdumiały mnie odkrycia, których Domosławski dokonał w Angoli. Dzięki rozmowom z bohaterem książki "Jeszcze dzień życia" ustalił, że na froncie, dokąd Kapuściński trafił z żołnierzami marksistowskiej partyzantki MPLA, wyszedł z roli reportera i chwycił za broń. W jednym z archiwalnych wywiadów mówił: "Nie można być wyrozumiałym dla kogoś, kto cię bierze na muszkę. Nie można przyznać mu nawet odrobiny racji. Chcesz żyć, strzelaj…".
Domosławski powołuje się na opinię przyjaciela Kapuścińskiego, który twierdzi, że swoją odwagę reporter kreował w literaturze. Autor dodaje, że co prawda pan Ryszard podróżował do niebezpiecznych miejsc, ale opowieści o jego niedoszłych egzekucjach są mocno przesadzone. W innym miejscu z pełnym przekonaniem pisze, że gdy Kapuściński zapadł na malarię mózgową, nie chciał wracać do Polski. Wolał być leczony w najbiedniejszym szpitalu dla tubylców, byle tylko zostać w Afryce. Wiedział bowiem, że PAP nie zainwestowałby potem w dziennikarza o słabym zdrowiu. No to jak? Był odważny czy nie?














