REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości

Telewizja

Kobieta musi być jak szampan

Barbara Hollender 10-12-2009, ostatnia aktualizacja 11-12-2009 17:34
źródło: AP
źródło: AP

Z Fanny Ardant rozmawia Barbara Hollender

Czytaj więcej: Zbliżenie

Rz: Podobno nie lubi pani wywiadów. To prawda?

Nie całkiem. Nie lubię udzielać wywiadów non-stop, w czasie promocji filmów. Bo wtedy pytania powtarzają się, a we mnie z każdą chwilą pogłębia się wrażenie, że nie mam niczego ciekawego do powiedzenia.

Jakich pytań pani nie lubi?

Nie lubię odpowiadać na drobiazgowe pytania dotyczące moich bohaterek. Ja je gram, a zadaniem widzów jest ich ocena. Nie należę też do tych aktorów, którzy bez hamulców opowiadają o najintymniejszych sprawach. I nie umiem rozprawiać o sztuce i przyszłości kina. Ale poza tym możemy rozmawiać o wszystkim – życiu, pracy.

W pokazywanym na ostatnim festiwalu w Cannes filmie „Twarz” Tsaia Ming-lianga po części rozlicza się pani z własnym życiem.

Nie wiem, czy z życiem, na pewno z kinem. To było niesamowite doświadczenie. Tsai Ming-Liang spodobał mi się od razu, gdy tylko go zobaczyłam. To mądry i uroczy człowiek. Na początku bałam się, że będziemy mieli kłopot z porozumiewaniem się. Ja mówię po francusku, hiszpańsku, włosku, portugalsku, trochę po angielsku, jednak on tych języków nie zna. Ale pracowało nam się świetnie. Mieliśmy na planie tłumacza, choć tak naprawdę nawet nie wiem, czy był w naszych kontaktach potrzebny. Raz jeszcze okazało się, że kino nie wymaga słów. Ono samo jest językiem. Przekazuje emocje, które w każdym języku, pod każdą szerokością geograficzną są takie same. Dlatego tam, na planie „Twarzy”, pomyślałam, że wybrałam zawód pozwalający mi porozumiewać się ponad wszystkimi przedziałami. Z ludźmi wychowanymi w innej kulturze.

Mówiąc o rozliczeniu z życiem, miałam na myśli co innego: ten film jest przecież hołdem, który tajwański reżyser złożył Francois Truffautowi, pani reżyserowi i życiowemu partnerowi.

Przyjmując rolę, nie zastanawiałam się nad tym. To do mnie dotarło później. I zrobiło mi się ciepło przy sercu. Truffaut był najważniejszym mężczyzną mojego życia.

Zagrała pani w jego dwóch ostatnich filmach. Pamięta pani swoje pierwsze spotkania z nim?

Czy pamiętam? Ja mam fotograficzną pamięć. Mój umysł przypomina dzisiaj wielki kocioł, w którym jest wszystko. Każdy reżyser, z którym pracowałam, każdy aktor, z którym grałam, każdy dzień, jaki przeżyłam. Niczego nie zapominam. Więc Truffaut... Przesłał mi scenariusz „Kobiety z sąsiedztwa”. Przeczytałam i zachwyciłam się, bo to była fantastyczna historia o wielkiej miłości. Zadzwoniłam do niego, powiedziałam „To wspaniałe!”. Spytał: „Masz jakieś pytania?”. Odpowiedziałam: „Nie” i usłyszałam: „To świetnie”. Tak już było zawsze. W czasie całego okresu zdjęciowego Truffaut pod koniec tygodnia dawał aktorom kartki z dokładnie rozpisanymi scenami. Uczyliśmy się w weekend dialogów, a w poniedziałek kamera ruszała i graliśmy. Ja, Gerard Depardieu, inni. Bez wielkich dyskusji. I dobrze. Kiedy za dużo się mówi, można coś zgubić.

Są reżyserzy, którzy bardzo długo na planie rozmawiają z aktorami.

Ja mam inne doświadczenia. Pamiętam, jak kilka lat temu z Frankiem Zeffirellim kręciliśmy „Wieczną Callas”, on tylko mówił: „Idź tu, potem skręć, na końcu usiądź”. Reszta – interpretacja sceny, emocje – należała do mnie. Pod koniec filmu pocałował mnie w rękę i podziękował.

Ma pani w swoim dorobku tytuły, które lubi pani szczególnie?

Zrobiłam filmy dobre i złe, niektóre odniosły sukces kasowy, inne były klapami. Ale jedno mogę powiedzieć: pracując przy wszystkich byłam szczęśliwa. Raz tylko popełniłam błąd. Pracowałam z człowiekiem, z którym nie powinnam była się spotkać. Nigdy. Ale nie powiem, kogo mam na myśli. Generalnie czuję się jako aktorka bardzo spełniona.

A jako kobieta?

Zawsze zastanawiałam się, dlaczego nie udało mi się stworzyć takiej rodziny, w jakiej sama się wychowałam. Moi rodzice byli ze sobą przez całe życie. Spokojnie, bezpiecznie. Chyba podświadomie marzyłam o takim związku. Ale nie wyszło. Życie artystów, na przemian euforie i depresje, nie sprzyjają stabilności. Zresztą wiem, że nie bardzo nadaję się do codzienności – dbania o dom, sprzątania, czekania na męża z obiadem. Kobieta musi być jak szampan. Luksusowa, trochę nieobliczalna, trochę kapryśna. W końcu żyje się raz. Tak uważam i nie łudzę się, że ze swoimi poglądami na życie miałam szansę zaszyć się w jakichś domowych pieleszach. Coś za coś. Ale nie mogę narzekać. Przeżyłam niejedną piękną chwilę.

Poprzednia
1 2 3
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

34 mln znalazły właściciela

We wczorajszym losowaniu Lotto tylko jeden gracz trafił "szóstkę" wygrywając aż 33 787 496, 10 zł., informuje Totalizator Sportowy >>