Prawo STARE
Trawniki od Palikota
Projekt komisji „Przyjazne państwo”, by dodatkowo uregulować dostęp do publicznej zieleni, trawników, osiedlowych łączek, może się skończyć tym, że kawałek legalnej zieleni znajdziemy dopiero za miastem albo tam, gdzie nie dojeżdżają radiowozy
Komisja chce, by gminy wykroiły z publicznej zieleni i oznaczyły te miejsca, po których możemy swobodnie się poruszać. Oddzieliły je od reszty – zakazanej. Ma to ułatwić ludziom korzystanie z zielonych dóbr bez obawy, że pojawi się strażnik miejski czy policjant. Czy rzeczywiście?
Cudowny paragraf
Jak to często w takich reformach bywa – zmienia się przepis. Komisja zaproponowała nowelizację art. 144 § 1 kodeksu wykroczeń, który mówi, że kto na terenach przeznaczonych do użytku publicznego niszczy lub uszkadza roślinność albo depcze trawnik bądź zieleniec lub dopuszcza do niszczenia ich przez zwierzę pod jego nadzorem, podlega grzywnie do 1000 zł. Dodanie słów: „w miejscach innych niż wyznaczone dla celów rekreacji przez właściwe organy gminy”, ma ograniczyć stosowanie tych rygorów do wyznaczonych części zieleńców i pozwolić tam nieco „poszaleć”.
Dodajmy, że niszczenie zieleni, łamanie gałęzi czy kradzież kwiatów itp. nadal będą karane nawet w tych wydzielonych częściach polskich parków. Jak napisano w uzasadnieniu noweli, pomysł zaczerpnięto z wzorów zachodnich, gdzie powszechnie w czasie przerw w pracy lub weekendów korzysta się z miejskiej zieleni.
Nowe rygory na trawie
Niestety, za tym nowym polem wolności czają się kolejne rygory i kary. Przeciętny człowiek nie ma przecież problemów z ustaleniem, po czym w parku może chodzić, a po czym nie, albo na której łączce nad rzeką wypada mu się w lecie położyć. Oczywiste jest spacerowanie np. po trawnikach Pola Mokotowskiego, ale nikt się przecież nie kładzie na klombach z kwiatami. W wielu parkach regulaminy i ostrzeżenia zupełnie wystarczą. Poza tym mamy jeszcze zdrowy rozsądek.
Na razie strażnicy miejscy raczej nękają amatorów piwka pod chmurką czy parkujących na trawnikach (choć niektóre są nimi tylko z nazwy), jednak nie czepiają się za zwyczajny kontakt z miejską zielenią.
Nowy przepis najprawdopodobniej zburzy tę równowagę. Powiedzmy, że gminy zinwentaryzują zielone zasoby, podejmą stosowne uchwały i wdrożą je na swoich terenach, tzn. oznaczą „wolne tereny zielone”. Policja i strażnicy dostaną więc dodatkowy bodziec do karania za nadepnięcie na wszystko, co zielone, poza wydzielonymi strefami. Tak jak już teraz strefa parkowania dla wielu strażników oznacza, że zaparkowanie gdziekolwiek w sąsiedztwie, np. na spółdzielczym podwórku, jest nielegalne.
Jednak najprawdopodobniej gminy nie zdołają w rozsądnym terminie przeprowadzić tej operacji, zapewne też kosztownej.
Czy wtedy legalnego kawałka zieleni mamy szukać za miastem albo tam, gdzie radiowozy nie dojeżdżają? Czy potrzebujemy takiego prawa, takiej dodatkowej wolności?














