MŚ 2010 - RPA
Najłatwiejszy pierwszy raz
Hiszpania – Niemcy 1:0. Hiszpanie w finale z Holandią. Oni grali, Niemcy czekali. Gdy Carles Puyol strzelił gola, było za późno
Długo kazali na siebie czekać, ale wreszcie są. Nieuchwytni dla rywali jak podczas mistrzostw Europy, trzymający w rękach wszystkie karty.
Jeszcze nie tak rozpędzeni i efektowni, jak do tego przyzwyczaili przed mundialem, ale i w Euro nie wszystkie mecze im się udawały. Skrzypce zagrały na ziemi bębnów, jak to ujął jeden z hiszpańskich komentatorów. Po takim spotkaniu jak z Niemcami chce się czekać na niedzielny finał. Wynik niczego o tym, co się działo, nie mówi.
Może taki już w RPA los Hiszpanów, od rundy grupowej wygrywali tylko 1:0, w całym turnieju wyżej pokonali jedynie Honduras. Ale to nie był mecz ich cierpień, choć czekali na gola do 73. minuty. Może nawet pierwszy półfinał mundialu najmniej ich kosztował ze wszystkich meczów po rundzie grupowej.
Taniec w miejscu
Cierpieli Niemcy, oni nie będą mogli sobie powiedzieć: zrobiliśmy wszystko, nie udało się. Wystarczyło spojrzeć na Bastiana Schweinsteigera, gdy schodził z boiska. Długo się z niego podnosił, ignorował pocieszających. Kiedy Hiszpanie w strefie wywiadów opowiadali o odzyskanym spokoju, Niemcy mówili półsłówkami. Wiedzieli, że nie byli w tym meczu sobą.
Hiszpania zabrała im cały blask. To co najlepsze wydobyła tylko z Manuela Neuera, ale nie o to Niemcom chodziło. Przy grze podań rywali nie było czasu na natchnienie, zostało bieganie od pożaru do pożaru. Harowali, żeby odebrać Hiszpanom piłkę, a potem bardzo łatwo ją tracili. „Sueddeutsche Zeitung” odliczanie przed meczem zatytułowała „Jeszcze 120 minut do karnych” i trudno się było oprzeć wrażeniu, że taki był plan.
Piętnaście minut minęło, zanim Niemcy stworzyli akcję inną niż bezładny kontratak (pierwszą próbę przerwał im kibic z wuwuzelą, wbiegając na boisko).
Pół godziny, zanim Philipp Lahm pierwszy raz przebiegł z piłką środkową linię. Schweinsteiger, motor drużyny, nie miał czego napędzać. Lukas Podolski częściej był obrońcą niż napastnikiem. Przed przerwą udało im się przynajmniej sprawić, że Hiszpania tańczyła w miejscu, i kilka razy groźnie zaatakować.
Te próby najczęściej kończyły się rzutami rożnymi i przy każdym Vicente del Bosque spacerował niespokojnie przy ławce. Potem byli bezradni. Nie spróbowali wygrać, walczyli tylko o remis po straconym golu, ale zabrakło im argumentów.
Można się zastanawiać, co by było, gdyby Sergio Ramos w ostatniej akcji pierwszej połowy nie zatrzymał mającego przed sobą tylko bramkarza Mesuta Oezila tuż przed polem karnym i gdyby sędzia zobaczył ten faul.
Ale Joachim Loew do tego nie wracał. Zachwycał się Hiszpanami, wkładał im już w ręce Puchar Świata. Nie chciał też dyskutować, czy Niemcy przegraliby ten mecz, gdyby Thomas Mueller nie był zawieszony za kartki.
Kamery pokazywały go bardzo często. Zaczął mecz w loży honorowej, skończył oparty o bandę przy boisku, z coraz mniejszą wiarą, że coś się jeszcze zmieni. Żaden z jego zmienników nie przekonał. Piotr Trochowski dobrze zaczął, ale dalszego ciągu nie było. Toni Kroos, który za niego wszedł w drugiej połowie, zmarnował najlepszą okazję dla Niemców w drugiej połowie, gdy po dośrodkowaniu Podolskiego strzelił tam, gdzie rzucił się Iker Casillas.
Inni bohaterowie
Hiszpanie rozwiali wątpliwości tam, gdzie ich dopadły, w Durbanie, na boisku, na którym zaczęli turniej porażką ze Szwajcarią. Niemcy też tutaj grali pierwszy mecz, tu dali pierwszy pokaz mocy, rozbijając Australię. Ale półfinał zupełnie odwrócił role.
Hiszpania przekonała nawet, że potrafi wygrywać bez dobrej gry Davida Villi. To nie był jego wieczór, najbliżej gola był w drugiej połowie, ale i wtedy stał pół kroku za daleko i nie sięgnął piłki podanej wzdłuż bramki przez Andresa Iniestę. Znaleźli się inni bohaterowie.
Świetny był Pedro, który zastępował w podstawowym składzie Fernando Torresa i zawiódł tylko raz: gdy biegł na bramkę kilkadziesiąt metrów i niepotrzebnie próbował w polu karnym minąć jeszcze Arne Friedricha, tracąc równowagę.
Po podaniach Xabiego Alonso co chwila było groźnie. Xavi po nieudanym poprzednim meczu znów pociągał za wszystkie sznurki. A Carles Puyol wyrósł w 73. minucie w polu karnym i mając obok siebie tylko Pique, uderzył głową tak mocno, że Manuel Neuner nie miał szans.















