MŚ 2010 - RPA
Raj i piekło na złotych piaskach
Johannesburg. W tym mieście będzie biło serce mundialu, już bije. Otwarcie i pierwszy mecz w piątek
Stadiony w tle się zmieniają, ministrowie też, tylko Nelson Mandela jest na każdym powitalnym plakacie. Ubrany w złotą koszulę, z Pucharem Świata w rękach, patrzy na tych, którzy wylądowali w Johannesburgu i korytarzami wypolerowanego lotniska idą na spotkanie z Afryką.
To ostatnie momenty spokoju. Za chwilę spadną na nich kolory wszystkich sponsorów mundialu i wszystkich finalistów, dźwięk vuvuzeli, czyli plastikowych trąbek, ryczących już w hali przylotów, powtarzane co chwila zapewnienia, że Afryka jest gotowa, Johannesburg jest gotowy, że wszystko jest tu „world class”. Ten zgiełk wypełni następne kilka tygodni. Ale Mandela będzie się już od niego trzymał z daleka.
Nie jest nawet pewne, czy ojciec RPA takiej, jaką znamy dzisiaj, bohater czarnych i białych, tych, co nie mają nic, i tych, którzy mają wszystko, będzie w piątek na meczu otwarcia. On swoje już zrobił, chce odpocząć. Był jedynym prezydentem na kontynencie, który zrezygnował dobrowolnie z drugiej kadencji. Gdy kilka lat temu wycofywał się z życia publicznego, powiedział: – Proszę, nie dzwońcie już do mnie. Jak będzie trzeba, ja zadzwonię. Dzwoni rzadko.
Opowieści na tak i nie
Jego zdjęcie z Pucharem Świata, to z plakatów, jest jednym z pomników najnowszej historii RPA. W 2004 roku w Zurychu, po wygranym wyścigu o mistrzostwa, Mandela mówił, że znów czuje się jak 15-latek, przytulał puchar.
Nie mógł nawet marzyć o takiej chwili, gdy kilkadziesiąt lat wcześniej zaczynał w johannesburskim Soweto walkę z apartheidem, gdy znikał za bramą więzienia na wyspie Robben koło Kapsztadu, gdy w 1976 roku FIFA wyklęła RPA z grona swoich członków. Teraz, kiedy mundial, o który ten kraj ze swoim przywódcą walczył przez sześć z dziesięciu pierwszych lat demokracji, jest już na progu, Mandela woli oddać scenę innym. W niedzielę w Pretorii na konferencji prasowej zaczynającej finałowe odliczanie to prezydent Jacob Zuma pod rękę z Seppem Blatterem zapraszał do Afryki „wszystkich, którzy przez następne tygodnie będą nam opowiadać swoje historie i będą słuchać naszych”.
W centrum życie toczy się na ulicy, trzeba lawirować samochodem między przechodniami
Różne to będą opowieści. Afryka potwierdzi każdą tezę: na tak i na nie. W radiu wiadomości o tym, jak świetny to będzie turniej, mieszają się z informacjami, ile osób zginęło i ile jest rannych w strzelaninie w Soweto. Przy wyjściu z nowoczesnego, eleganckiego lotniska wiszą ogłoszenia, że z powodu zmian w organizacji transportu specjalne autobusy do m.in. leżącej kilkadziesiąt kilometrów stąd Pretorii i Sandton, najbogatszej dzielnicy Johannesburga, ruszą dopiero 7 czerwca.
Wolontariusze nie mogą uzgodnić, czy biuro akredytacyjne jest przy stadionie Ellis Park, czy Soccer City, i czy jest otwarte już, czy dopiero od poniedziałku. Ale taki już urok wolontariusza, nieważne czy to igrzyska w Chinach, finał Ligi Mistrzów w Madrycie czy mundial w Afryce.
Zamieszki pod stadionem
W RPA nigdy nie mieli wątpliwości, że podołają. Będą pierwszym krajem, który może się chwalić, że zorganizował mistrzostwa świata w rugby, krykiecie i futbolu. Wszystkie wątpliwości gości z zagranicy zagłuszają optymizmem, bijącym z telewizji i billboardów tak mocno po oczach, że aż prowokuje, by zacząć szukać dziury w całym. Zwłaszcza po takich wydarzeniach jak niedzielne starcia kibiców przy okazji meczu Korei Północnej z Nigerią na stadionie Makhulong na obrzeżach Johannesburga. Kilkanaście osób zostało rannych, jeden policjant ciężko, gdy tłum niecierpliwiący się w kolejkach do wejścia naparł na ludzi stojących z przodu. Ktoś zdecydował, że bilety na ten mecz będą darmowe. Ktoś zapomniał tam wysłać po tej decyzji dodatkowych ochroniarzy. Ale wszyscy umyli ręce: właściwie to obrażenia nie były takie poważne, do zdarzenia doszło pod stadionem, a nie na nim, poza tym to nie jest obiekt mistrzostw, itd. O przygotowaniach tylko dobrze albo wcale.
Szaleństwo już trwa. Puchar Świata skończył swoje tournee po Afryce i czeka na zwycięzcę. Większość finalistów wylądowała. Bafana Bafana, drużyna gospodarzy, wygrywa. Koszulki reprezentacji znikły ze sklepów, uliczni sprzedawcy próbują wcisnąć flagi, podróbki pamiątek, albo inne mundialowe rękodzieło, na przykład sylwetki piłkarzy z drutu.















