Komisarz Reding wie, że trzeba rozmawiać

Łukasz Dec 19-03-2008, ostatnia aktualizacja 19-03-2008 05:22

Viviane Reding, unijna komisarz ds. społeczeństwa informacyjnego, nie chce zawierzyć niewidzialnej ręce rynku. Woli swoją żelazną dłoń, ale jest to dłoń ukryta w jedwabnej rękawiczce. Ambitna komisarz spędziła prawie 20 lat w Parlamencie i Komisji Europejskiej. Nie mogła więc nie poznać meandrów brukselskiej dyplomacji. Wie, co komu powiedzieć, aby dopiąć swego.

W 2007 roku udało się jej zmusić operatorów do obniżenia naprawdę horrendalnych stawek za międzynarodowe rozmowy komórkowe.

W ubiegłym tygodniu z kolei rozmawiała z polskimi politykami, urzędnikami i szefami firm telekomunikacyjnych. Przekonywała, że ceny usług transmisji danych w Europie powinny być niższe i że wspólnemu rynkowi telekomunikacyjnemu przydałby się wspólny urząd nadzorujący.

Ten drugi pomysł jest jej szczególnie drogi. Znamienne, że o zmniejszenie stawek za rozmowy transgraniczne musiała szczególnie walczyć w Radzie Unii Europejskiej. Tworzą ją ministrowie państw, a one są bardziej skłonne dbać o interesy rodzimych telekomów, które traciły na obniżce. Viviane Reding chce przeciąć lokalne układy i wyjąć spod ich wpływu krajowe urzędy regulujące rynki telekomunikacyjne.

Zdaniem Viviane Reding paneuropejski urząd mógłby się okazać tutaj szczególnie pożyteczny. Na razie jednak krajowi regulatorzy bez entuzjazmu przyjmują pomoc z Brukseli, upatrując w niej zamachu na swoje kompetencje. To nie zniechęca żelaznej damy, który jeździ po Europie i przekonuje, przekonuje, przekonuje... Jak już słychać z naszego podwórka, niebezskutecznie.

Rzeczpospolita