Po publikacji "Rzeczpospolitej"
Wojskowa afera. Jedyny winny: ten, który ją ujawnił
Pilot opowiedział o fikcyjnych szkoleniach w Inowrocławiu, został wysłany na badania lekarskie
W 56. Kujawskim Pułku Śmigłowców Bojowych w Inowrocławiu szkolenie pilotów odbyło się tylko na papierze, a dokumentację sfabrykowano. „Rz” ujawniła tę sprawę 4 września.
Jeszcze tego samego dnia Wojska Lądowe wysłały do Inowrocławia specjalną komisję. Już zakończyła pracę. Wnioski z jej raportu można podsumować krótko: żadnej afery nie było, a jedyną osobą, która powinna ponieść karę, jest żołnierz, który ujawnił fikcyjne szkolenia.
Rozkaz podpułkownika
O aferze opowiedział „Rz” służący w tym pułku pilot chorąży Dariusz Warchocki. – Nie chcę milczeć, bo tu chodzi o bezpieczeństwo – tłumaczył. – Jeśli jakiś pilot się rozbije, wina spadnie na niego. A to nie on organizuje sobie szkolenie.
Warchocki zawiadomił też prokuraturę, która bada tę sprawę.
Z nagrań oraz dokumentów przekazanych przez pilota wynika, że w poniedziałek 23 listopada 2009 roku, krótko przed zaplanowanym nocnym lotem, dowódca eskadry ppłk Mirosław Gumny nakazał wypisać żołnierzom formularz ze wstecznymi datami. „Wybierzcie sobie, czy byliście szkoleni wczoraj czy w sobotę” – takie zdanie ppłk. Gumnego słychać na nagraniu.
Żołnierze wykonali polecenie, a dowódca potwierdził swoim podpisem, że szkolenie rozpoczęło się w piątek 20 listopada i było prowadzone przez cały weekend.
Nic się nie stało?
Po ujawnieniu sprawy przez „Rz” minister obrony narodowej Bogdan Klich polecił powołać specjalną komisję do jej zbadania. Na czele zespołu stanął gen. Andrzej Malinowski, szef sztabu Wojsk Lądowych. W piątek poinformowano nas o wynikach kontroli. – Nie stwierdzono jednoznacznie faktu fałszowania dokumentów i poświadczenia nieprawdy – twierdzi Janusz Sejmej, rzecznik ministra obrony narodowej.
Komisja uznała, że skoro 23 listopada ostatecznie nie doszło do lotów szkoleniowych, nie mogło dojść także do sfałszowania dokumentów o szkoleniach. A nagrani z ukrycia żołnierze jedynie o tym rozmawiali.
Z nagrań i pism wynika, że żołnierze podpisali formularze ze szkoleń, których nie odbyli
– Mimo zapowiedzi ze stenogramów fakt fałszywego rozpisania tak zwanej kompleksówki nie miał miejsca – przekonuje Sejmej.
„Rz” posiada jednak kopię dokumentu, w którym żołnierze poświadczali nieprawdę. Oryginał ma prawnik Warchockiego. – Mówiłem członkom komisji, że mogą mieć w niego wgląd, ale nie byli tym zainteresowani – zaznacza chorąży.
Są też inne dowody. Podczas przesłuchań w prokuraturze zarówno dowódca eskadry, jak i dwaj inni nagrani przez Warchockiego żołnierze zapewniali, że szkolenie pilotów się odbyło.
To kto jest winny? Według komisji – chorąży Warchocki, który wielokrotnie pomawiał swoich przełożonych. W dodatku zbyt często chorował. A zatem jego przyszłość w armii stała pod znakiem zapytania.
Chorąży będzie przebadany
– Komisja zdecydowała o wysłaniu chorążego Warchockiego na badania okolicznościowe stwierdzające przydatność żołnierza do wykonywania zadań na zajmowanym stanowisku, co jest spowodowane dużą ilością zwolnień lekarskich – mówi „Rz” Sejmej.
– Spodziewałem się, że poniosę konsekwencje tego, co zrobiłem, ale nadal trudno mi się z tego otrząsnąć – przyznaje chorąży Dariusz Warchocki. – Kiedy stanąłem przed komisją, na dzień dobry padło pytanie, czy można sprawę załatwić ugodowo. Odmówiłem. Nadal będę głośno mówił o nieprawidłowościach, bo to zbyt poważna sprawa, by ją zbagatelizować – podkreśla.
Eksperci uważają, że ustalenia komisji wojskowej mogą być niewiarygodne.
– To jest konflikt wewnętrzny. Armia nie może kontrolować samej siebie, sprawę powinna wyjaśnić instytucja z zewnątrz – komentuje Janusz Zemke, były wiceminister obrony, obecnie eurodeputowany SLD.
Tego samego zdania jest Wojciech Łuczak, ekspert lotniczy. – Przedstawiliście twarde dowody na to, że ze szkoleniem pilotów w armii jest źle. Miałem nadzieje, że tym razem wojsko wyjaśni wszystko do końca i przedstawi rzetelny raport. Myliłem się – mówi.













