Rozmowa "Rz"
Chcę 30 proc. kobiet na listach
To podejście pragmatyczne, bo wolałabym 50 proc. – mówi „Rz” Joanna Mucha, posłanka Platformy
Rz: Dziś Sejm zajmie się projektem ustawy o parytetach płci na listach wyborczych. Gdyby takie przepisy już obowiązywały, to gdzie by pani była dzisiaj w polityce?
Joanna Mucha, posłanka PO: W tym samym miejscu, w którym jestem. Planowałam start w wyborach parlamentarnych dopiero po zrobieniu doktoratu, czyli wtedy, kiedy miałabym coś do zaoferowania moim wyborcom. I tak się stało.
Czyli parytety dla kobiet są, pani zdaniem, niepotrzebne?
Są potrzebne. Mogą zmienić sytuację kobiet, które chcą teraz wejść do polityki albo próbują od kilku lat, ale ze słabym skutkiem. Znam politykę od lat i wiem, że nie jest przyjazna dla kobiet.
W pani przypadku parytety by nic nie zmieniły, a w przypadku innych kobiet zmieniłyby wiele? Nie rozumiem.
Ja miałam w sobie więcej determinacji, kiedy walczyłam z całym światem o prawo do tego, żeby realizować się w taki sposób, jaki mi odpowiadał. Wiele kobiet nie ma takiej determinacji. Wielu mężczyzn również jej nie ma, a mimo to są w polityce, bo im jest łatwiej do niej wejść. Chcę tylko, żeby kobiety i mężczyźni o tym samym poziomie determinacji mogli uczestniczyć w życiu publicznym. Żeby kobietom nie było trudniej. Bo polityka to męski świat.
Męski, czyli jaki?
Polska polityka jest kompletnie niedostosowana do kobiecego sposobu życia, bycia, prowadzenia domu, wypełniania obowiązków.
Mam wrażenie, że więcej wysiłku w kampanię wkłada w tej chwili Radosław Sikorski
Może właśnie tak powinno być, że kobiety generalnie powinny się zajmować tym, do czego natura i lata doświadczeń je predestynują. Po co burzyć ten porządek?
Nie mam nic przeciwko temu, by kobiety zajmowały się domem, rodziną – jeśli jest to ich własny wybór, a nie efekt kulturowego zdeterminowania. Jeśli jednak wybierają inną ścieżkę kariery, to powinny mieć takie same możliwości jak mężczyźni.
I sądzi pani, że parytety to by umożliwiły?
Tę rolę parytetu nazywam „ssącą”. Mężczyzna – przewodniczący regionu – aby zapełnić listę, będzie poszukiwał kobiet. Będzie dostosowywał życie partyjne w swoim regionie do ich potrzeb. Mężczyźni, którzy teraz zamykają się we własnym politycznym światku i w swoim sposobie myślenia, musieliby wykształcić mechanizmy wciągające kobiety do polityki.
Jestem przekonana, że parytety byłyby przejściowym rozwiązaniem.
Bez żadnych parytetów coraz częściej liderkami lokalnych społeczności zostają kobiety. Nie zauważyła pani, jak wiele kobiet jest sołtysami? I to mimo patriarchalnej mentalności na wsi?
Zauważyłam. Jest to bardzo ciekawy mechanizm, bo jednocześnie PSL ma w parlamencie tylko jedną posłankę, panią marszałek. Być może fenomen ten wynika z tego, że mężczyźni na wsi umierają średnio o dziesięć lat wcześniej niż kobiety, może z tego, że choroba alkoholizmu jest wśród nich dość rozpowszechniona. Hasło „kobiety na traktory” też swoje zrobiło. Kobiety na wsi przejęły męskie role.
W mieście jest inaczej. Kobieta w mieście pracuje na dwóch etatach: tym w pracy i tym w domu. A chodzi o to, by kobieta i mężczyzna po równo rozdzielali te etaty.
Ale to nie jest chyba problem parytetów politycznych, tylko polskiej mentalności?
To są dwie strony tej samej monety. Trzeba zmienić wzorce kulturowe, aby uwolnić czas kobiet na działalność publiczną i odblokować ich wejście do tej działalności. Pamiętam, że musiałam walczyć z rodziną, bym mogła poświęcać czas polityce. Mężczyźni nie muszą tego robić.
Będzie pani głosować za parytetami w Sejmie?
Za poprawką dającą kobietom 30 proc. miejsc na liście. Wolałabym rozwiązanie parytetowe, czyli 50 proc., ale podchodzę do tego pragmatycznie.
To może skończyłoby się, jak w „Seksmisji” – kobiety rządzą, a mężczyźni są w zaniku?
Chciałabym, żeby kiedyś płeć przestała się liczyć w polityce. I tylko tyle. A może aż tyle.
Na razie kandydatami na prezydenta w Platformie są mężczyźni, więc śladów analogii do „Seksmisji” nie ma. A jak pani się podoba decyzja zarządu partii, że o wyborze Bronisława Komorowskiego czy Radosława Sikorskiego przesądzą członkowie PO za pośrednictwem Internetu bądź korespondencyjnie?













