Publicystyka

Spełnił się najgorszy sen Agaty

Rzeczpospolita
Po sprawie Agaty nie zamierzam już nigdy przyjmować zaproszeń któregokolwiek z mediów Agory lub udzielać mu jakichkolwiek komentarzy. Wzywam do tego także innych – pisze publicysta
To stało się kilka dni temu, na naszych oczach: czternastoletniej dziewczynie, zaskoczonej swoją ciążą i borykającej się z niezrozumieniem najbliższych, wpływowe medium i autorytety naszego państwa wręczyły kwit na aborcję i bilet do kliniki, w której Ministerstwo Zdrowia znalazło lekarzy niemających wątpliwości, że skoro prawo państwowe na to zezwala, jedno z dwóch żyć ludzkich można zadeptać.
To było jak w monstrualnym Big Brotherze, tyle że zamiast podekscytowanej publiczności głosującej za „usunięciem” lub „pozostawieniem”, to dziennikarze „Gazety Wyborczej” usadowili dziecko Agaty na „gorącym krześle” i zrobili z niego „najsłabsze ogniwo”, do wyrzucenia. Urządzili spektakl, w którym fakty liczyły się niemal tak niewiele jak przyzwoitość i dobroć. Pisano o „ciąży z gwałtu” – gdy naprawdę chodziło o poczęcie dziecka w trakcie wielomiesięcznego „chodzenia” z chłopakiem, którego zdjęcia zdobią do dziś blog dziewczyny. Pisano, że Agata jest zdecydowana na aborcję – gdy naprawdę wahała się, mimo nacisku ze strony matki, która miała jej zagrozić wyrzuceniem z domu. Pisano, że aborcji jej „odmówiono” – gdy naprawdę to ona sama początkowo odmówiła na nią zgody. Pisano, że ksiądz i obrońcy życia „zaszczuwają” dziewczynę – gdy naprawdę oferowali jej opiekę i wsparcie finansowe w wypadku urodzenia dziecka (hałaśliwi zwolennicy rzekomej „wolności wyboru” proponowali jedynie sponsorowanie aborcji). Pisano, że przedstawiciele organizacji antyaborcyjnych utrudniają Agacie „podjęcie świadomej decyzji” – gdy to nie oni, lecz ludzie Wandy Nowickiej ograniczyli się do wymachiwania transparentami i poszturchiwania dziewczyny, by „skorzystała ze swych praw”. Złamano podstawowe standardy, posługiwano się nieprawdą. Czy prawdziwymi przyjaciółmi Agaty byli Leszek Miller, Jerzy Urban i Wanda Nowicka, oferujący pomoc w aborcji za granicą? A może był nim red. Piotr Pacewicz, zainteresowany sprawą o tyle, o ile zaiskrzy w niej „realizacja prawa do aborcji”, albo red. Adam Szostkiewicz dostrzegający okazję do krucjaty o świeckość państwa? Czy ktokolwiek z tego towarzystwa pojął sytuację dziewczyny inaczej niż gehennę ucieczki przed niechcianym ciężarem? Czy ktoś z nich spróbował zobaczyć w tej dramatycznej historii człowieka szukającego pomocy, a nie prostej licencji na zabijanie? Swojej koleżance, która próbowała pomóc Agacie uchronić się przed aborcją chcianą przez jej matkę, dziewczyna napisała: „Dziękuję ci za to, że powiedziałaś pani X. Dziękuję ci za to, że próbowałaś mi (nam?) pomóc, ale na nic to się zdało. Jutro mam aborcję w szpitalu na Lubartowskiej, nie mogę zrobić już nic, nie chcę tego. Mam tylko nadzieję, że po tym wszystkim nie popadnę w depresję i nie zrobię sobie krzywdy”. Parę dni później, gdy „Wyborcza” już wywalczyła swoje aborcyjne panaceum dla Agaty, dziewczyna napisała na swym blogu: „Najgorszy sen się spełnił”. Żyjemy zatem w świecie, w którym dorośli, władający naciskiem mediów, starają się spełniać sny dzieci – nawet jeśli są to ich najgorsze sny, to jest im zupełnie obojętne. o minister Ewie Kopacz i usprawiedliwiającym ją teraz premierze Donaldzie Tusku. Pani minister zaznaczyła swoją obecność jedynie jako menedżer biura usług aborcyjnych. Jest to nadgorliwość, gdyż polskie prawo nie przymusza nawet urzędników o nadmiernie cichym głosie sumienia do wynajdywania szpitali, świadczących usługę likwidacji nienarodzonych dzieci. Wbrew temu, co chcą nam wmówić działacze proaborcyjni, w Polsce nie ma bowiem „prawa do aborcji” (obowiązująca ustawa jedynie nie przewiduje karalności aborcji w niektórych przypadkach, natomiast nigdzie nie orzeka się pozytywnego uprawnienia do aborcji, które musiałoby być egzekwowane przez władzę państwową – przynajmniej to udało się ustalić poprzez ekspertyzy autorytetów prawniczych wypowiadających się w roku ubiegłym w toku debaty o nowelizacji konstytucji). Niestety, minister Kopacz błędnie zinterpretowała swoje zadania. Ponieważ na dodatek publicznie bagatelizuje zasadniczy konflikt zachodzący między swoją deklarowaną przynależnością do Kościoła a współudziałem w dokonaniu aborcji, nic dziwnego, że nawet bardzo powściągliwy w tych sprawach abp Gocłowski – ten sam sławiony niedawno na wszystkich kanałach TVN za rozsądek i liberalizm – zareagował dość precyzyjnie: „Uważam, że pani minister zachowała się niezwykle dziwnie. Żadna ustawa nie nakłada na panią minister tego typu zobowiązań. Nie wiem, dlaczego pani minister wskazała któryś ze szpitali gdańskich. Jeśli rzeczywiście wskazała, to bezpośrednio uczestniczyła w tym fakcie, który powoduje tego typu konsekwencje [ekskomuniki].… Ja bym tylko zacytował kanon, który powoduje, że konsekwencjami dla tych, którzy w taki sposób uczestniczą w tego typu procederze, są takie a takie kary kościelne”. Przypomnijmy, że niepozostawiający wątpliwości przepis o ekskomunice za współudział w aborcji został wprowadzony na wyraźne życzenie Jana Pawła II i nie jest to żaden „relikt średniowiecza”, tylko wymóg spójności życia. Jednak problem proaborcyjnej nadgorliwości urzędników Rzeczypospolitej jest tu swoiście wtórny wobec siły medium zaangażowanego w sprawę w sposób zgoła precedensowy. „Wyborcza” przekroczyła granicę oddzielającą zaangażowaną aksjologicznie publicystykę od tabloidowego otaczania konkretnego dramatu obłudnym tańcem „przyjaciela ludu”. Jednak zważywszy, w jakiej to sprawie dziennikarze medium Adama Michnika zdecydowali się być rycerzami dobrej opieki, powiedzieć to trzeba inaczej i dobitniej, słowami zapożyczonymi od jednego z uczestników internetowego Forum Frondy: „»Wyborcza« właśnie przekroczyła istotną moralną granicę, analogiczną do tej, która dzieliła kiedyś dywagacje antysemitów o potrzebie pilnego »rozwiązania kwestii żydowskiej« – i instruktażowe prelekcje i ćwiczenia dla batalionów bojowników o czystość rasy. Tym razem jest to przejście od proaborcyjnego teoretyzowania do proaborcyjnego poszturchiwania”. Wiem, że to porównanie jest dotkliwe. Czy jest jednak nieuprawnione? Słyszałem Adama Michnika pokrzykującego na publicznym spotkaniu, że zestawienie statystyk aborcyjnych i statystyk zbrodni hitlerowskich to tylko „banalizacja Shoah”. A jednak będąc głęboko wstrząśnięty nazistowskim okrucieństwem „fabryk śmierci” (i zbrodniami komunizmu), Jan Paweł II porównywał do nich dzisiejszą banalizację śmierci najmniejszych: „Po upadku ustrojów zbudowanych na »ideologiach zła« wspomniane formy eksterminacji (…) wprawdzie ustały, utrzymuje się jednak nadal legalna eksterminacja poczętych istnień ludzkich przed ich narodzeniem. Również i to jest eksterminacja zadecydowana przez demokratycznie wybrane parlamenty i postulowana w imię cywilizacyjnego postępu społeczeństw i całej ludzkości” („Pamięć i tożsamość”, s. 20). Ideologia głoszona przez lata stanęła oko w oko z pewnym konkretem. Z poziomu aborcyjnej politgramoty „Wyborcza” wezwała swych wyznawców do czynnego udziału w realizacji „prawa do aborcji”. Moralny współudział w tym rytuale spaja dziś takich ludzi jak Piotr Pacewicz, Agnieszka Pochrzęst, Małgorzata Szlachetka, Magdalena Środa czy Manuela Gretkowska. Doświadczenie wspólnego doprowadzenia czternastolatki do zabicia jej dziecka będzie miało swoją moc. To już nie jest taka czy inna publicystyka, której efektów zwykle nie daje się wyśledzić. Tym razem były to głosy popychające małego człowieka do tego, by się pozbył człowieka jeszcze mniejszego. Obłuda mówienia, że chodzi o „wolny wybór”, prysła już w momencie, gdy ta sama „Wyborcza” rozkręciła obrzydliwą kampanię przeciw ks. Krzysztofowi Podstawce – czyli przeciw człowiekowi, który przyszedł do Agaty, żeby jej powiedzieć, że po urodzeniu dziecka sama zdecyduje, czy chce, czy nie chce je sama wychowywać. To właśnie ks. Podstawka był w tej sprawie opanowanym rzecznikiem wolnego wyboru, tyle że zakładającego, iż trzeba tu ratować dobro wszystkich. W tym samym czasie Agacie nie proponowano w „Wyborczej” niczego dobrego, niczego pocieszającego, niczego konkretnego – poza ukrytym w fałdach gadania o „prawie do aborcji”. Gazeta Adama Michnika dawno nie ma znaczka „Solidarności” – ale mogłaby sprawić sobie nowy znaczek, z logo federacji proaborcyjnej, koniecznie z rzymską sentencją „viribus unitis – wspólnymi siłami”. Tego znaczka-znamienia na pewno „GW” nikt by nie pozbawił. Coś się stało – i nie wolno tego przeoczyć. Traktowałem „Wyborczą” jako świat mi obcy, lecz obecny w zasięgu wspólnej debaty. Teraz żegnam się z tymi złudzeniami: nie zamierzam już nigdy przyjmować zaproszeń któregokolwiek z mediów Agory lub udzielać mu jakichkolwiek komentarzy. Wzywam też innych, aby przynajmniej w ten sposób dali świadectwo. Nie potrafiliśmy osłonić dwojga dzieci przed doradcami z Czerskiej – miejmy teraz tę przyzwoitość, by odwrócić się na pięcie i oddalić od nich na odległość uwalniającą od współpracy z tymi współpracownikami nieszczęścia. Owszem, to jest gest oskarżenia. Owszem, to jest gest wykluczenia. Owszem, to jest gest pomsty. Dostępny nam gest, należny tym, którzy weszli z butami za wszelkie czerwone linie, cienkie i grube, po to, by – jak to słusznie rzekł niezwykle w takich razach ostrożny abp Życiński – „zabić dziecko”. Po prostu. Autor jest filozofem i publicystą, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Christianitas”, wykładowcą w Katedrze Historii Filozofii Starożytnej i Średniowiecznej UKSW
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL