Historia
Z piekła Syberii do raju Afryki
Kanadyjska historyk Lynne Taylor napisała o Polakach, którzy jako dzieci trafili z Sowietów do sierocińca w Tanzanii
Rz: Czy pisząc o zbrodniach popełnionych na Polakach przez Sowietów, nie spotkała się pani z krytycznymi uwagami ze strony kolegów-historyków?
prof. Lynne Tayl0r, historyk z Kanady: Nie, wprost przeciwnie. Odbiór książki był znakomity. Wielu Kanadyjczyków zafascynowała opisana przeze mnie epopeja polskich dzieci. Czasy się zmieniają. Wpływy skrajnie lewicowych środowisk na uniwersytetach na Zachodzie nie są już tak silne. W Kanadzie po wojnie zamieszkało wielu wschodnich Europejczyków. Dziś ich dzieci pracują już na uczelniach i stawiają pytania, które być może w innej sytuacji nie zostałyby postawione.
Porozmawiajmy więc o tej epopei polskich dzieci. Jak się zaczęła?
Na ogół w środku nocy, gdy do ich domów na polskich ziemiach wschodnich wdarli się funkcjonariusze NKWD z bronią w ręku. Dawali rodzinom 15 minut na spakowanie rzeczy, a potem pędzili je do pociągów. Do dziś, gdy rozmawiam z tymi dziećmi – teraz starszymi ludźmi – widzę w ich oczach przerażenie. A przecież to działo się w latach 1940 – 1941. Trauma została na całe życie.
Co się potem z nimi działo?
Przez kilka tygodni jechały na Wschód. Kolejny koszmar: nieopalane bydlęce wagony z dziurą w rogu na załatwianie potrzeb naturalnych. Raz w ciągu dnia wrzucano im trochę chleba, czasami dawano nędzną zupę. Wiadro wody dziennie na cały wagon. Już podczas deportacji wiele dzieci, o których napisałam książkę, stało się sierotami.
Gdzie je zawieziono?
Trafiły do wielu miejsc. Od Archangielska, przez głęboką Syberię, po Kazachstan. Polacy zostali umieszczeni w obozach pracy przymusowej lub skazani na osiedlenie, co było niewiele lepsze. Musieli budować dla Sowietów drogi, robić cegły, pracować w kopalniach. Obowiązywała zasada: kto nie pracuje, ten nie je. Ale i tak racje żywnościowe były głodowe. Często 200 gramów chleba dziennie.
Śmiertelność w wyniku wycieńczenia, chorób, głodu i ostrego syberyjskiego klimatu (mieszkali w nieocieplonych barakach) była niezwykle wysoka. Do tego dochodziła bezwzględność i brutalność NKWD.
A zwykli Rosjanie?
Wszyscy Polacy, z którymi rozmawiałam, podkreślali, że ze strony zwykłych Rosjan zaznali wiele dobrego. Pomiędzy nimi a sowiecką administracją istniała przepaść. Rosjanie starali się ich wspierać, pomagać. Okazywali im współczucie i sympatię.
Nienawidzili komunizmu bardziej niż Polacy.
Tak, bo znali go lepiej. W książce opisałam przypadek, gdy pewna Polka urodziła w obozie dziecko i Rosjanka – z narażeniem życia – szmuglowała dla niej mleko. Niestety, na niewiele to się zdało, bo dziecko zmarło. Problem polegał na tym, że Rosjanie sami cierpieli nędzę, nie mieli więc się czym dzielić.
Polskie dzieci uratował pakt Sikorski-Majski z lipca 1941 roku?
Tak, gdy ogłoszono amnestię, dzieci zaczęły przybywać do Taszkientu i innych miejsc rekrutacji armii Andersa. Większość ze starszym rodzeństwem, znajomymi, krewnymi, czasami jeszcze z mamą, która umierała po dotarciu do celu. Dziesięciolatek potrafił przeprowadzić sześciolatka przez pół Związku Sowieckiego. Zważywszy na możliwości komunikacyjne w tym kraju, było to niebywałe. Nie wiem, czy dzisiejsze dziesięciolatki dałyby radę same przejechać przez pół miasta.
Co Anders zrobił z tymi sierotami?
Gdy polscy wojskowi się zorientowali, że w miejscach werbunku pojawia się tyle dzieci, zaczęli tworzyć sierocińce. Postanowili, że trzeba je ratować. Anders rozesłał nawet specjalnych ludzi, którzy szukali ich w sowieckich szpitalach, sierocińcach czy obozach. Rosjanie chętnie się ich pozbywali, bo nie dawali rady z utrzymaniem własnych sierot. W sumie z polską armią wyszło z Sowietów 10 – 15 tys. dzieci. Ile było wśród nich sierot, dokładnie nie wiadomo. Gdy w Persji sieroty odzyskały zdrowie, Brytyjczycy rozesłali je po sierocińcach założonych w całej brytyjskiej wspólnocie. W Nowej Zelandii, Australii, Indiach i Afryce.
Jeden z nich powstał we wsi Tengeru w Tanzanii?
Tak, i o nim jest moja książka.













