"Rzeczpospolita" w Niedzielę
Dieta według Rulona
Był mistrzem olimpijskim w zapasach, pogromcą samego Aleksandra Karelina. Chwalebną przeszłość sportową szybko pokrył fałdami tłuszczu. Wrócił w amerykańskim stylu – jako gwiazda reality show, telewizyjny mistrz odchudzania
Twierdzi, że umierał kilka razy, ale najbliżej mu było do odejścia z tego świata, gdy latem 2010 roku siedział w pokoju hotelowym w Stillwater (Oklahoma) i patrzył ponuro w lustro. Przyjechał na uroczystość wprowadzenia do Narodowego Zapaśniczego Holu Sławy. Potem w lokalnej telewizji znów zobaczył siebie, a raczej to „coś", co było jego karykaturą.
Widok załamał go jeszcze bardziej. Widział tylko dwieście kilogramów tłuszczu. Nie widział żadnych nadziei na przyszłość. Wiek 39 lat. Za sobą rozwód z drugą żoną. Brakowało pieniędzy na rozwój ośrodka sportowego w Logan (Utah). Brakowało pomysłu na życie. Rozpaczliwie pragnął zmiany.
Świat o nim zapomniał, choć wtedy, po igrzyskach w Sydney, wszyscy w USA mówili o jego zwycięstwie. Kategoria 130 kg, zapasy w stylu klasycznym, wielki finał. Naprzeciwko Aleksander Karelin, „Rosyjski niedźwiedź", człowiek niezwykły. Jednego dnia pisał wiersze, drugiego w ramach treningu dźwigał lodówki po schodach. Niepokonany to za małe słowo. Trzykrotny mistrz olimpijski, dziewięciokrotny mistrz świata, dwunastokrotny mistrz Europy. Przez dwa lata przed igrzyskami stracił na mistrzowskich zawodach tylko jeden punkt. Nie przegrał walki przez 13 lat.
Wcześniej walczył z Gardnerem raz, w 1997 roku, niechcący złamał Amerykaninowi dwa kręgi szyjne. W finale w Sydney Rulon stoczył walkę życia. Długo wywijał się z uścisku Rosjanina, raz udało mu się wytrącić olbrzyma z równowagi, dostał od sędziów punkt. Do końca walki bronił tej małej przewagi i, ku zdumieniu świata, obronił ją. Skończył karierę Karelina, stał się bohaterem Ameryki.
Był dziesiątym, najmłodszym dzieckiem rodziny pracującej na farmie mlecznej w Wyoming. – Małym grubym chłopakiem od dojenia krów – mówił otwarcie. Siłę zdobył przerzucając bele siana. Studia jednak skończył, pomogło stypendium sportowe. Po zwycięstwie olimpijskim życie mu przyspieszyło.
Zimą 2002 roku niemal zamarzł na śmierć, gdy jeżdżąc skuterem śnieżnym zagubił się w dzikich ostępach Wyoming. Po samotnej mroźnej nocy stracił tylko palec u nogi. W 2004 roku w jego motocykl wbił się samochód, ale Rulon znów miał szczęście. Zdążył wygoić rany i siniaki, pojechał na igrzyska do Aten. Zdobył brązowy medal. Trzy lata później znów uniknął śmierci, gdy mały samolot, którym leciał z parą przyjaciół, spadł do lodowatego jeziora Lake Powell w stanie Utah. Cała trójka dopłynęła do brzegu i została uratowana następnego ranka. Przypadkiem zauważył ich rybak.
Po skończeniu kariery przestał dbać o wagę. Wrzucał w siebie tyle jedzenia, jakby nadal był wyczynowym sportowcem, dwa obiady po 3000 kcal każdy plus frytki i czekolada na deser, to była norma. Ludzie mówili, że puchnie w oczach, ale nie zwracał na to uwagi. Tylko czasem trochę się wstydził, gdy w środku nocy biegł do sklepu i chwilę potem wpychał w siebie dziewięć batonów czekoladowych, trzy za dolara.
Życie jakoś szło. Zarabiał na nie jeżdżąc po USA z wykładami na temat motywacji, otworzył w Wyoming bar z hamburgerami Rulon Gardner's Burger Barn (barn znaczy stodoła), zaczął z kumplem Justinem Pope budować ośrodek w Logan – Rulon Gardner Elite Training Center.
W swym barze wprowadził promocję: jeśli zjesz największego hamburgera o wadze 0,7 kg, kosz frytek i wypijesz 1,25 litra coli w czasie poniżej 20 minut dostajesz sygnowany przez mistrza olimpijskiego T-shirt plus wpis na barową ścianę sławy. Buła z mięsem mieściła się na talerzu od pizzy. Czas Rulona: 8 minut, 23 sekundy. Nikt go nie pobił, ale na ścianie jest parę innych nazwisk.
Nawet założenie rodziny i słowa lekarza, że chorobliwa nadwaga może doprowadzić do impotencji, że ma nadciśnienie i groźny dla życia bezdech senny nie skłoniły Rulona do zmiany nawyków.
Obraz siebie w telewizorze hotelowym jednak nim wstrząsnął. Nie oglądał programów typu reality show, ale ktoś mu powiedział, że jest okazja wystąpić w popularnym cyklu NBC „The Biggest Loser". Zasada jest prosta – pary uczestników na oczach telewidzów radykalnie zmieniają dietę, ćwiczą, zaczynają się odchudzać. Wygrywają ci, którzy stracą najwięcej wagi. Gardner poprosił działaczy ze związku zapaśniczego o kontakt z telewizją. Dostał się do programu.















