W sieci opinii

Felieton Aleksandry Galewskiej. Utalentowany Joey Alexander

Archiwum prywatne
Czy modne w ostatnich czasach filmiki z super utalentowanymi dziećmi, które zdobywają popularność w sieci, powinny być bardziej inspiracją czy przestrogą przed nowymi czasami?

Jedenastoletnie dziecko potrafi już bardzo wiele. Chodzi czwarty rok do szkoły, bardzo dobrze posługuje się językiem ojczystym, wie, czego chce, a czego nie lubi. Rozwija samoświadomość i swoje talenty. Oczywiście w rozwijaniu talentów pomagają rodzice, którzy są zazwyczaj swoją pociechą wprost zachwyceni! Wszyscy wśród znajomych na Facebooku mają takich, którzy wrzucają na walla zdjęcia swoich dzieci z medalami, dyplomami, pucharami. Filmiki, na których prezentują swoje utalentowane wokalnie pociechy lub dwulatki, które już niedługo na pewno zostaną sławnym tancerzem, bo tak bardzo uwielbiają bounce'ować (tańczyć, skakać i szaleć) do super hitu 2014 roku. Niedobrze się robi od kolejnego łysego, słodkiego bobaska, który nieporadnie macha rączką w takt muzyki.

Nie chce nam się już nawet czytać o odkryciach, talentach, małych geniuszach, bo jesteśmy świadomi, że słowo geniusz w tym przypadku nabiera innego znaczenia. Tutaj geniusz to po prostu słodkie dziecko, które robi coś lepiej niż inne, sprawia mu to radość, rzeczywiście widać w tym wysiłek włożony przez rodziców, ale z geniuszem nie ma to nic wspólnego. 4 lata temu furorę w sieci zaczęły robić wzruszające filmiki wrzucane przez Jorge Narvaeza, który wraz ze swoją córeczką, Alexą, wykonywał największe światowe hity. Filmiki stawały się wiralami, ponieważ nie dość, że ukazywały świetną relację ojca z córką, to jeszcze były po prostu wzruszające. Ale to nadal nie geniusz. Był też malusieńki Koreańczyk z gitarą, który śpiewał i grał jednocześnie jeden z hitów The Beatles „Hey Jude". Niesamowite i szokujące, ale czy to już jest genialne dziecko?

Jedenastoletnie dziecko w szkole muzycznej ma pewien program o zrealizowania. Młody uczeń fortepianu w klasie IV i V powinien według programu skupić się na doskonaleniu w obu rękach różnej dynamiki, artykulacji, rytmu, pracować nad wyczuciem przestrzeni klawiatury oraz udoskonalać pamięć ruchową i słuchową. Doskonali różne sposoby wydobywania dźwięków, najlepiej wszystko w tempie allegretto i tak samo szybko powinien odpowiadać na pytania o cechy charakterystyczne stylu klasycznego, romantycznego czy polifonii. Wybór utworów, na których może ćwiczyć wszystkie te zagadnienia jest szeroki i zawiera między innymi:

S.Raube „Etiudy dla dzieci", Z.Romaszkowa „Zbiór etiud dla dzieci i młodzieży", J.S.Bach „Drobne utwory", Haendel „Łatwe tańce i utwory na fortepian", S.Raube „Wybór sonatin dla dzieci", dalej: „Polonezy dziecięce", „Kolorowe melodie", album dla dzieci, utwory dla dzieci i tak dalej. Jest też Etiuda na lewą rękę op.718 K. Czernego (szkoda, że nie na dwie lewe ręce). Oczywiście wśród tych pozycji jest też sporo poważnych dzieł, ale wyszczególnienie właśnie tych pomoże wyolbrzymić historię małego pianisty, która teoretycznie powinna nas „grzać" po nabytej z Facebooka znieczulicy dziecięcej.

Otóż w 2003 roku urodził się chłopiec, który, gdyby został zapisany do szkoły muzycznej na fortepian, byłby teraz w IV klasie i rozważał właśnie tego typu problemy. Niezależność obu rąk, budowa fortepianu: „Uczeń umie przyjąć prawidłową postawę przy instrumencie.

Kontroluje swobodę aparatu gry i dba o jakość dźwięku. Ma świadomość roli i działania palców w procesie powstawania dźwięków. To wszystko i wiele innych założeń z programu nauczania dla przedmiotu głównego fortepian w szkole muzycznej I stopnia. Chłopiec potrafiłby posługiwać się kluczem wiolinowym i basowym jednocześnie. Gdyby urodził się w Polsce. Ale chłopiec nie rodzi się w Polsce tylko na Bali.

Mały Indonezyjczyk zaczął grać na pianinie w wieku 6 lat i od razu robił to ze słuchu. Jego tata, amator pianista i gitarzysta, przyniósł do domu klawiaturę elektryczną i to zachęciło małego do muzycznych podróży. Małe dzieci zaczynają od „Wlazł kotek na płotek", w USA pewnie od „ A kitten climbed a fence", ale Joey Alexander nie znał tej płyty. Znał za to „Well, You Needn't", utwór Theloniousa Monka. Więc sobie to grał. Ze słuchu.

Tak sobie ćwiczył na klawiaturce standardy jazzowe, tata udzielił mu kilku lekcji, aż niedługo po tym Joey zaczął brać czynny udział w jam sessions z lokalnymi muzykami, później, po przeprowadzce rodziny, również w stolicy kraju, Dżakarcie. Brał udział w festiwalach jazzowych w Dżakarcie i w Kopenhadze, a w 2013 zdobył swoją pierwszą wielką nagrodę, Grand Prix w międzynarodowym konkursie improwizacji jazzowej „Master-Jam Fest" na Ukrainie.

Jakby tego było mało, chłopiec postanowił iść za ciosem. Otrzymał wizę O-1, pozwalającą osobom uzdolnionym w takich dziedzinach, jak nauka, sztuka, edukacja, biznes i sport, na przylot do Stanów Zjednoczonych. Wraz z rodziną zamieszkał w Nowym Jorku i w październiku 2014 roku wszedł do studia, by rozpocząć pracę nad swoim jazzowym albumem pod tytułem „My Favorite Things".

Na płycie znajdują się standardy jazzowe w aranżacjach i interpretacje Joey'a oraz jedna jego kompozycja. Płyta swoją premierę miała 14 kwietnia 2015 roku, wydana została przez Motema Music i obecnie jest 17. najlepiej sprzedającym się albumem na iTunes.

Wielbicielami jego talentu są nie tylko jurorzy konkursów na Ukrainie, klienci iTunes'a, rodzice i wielbiciele małych, słodkich, utalentowanych dzieci z YouTube'a, ale też Wynton Marsalis, Herbie Hancock, Billy Crystal czy Bill Clinton.

Mały pianista posiada nie tylko sprawność techniczną, ale i świadomość, którą nabywa się z wiekiem podczas zbierania doświadczeń z gry wraz z innymi, wykształconymi, sprawnymi, najlepiej lepszymi od siebie muzykami, po przesłuchaniu miliona płyt, po wysłuchaniu setek koncertów.

Ten talent jest zupełnie nieprawdopodobny i w żadnym wypadku filmiki z dokonaniami chłopca nie powinny rozprzestrzeniać się wiralowo z typowego dla takich przypadków powodu wiek + prędkość gry. Powinniśmy z szacunkiem, spokojem i pokorą podejść do tego, co prezentuje sobą ten chłopiec, zachwycić się i czekać na to, co się z tego rozwinie. Myślę, że przy poważnym podejściu rodziców i wsparciu środowiska jazzowego uda się uniknąć łatki jazzowej małpki, ciekawostki przyrodniczej, która teraz, z powodu wieku, zachwyca, a za parę lat stanie się przeciętniakiem.

Źródło: W Sieci Opinii

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL