W sieci opinii

Muzyczna pocztówka z ciepłych krajów

archiwum prywatne
Choć wybory chwilowo za nami, a do wakacji zostało jeszcze trochę, zaplanujmy sobie mały odlot do słonecznej Kalifornii, dokonując rewolucji w wyborach muzycznych.

Są tacy artyści, muzycy, gwiazdy pop, które, czego nie zrobią, nie kupują mojej uwagi i zachwytu. Choćby nie wiem jak bardzo ich managament starał się wmówić mi to, że powinnam się nimi zainteresować. Przez bannery, szyldy, reklamy w telewizji, w gazetach, poprzez przedstawienie, osobiście stawiając przed moją wielohektarową, milionową posiadłością, dziewięciocyfrowego wyniku odtworzeń na YouTube danej piosenki. Nie są w stanie sprawić, że oszaleję, zwariuję, zakocham się. Jest tak w przypadku Lady Gagi, Lany Del Rey (choć akurat zdaje się, że tu jakby dział PR wybrał się ostatnimi czasy na urlop), czy Maryli Rodowicz, która króluje w sercach Polaków i królować będzie wiecznie.

Są jednak tacy, którzy teoretycznie powinni być omijani przeze mnie szerokim łukiem, ponieważ w czasie rozkładało się u mnie to tak:

- w młodości nosiłam glany i ubierałam się na czarno. Rozumiecie – #kostka, #naszywki, #koncerty, #Nirvana. Muzyka tylko na żywo i tylko z serca. Bunt i prawda;

- później uczyłam się grać na skrzypcach. Etiudy, koncerty, gamy i pasaże. Z takim doświadczeniem nie mogę schodzić poniżej pewnego poziomu w kwestiach kultury, więc w walkmanie gości Bach, Dworak, Mikołaj z Radomia i Nirvana;

- zakochana w jazzie osoba zazwyczaj kończy swój kontakt z muzyką grunge'ową, więc spalam czarne ciuchy, glany i złe myśli, a na kasetach Nirvany nagrywam standardy jazzowe z wieczornych audycji Jana Ptaszyna Wróblewskiego;

- na długi czas w dekalogu rządzącym moim życiem na wysokim miejscu plasował się jazz i muzyka improwizowana. Co to oznacza? To, że wszelkie wytwory komputera są dziełem nie rąk ludzkich, a szatana. Bo muzykę tworzy umysł ludzki, jego wrażliwość i oczywiście wykształcenie. Bo jak osoba bez dyplomu Akademii Muzycznej śmie zwać się kompozytorem?! Dlatego taka komercyjna istota, jak Gaga, nigdy nie zagości na moim odtwarzaczu mp3.

W skrócie tak wyglądał schemat myślenia dający poczucie bezpieczeństwa. Wszak wszystkie nasze nawyki, poglądy i rytuały po to są, byśmy czuli się bezpiecznie.

Pewnego dnia w Polsce zapanowało ogromne tornado. Pozrywało dachy, doniczki, ściany w całości przemieszczały się z miasta do miasta, ludzie tracili bydło i plony, owoce spadały z drzew mimo, że były jeszcze niedojrzałe, a ludziom z głów wylatywały przykre doświadczenia i złe intencje. W tym czasie na świecie znów zapanował pokój. Ale stało się coś jeszcze. Z tego całego zamieszania zapomniałam, co dawało mi bycie absolutnie, ortodoksyjnie, dozgonnie oddanym i największym fanem jazzu.

Odpowiedź próbowałam znaleźć w Google'u. Czytałam blogi muzyczne, tematyczne serwisy – o jazzie, popie, bluesie. Nic to nie dawało, bo każdy pisał, że to właśnie jego ulubiony gatunek jest tym jedynym, najważniejszym, „a cała reszta to w ogóle niech przestanie grać, bo nie lubię hałasu". Było mi przykro, ponieważ wiatr wraz z moją posiadłością zabrał mi również uprzedzenia. Nie rozumiałam dlaczego blogerzy muzyczni nie mogą zostać przyjaciółmi, którzy dzielą się płytami, koncertami na DVD, linkami – odkryciami muzycznymi. Dlaczego każdy kisi się w swoim gatunku... Myślałam i płakałam, płakałam i myślałam. Długo to trwało i ze zmęczenia padłam nosem na klawiaturę komputera. Wprost na literę „W". Wyszukiwarka już wiedziała, co ma mi tam dopisać. Dopisała „i.am."

Musiałam kliknąć „Enter" uchem, przekręcając się na prawy bok, ponieważ z głośników zaczął mi grać will.i.am. Razem z nim Cody Wise w piosence „It's My Birthday"

Piosenka powstała w maju 2014 roku. Jej producentem jest nie tylko muzyk, ale także człowiek prowadzący fundacje działające na rzecz rodzin zagrożonych utratą domu oraz na rzecz edukacji dzieci i młodzieży – wspominany will.i.am.

W utworze wykorzystano fragmenty z piosenki „Urvasi Urvasi", pochodzącej z filmu „Kadhalan" (1994), której kompozytorem jest Allah-Rakha Rahman.

Jako ciekawostkę wspomnieć muszę fakt, że wszystkie utwory will.i.ama, w których do duetu zaprosił gwiazdy – zwariowaną po latach bycia na topie Britney Spears, „komercyjnie kontrowersyjną", czyli rozbierającą się i non stop palącą marihuanę w celach autopromocyjnych Miley Cyrus, tandetną Jennifer Lopez, przez wielu krytykowaną i wyśmiewaną, ekscentryczną Nicky Minaj, czy Justina Biebera (wiadomo kogo i co) - wszystkie te utwory są świetne! Na pozór eksperyment, który na odległość, jak to mówią, śmierdzi kasą, muzycznie nie powinien się udać, a jednak William Adams tworzy hit za hitem. Nie wiem, jak on to robi, nie wiem, jaki ośrodek w mózgu mi zainfekował, jakie techniki i podprogowe działania zastosował. Jako wielki fan nowych technologii mógłby przecież dodać jakieś niesłyszalne śpiewy syren, mamiące fanów sztuki wysokiej, mógłby w teledyskach na mikrosekundę pokazywać małe wesołe kotki lub szczeniaczki. Być może to sekret jego sukcesu. Jeszcze tego nie wiem, dlatego od wielu, wielu miesięcy mogę powracać do jego utworów i kompletnie mi się nie nudzą. Być może wreszcie odkryję, na czym polega to przyciąganie, wtedy na pewno o tym napiszę.

A wracając do „It's My Birthday", jestem pewna, że nikt nie pozostanie obojętny wobec takich dźwięków. Moje poglądy na temat muzyki tworzonej na komputerze odleciały bezpowrotnie w dalekie kraje. Od czasu do czasu jedynie przysyłają mi pocztówkę z Lady Gagą – wtedy przypominam sobie, że nie jestem jednak do końca aż tak tolerancyjna.

Szklanka jest do połowy pełna - już za 5 dni weekend, a w weekend wiadomo – słucha się muzyki. Niech te dwa dni staną się czasem rewolucji płytowej! Zerwijmy z uprzedzeniami i ograniczeniami, nie puszczajmy sobie czterdziesty rok z rzędu na cały regulator Led Zeppelin „Whole Lotta Love". Odkryjmy coś nowego! A i stosunki z sąsiadami ulegną poprawie!

Źródło: W Sieci Opinii

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL