Nagroda Literacka M. St. Warszawy – nominacje

Plus Minus
Przedstawiamy dziś trzy spośród 12 książek nominowanych do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Nazwiska laureatów zostaną ogłoszone 24 kwietnia. Kolejne pozycje wyróżnione nominacjami zaprezentujemy za tydzień.

Proza

Na wschód od Warszawy

W jakimś sensie nominacja dla Andrzeja Stasiuka do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy jest naturalna. Z prawdopodobieństwem bliskim pewności można zresztą już dziś prognozować, że kiedyś niczym Marek Nowakowski czy Tadeusz Konwicki dostanie również wyróżnienie za całokształt w kategorii twórca warszawski. I to jak najbardziej zasłużenie. Bo choć wybrał życie w odległym Beskidzie Niskim, jest jednocześnie piewcą swojego rodzinnego miasta. Ale Stasiuka nie interesują wielkie pieniądze, władza ani najbardziej dramatyczna nawet historia. Lubi opisywać Warszawę współczesną, ale tę gorszą: biedną, zaniedbaną, peryferyjną. Trochę jak przywoływany tu już Nowakowski czy Jan Himilsbach. Robił to i w świetnym metafizycznym „Grochowie", i w dowcipnym „Jak zostałem pisarzem", i w depresyjnym „Dziewięć", a ostatnio właśnie we „Wschodzie".

W tej książce peryferyjna Warszawa, ta prawobrzeżna, zyskuje nowy kontekst. Staje się przedpolem Wschodu pisanego wielką literą, tego, który kończy się na brzegach Pacyfiku gdzieś w Chinach czy na Kamczatce. W sensie literackim są to fragmenty kapitalne, zdecydowanie najlepsze w całym tekście. Stasiuk podejmuje tu temat słabo obecny w polskiej literaturze. Opowiada o tym, skąd się wzięli dzisiejsi warszawiacy. Opisuje wizyty u rodziny na Podlasiu, bo to stamtąd do podstołecznej w owym czasie Choszczówki przybyli jego rodzice. Ta osobista historia powojennej wędrówki ludów ma siłę socjologicznego uogólnienia. Ale jednocześnie są tu momenty niesłychanie poruszające i intymne, zwłaszcza gdy Stasiuk opowiada o matce. Bardzo ciekawy, również związany z dzieciństwem spędzonym przez pisarza u rodziny na Podlasiu, jest zarysowany (choć niepoprowadzony zbyt konsekwentnie) we „Wschodzie" wątek splotu ludowego katolicyzmu z PRL-owskim socjalizmem, co przyjmuje postać groteskowej litanii loretańskiej do komuny.

Jeśli o mnie chodzi, Stasiuk mógłby już nie napisać w ostatniej książce niczego więcej, a i tak uznałbym ją za rzecz bardzo wartościową, zwłaszcza że po raz kolejny pisarz dowodzi, że jest jednym z najwybitniejszych polskich stylistów. „Wschód" jest napisany momentami wręcz porywająco. Ale przecież poza wątkiem polskiego wschodu mamy tu opis peregrynacji prozaika po Chinach, Mongolii i Syberii. Znajdziemy też w tekście – jak zwykle u tego pisarza, który dziś jest bodaj najwybitniejszym w Polsce specjalistą od prozy podróżnej – wiele intrygujących opisów, zapadających w pamięć obrazów i intrygujących obserwacji. Takich choćby jak te dotyczące zalewającej świat chińskiej tandety, wyglądającej tak samo w Azji Środkowej i na Mazowszu. Pojawia się też we „Wschodzie" wątek, który w zasadzie w polskiej refleksji ostatniego 25-lecia jest pomijany (choć i Stasiuk raczej zadaje w tej kwestii pytania, niż udziela odpowiedzi) – naszych związków z Rosją i ZSRR, tego, ile naprawdę w czasach komunizmu przyjęliśmy „światła ze wschodu". Prawdę mówiąc, tej jednej kwestii można by poświęcić opasły tom. Wychodzi więc na to, że „Wschód" to wiele książek w jednej, co docenili czytelnicy, jako że bez promocji wylądował na czołówkach list bestsellerów. —Mariusz Cieślik

Literatura dziecięca

Panna Franciszka

Dobra wiadomość dla wszystkich, którym bliska jest „Jeżycjada": Borejkówny mają nieznaną dotąd kuzynkę w Warszawie! Owszem, występuje tu różnica pokoleń. Franciszka jest bardziej introwertyczna od swoich dalekich kuzynek z Poznania, mniej ma oparcia w rodzinie, tradycji i klasykach. Dlatego nieśmiało, choć odważnie, szuka wzorów i autorytetów. Że jednak mamy do czynienia z rodziną, można być pewnym po przeczytaniu jednego z pierwszych zdań tej powieści: „Kiedy miała dziesięć lat i była chora na anginę, mama przyniosła jej dwa tomiki wierszy. Jeden miał okładkę w ptaki, a drugi był żółty i szeleścił czymś celofanowym".

Mniejsza o Borejkówny: Franciszka należy do rodziny z inteligenckimi tradycjami, do których i my pewnie przyznalibyśmy się z ochotą. Trzynastoletnią bohaterkę powieści poznajemy w czasie, kiedy przychodzi jej się zmierzyć z ciężką, być może śmiertelną, chorobą mamy, zamieszkać w obcym, nieprzyjaznym początkowo domu i jednocześnie doświadczać wszystkich wyzwań źrebięcego czasu dorastania, ważnego i dramatycznego, który tylko durnie skłonni są bagatelizować lub cukrować.

Oparciem w tym czasie okazuje się dla Franciszki poezja: odkrywana na oślep, przez Google i zaprzyjaźnioną panią z biblioteki. A przecież trzynastolatka trafia celnie, skoro przez trzy jesienne miesiące zaprzyjaźnia się z Safoną, Emily Dickinson, Achmatową i Szymborską. Szuka ich, ponieważ sama chce być poetką, i sądząc z wersów, których użyczyła jej łaskawie autorka książki – uda jej się to. Jest mi tak czarno, ciemno, nocnie. / Dziadku, jesteśmy otoczeni! / Na szyi wieszam bezowocnie / korale, grudki mojej ziemi. /Babko, podeszły lwy do ognia. / Nic nas nie zbawi, nie ocali. / Lecz może doczekamy do dnia, / Jeśli im oddam sznur korali?

Franciszka traktuje poezję bardzo serio i jest to rzecz tak niezmiernie odświeżająca w czasach, kiedy prawie nic nie jest na poważnie! Ta powieść, choć nie brak w niej, prawie jak w warszawskim serialu, kłopotów z bulimią, wielokulturowego gimnazjum, rodzin zastępczych i chowanej w pośpiechu pod szkolnym parapetem torebki z marihuaną, wydaje się staroświecka przez to właśnie, że pisana jest z pogodą, lecz na serio.

Nie tak wiele jest powieści, które z dziecinnych (czy bodaj podlotkowych) pokojów trafiły w ślad za „Kubusiem Puchatkiem" na nocne stoliki dorosłych, ale te, którym się udało, zawdzięczają to przecież właśnie połączeniu pogody, urody i prawdy. Dorośli wiedzą już swoje o niekochaniu, o wypijaniu w rozpaczy flaszki whisky, o głowach strzyżonych na zero w łagrach i na onkologii (choć gdyby przypadkiem nie wiedzieli, i o tym znajdą oszczędne wzmianki w tej książce). Właśnie dlatego czasem tym mocniej chcą przypomnieć sobie radość licealnego zakochania albo przeczytać, jak bohaterka książki Anny Piwkowskiej we wczesnojesiennym parku „obracała w palcach okrągłe, lśniące kształty, rude, kasztanowe, białe z brązowymi plamkami i te całkiem małe, które wyskakiwały ze skorupek jak cynobrowe kocięta z kojca". —Wojciech Stanisławski

Edycja warszawska

Mozaika polska

Czekoladowo-białe sgrafitto przedstawiające stylizowane syrenki albo „stan trzeci" przy ciężkiej pracy. Kilka bizantyjskich – nomen omen – mozaik na sklepieniach MDM: lud w chustkach i kaszkietach zmierza do huty lub urny. Lazurowe lub wściekle czerwone, ręcznie wypalane płytki mozaik, od których idą błyski po fasadach. Gobeliny rozwieszane na ścianach lub pod sklepieniem urzędów ciężkie, chłonące kurz, ubodzy krewni sławnych „abakanów". Wreszcie posępne, abstrakcyjne kompozycje dekady jaruzelskiej, których kolorystykę – różne odcienie żużlowej szarości, z okazjonalnym podmuchem ciemnej zieleni czy błękitu – można tłumaczyć tym, że stanowiły „otrzymywane darmowo odpady pohutniczne", ale która świetnie oddaje też sprawiedliwość tamtym latom.

Książka Pawła Giergonia – przez autora skromnie nazwana „Przewodnikiem", choć od albumu odróżnia ją bodaj tylko brak błyszczącej okładki – to dla warszawiaka sentymentalna podróż w przeszłość, bania z nostalgią. Fotograf i dokumentalista dokonał autorskiego wyboru zachowanych w stolicy śladów kultury materialnej, które powstały za sprawą mecenatu państwa w latach 1945–1989. Zainteresowani znajdą w „Mozaice warszawskiej" panoramę nurtów artystycznych 40 lat PRL. Ale nie o historię sztuki tu idzie, lecz o najdosłowniej rozumianą pamięć zbiorową: co drugi mieszkaniec stolicy w średnim wieku umawiał się kiedyś przy mozaikach baru Zodiak.

Ta książka mogłaby stanowić zaproszenie do ćwiczeń z uważności, do poszukiwań: zegara na Mariensztacie (ukłon w stronę tradycji koloryzmu), ukrytych pod warstwą brudu kompozycji na Dworcu Warszawa Zachodnia, szklistych reliefów na basenach przy Inflanckiej. Mogłaby – gdyby nie częstotliwość, z jaką padają w książce czasowniki „zburzono", „zdarto", „zlikwidowano". A gdzie nie zburzono – zakryto karton-gipsem, zastawiono regałami, przeorano rurami centralnego ogrzewania. Używając języka polityków – została tylko kamieni kupa.

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL