Atomowe kłopoty rządu

aktualizacja: 07.01.2015, 07:51
Żarnowiec lub Choczewo na Pomorzu miały być lokalizacjami siłowni atom...
Żarnowiec lub Choczewo na Pomorzu miały być lokalizacjami siłowni atomowej. Na zdjęciu pozostałości z przygotowań do budowy elektrowni w Żarnowcu jeszcze w czasach PRL
Foto: Fotorzepa/Piotr Wittman

ABW ostrzegało, że projektowi elektrowni atomowej grozi kompromitacja. I miała rację.

To scenariusz żywcem wyjęty z podręcznika zarządzania w sytuacjach kryzysowych. Na dzień przed Wigilią, kiedy uwaga opinii publicznej skupiona jest wyłącznie na świętach, atomowa państwowa spółka PGE EJ1 – kontrolowana przez energetycznego giganta PGE – wydaje lakoniczne oświadczenie: zrywa kontrakt z australijską firmą WorleyParsons (WP), prowadzącą badania środowiskowe i lokalizacyjne dla elektrowni jądrowej w Polsce.

Jako powody spółka podała „niedotrzymywanie przez WP zobowiązań z kontraktu".

Co zatem dalej z inwestycją? Spółka przekonuje, że w ramach grupy PGE będzie w stanie przejąć zadania związane z przygotowaniem inwestycji.

Jednak w korespondencji z „Rz" firma WorleyParsons odbija piłeczkę. Twierdzi, że to ona zerwała kontrakt, i obwinia PGE o „brak profesjonalizmu, odpowiednich struktur organizacyjnych i procedur" wymaganych podczas budowy siłowni atomowej.

W tej historii jest wszystko: puste obietnice polityków, lekceważenie ostrzeżeń ze strony służb specjalnych, a w finale próby ukrywania prawdy przed opinią publiczną.

Uniezależnić kraj od surowców ze Wschodu

To miał być jeden ze sztandarowych projektów rządów Platformy Obywatelskiej. Elektrownia atomowa w Żarnowcu lub Choczewie, wraz z tworzonym równolegle gazoportem w Świnoujściu oraz wydobyciem gazu łupkowego, wpłynęłaby na energetyczne uniezależnienie kraju od surowców ze Wschodu.

Do tego istotnego zadania został skierowany człowiek nieprzypadkowy: były minister skarbu Aleksander Grad, który z rządu zabrał ze sobą zaufanego wieloletniego współpracownika – wiceministra Zdzisława Gawlika.

Kliknij, aby powiększyć obrazek

Latem 2012 r. obaj weszli do zarządów dwóch spółek córek PGE o nazwach PGE Energia Jądrowa oraz PGE EJ1, które miały poprowadzić inwestycję. Grad został podwójnym prezesem, Gawlik zaś jego podwójnym zastępcą. Sporo było przy tym kontrowersji, bo pobierali duże gaże, sięgające dziesiątków tysięcy złotych miesięcznie.

W połowie 2013 r. jedna ze spółek atomowych – PGE Energia Jądrowa – została zlikwidowana, a całość operacji wzięła na siebie PGE EJ1, której jedynym właścicielem stał się koncern PGE, czyli de facto państwo.

Nim wbiją łopatę

Pierwotnie reaktor miał zostać uruchomiony ok. 2022–2023 roku. Pierwszym zadaniem PGE EJ1 stało się więc wybranie firmy, która zbadałaby potencjalne lokalizacje elektrowni, sprawdziła wymagania środowiskowe oraz zajęła się uzyskiwaniem pozwoleń na inwestycję – jednym słowem, zrobiła wszystko, co poprzedza pierwsze wbicie łopaty. Rozpisano przetarg, do którego zgłosiło się dziesięć zagranicznych konsorcjów zajmujących się projektowaniem i budowaniem elektrowni atomowych.

Krajowe firmy startowały wyłącznie jako podwykonawcy tych konsorcjów, jako że nie miały samodzielnego doświadczenia w budowaniu siłowni atomowych.

Do finałowej rozgrywki weszły dwie firmy: WorleyParsons (z ofertą 253 mln zł netto) oraz amerykański Enercon (chciała prawie 1 mld zł netto).

„Oferta WorleyParsons była najkorzystniejsza nie tylko cenowo, ale także pod względem merytorycznym" – przekonywało PGE EJ1, które w lutym 2013 r. postawiło na Australijczyków.

Według informacji „Rz" wątpliwości co do tego postępowania miało ABW. Agencja, odpowiedzialna za chronienie kluczowych interesów państwa, zwracała uwagę, że rozmaite spółki z rodziny WorleyParsons żyją głównie z interesów z Rosjanami. – Holding WP ma skomplikowaną strukturę i może się okazać, że firma jest zbyt blisko związana z rosyjskimi koncernami energetycznymi – twierdził wówczas w rozmowie z „Rz" wysokiej rangi oficer ABW.

Konkurencyjne projekty

Zdzisław Gawlik zaprzecza, że specsłużby ostrzegały przed WP. Twierdzi, że „w odniesieniu do któregokolwiek z uczestników postępowania spółka nie uzyskała informacji, które uzasadniałyby przerwanie postępowania".

Co innego wynika z notatki ABW skierowanej do kluczowych osób w państwie. Agencja wyliczała w niej interesy rozmaitych spółek WP z Rosjanami: „WorleyParsons Nuclear Services JSC pełni funkcję inżyniera kontraktu w projekcie budowy elektrowni jądrowej realizowanym z udziałem rosyjskiej firmy Atomstrojeksport w Belene w Bułgarii. Z kolei WorleyParsons Energy Services jest technicznym konsultantem do opracowania finansowego uzasadnienia techniczno-ekonomicznego projektu pozyskania inwestycji zagranicznych do budowy elektrowni jądrowej w obwodzie kaliningradzkim. W sierpniu 2011 r. WorleyParsons parafował porozumienie z Akkuyu NGS Elektrik Üretim Anonim Şirketi na świadczenie usług doradztwa w fazie przygotowawczej budowy elektrowni jądrowej Akkuyu na terytorium Turcji. Siłownia ta zostanie wybudowana przez rosyjski koncert Rosatom, który ma sfinansować i następnie zarządzać tym projektem" – informowało ABW.

Agencja ostrzegała, że te projekty stanowią konkurencję dla projektu polskiej siłowni jądrowej. Chodzi zwłaszcza o inwestycję w Kaliningradzie, dla której Rosjanie szukają zagranicznych inwestorów – a WorleyParsons ma im w tym pomóc.

Bułgarski lider

Zwycięskie konsorcjum składało się z trzech firm z rodziny WP – dwóch zarejestrowanych w USA oraz jednej z Bułgarii. To właśnie bułgarska spółka o nazwie WorleyParsons Nuclear Services JSC przewodziła konsorcjum.

Problem polega na tym, że przecieki z WikiLeaks stawiały interesy WP w Bułgarii w nie najlepszym świetle. Portal ujawnił poufne dokumenty amerykańskiej dyplomacji opisujące bardzo bliskie relacje menedżerów WorleyParsons Nuclear Services z biznesmenem Bogomiłem Manczewem, przedstawiające go jako ojca chrzestnego „bułgarskiej mafii energetycznej" i dowodzące jego związków z Rosją.

Jesienią 2013 r. – już po zawarciu polskiego kontraktu – Manczew usłyszał zarzuty defraudacji milionów euro podczas inwestycji w Belene.

Wedle bułgarskich mediów w sprawie tej zatrzymany został także m.in. regionalny dyrektor WP w Bułgarii Sabin Sabinow. Bułgarskie władze zawiesiły budowę i wypowiedziały WP umowę o współpracy.

Wedle WikiLeaks bliskie relacje z Manczewem miał też utrzymywać m.in. Djurica Tankosic, jeden z europejskich dyrektorów WorleyParsons, który pracował przy polskiej inwestycji.

– Nikt z naszych decydentów nie wierzył w to, że WP może być firmą, która wygrała przetarg po to, by go nie realizować. Ten scenariusz zaczął być wiarygodny, kiedy firma przestała wykonywać zaplanowany w umowie harmonogram prac, ale była gotowa akceptować kary umowne – opowiadał nam kilka miesięcy temu jeden z najbliższych doradców ówczesnego premiera Donalda Tuska.

Przerzucanie winą

Takie też uzasadnienie – „nieterminowa realizacja wskazanych w umowie prac" – przytacza dziś PGE EJ1, tłumacząc powody zerwania kontraktu. Tyle że firma WorleyParsons twierdzi, że to ona wypowiedziała umowę z PGE, wysyłając notę 23 grudnia.

„Spodziewaliśmy się, że projekt będzie zarządzany przez przedstawicieli PGE w sposób profesjonalny, z odpowiednią strukturą organizacyjną i procedurami, aby w pełni spełniał międzynarodowe standardy obowiązujące podczas inwestycji w siłownie nuklearne. Tak się nie stało" – pisze WP w oświadczeniu przesłanym redakcji „Rzeczpospolitej".

„Łamiąc umowę, PGE wstrzymywało płatności wobec WorleyParsons. Ostrzegaliśmy, że nie będziemy kontynuować prac nad projektem oraz płacić polskim i zagranicznym podwykonawcom bez finansowania ze strony PGE. Wielokrotnie staraliśmy się rozwiązać tę sytuację polubownie, bez skutku".

Przez kilkanaście miesięcy władze spółki PGE EJ1 nie chwaliły się przed opinią publiczną nieuchronnym fiaskiem tej współpracy. Latem podczas rozmowy z dziennikarzem „Rz" Aleksander Grad przekonywał, że wszystko idzie zgodnie z planem. Tłumaczył, że kontrakty WP z Rosjanami to nic nadzwyczajnego, bo na Wschodzie robią interesy wszystkie zachodnie firmy energetyczne.

Jeszcze dalej poszły służby prasowe PGE EJ1, które przez cały miniony rok podawały nieprawdziwe informacje na temat zaawansowania inwestycji.

Z pisma Joanny Zając z PGE EJ1 do „Rzeczpospolitej" z lutego 2014 r. skrupulatnie opisującego, jak WP realizuje harmonogram kontraktu: „We wrześniu 2013 r. wykonawca zakończył tzw. etap mobilizacji – kluczowy dla realizacji tego typu przedsięwzięć, który obejmował szczegółowe planowanie prac i przygotowanie do ich realizacji w zakresie m.in. zarządzania jakością, bezpieczeństwa prac, zarządzania ryzykiem, zarządzania interesariuszami, podwykonawstwa, ochrony środowiska, opracowania szczegółowych metodyk dla inwentaryzacji przyrodniczej, planu wykonawczego projektu oraz harmonogramu realizacji prac. Zakończenie mobilizacji i akceptacja przez PGE EJ 1 sp. z o.o. 10 produktów prac tego etapu było warunkiem rozpoczęcia realizacji kolejnego etapu projektu, tj. uruchomienia badań terenowych w lokalizacjach. (...) Badania środowiskowe dla części lądowej i morskiej (m.in. inwentaryzacja istniejących warunków środowiskowych) są aktualnie w toku. Ich rozpoczęcie nastąpiło wraz z początkiem sezonu jesiennego 2013 roku (wrzesień) i prowadzone będą co najmniej do zakończenia sezonu letniego 2014 roku na terenie lokalizacji Choczewo i Żarnowiec oraz terenach sąsiadujących".

Tuż po wypowiedzeniu przez PGE umowy z WP zapytaliśmy panią Zając, dlaczego podawała nam nieprawdę. Oto jej odpowiedź z minionego piątku: „Informacje o harmonogramie i planach prac wynikały z deklarowanego wówczas przez WorleyParsons harmonogramu, który ostatecznie nie został dotrzymany, co jest także jednym z powodów rozwiązania umowy".

Tyle że już wówczas – na początku 2014 r. – WP od dawna nie realizowała kontraktu. Dziś Zdzisław Gawlik przyznaje, że pierwsze opóźnienia pojawiły się „już na etapie mobilizacji".

Służby miały rację

Co więcej – „Rzeczpospolita" poznała obszerny raport, który w połowie minionego roku ABW skierowało do premiera, ministrów gospodarki i skarbu oraz szefa PGE. Konkluzja tego dokumentu była bolesna: WorleyParsons od wielu miesięcy nie realizuje harmonogramu inwestycji i projektowi polskiej elektrowni atomowej grozi kompromitacja. I rzeczywiście kompromitacja dopełniła się dzień przed Wigilią.

Grad i Gawlik nie pracują już w PGE EJ1, odeszli kilka miesięcy po zawarciu kontraktu. Nad stanowisko szefa spółki atomowej Grad przedłożył fotel wiceprezesa w innym państwowym koncernie energetycznym – Tauronie. Gawlik wrócił na stanowisko wiceministra skarbu, odpowiada za energetykę.

Dziś nikt w rządzie ani w państwowych spółkach nie czuje się odpowiedzialny za błędy podczas prac nad projektem elektrowni atomowej. A skutek jest taki, że siłownia na pewno nie powstanie w terminie.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE