Historia

Wanda Marokini - nieznana twarz Rzeczpospolitej podziemnej '39

rp.pl
Państwo podziemne, które powstało 27 września 1939 roku, miało wielu niezwykłych bohaterów. I bohaterek. Niektórzy do dziś pozostają anonimowi. Tak stało się z Wandą Marokini, fascynującą pięknością, przed wojną brylującą na europejskich salonach i wiodącą prym wśród polskich elit intelektualnych, w czasie wojny kierującą krakowskim sekretariatem komendy podziemnej walki zbrojnej.
Elegancka dama w sięgających ponad łokcie wieczorowych rękawiczkach, z papierosem w długiej cygarniczce, pisarka, teozofka, wolnomularka, komendantka hufca tarnowskich harcerzy, krakowska konspiratorka, pomagająca w organizowaniu ruchu oporu po 1939 roku, więźniarka Ravensbruck... Trudno uwierzyć, że mowa o jednej osobie. Obracała się w najwyższych sferach rządowych, przyjaźniła z ludźmi na świeczniku. A jednak historia zapomniała o niej, czy może raczej nigdy jej dokładnie nie zarejestrowała.
A zasługi tej kobiety nie były banalne, tak jak i ona sama nie była tuzinkowa. Była bliską współpracownicą generała Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego, działającego w sprawie tworzenia pierwszej podziemnej organizacji wojskowej po klęsce wrześniowej, Służbie Zwycięstwu Polski, będącej zalążkiem późniejszego Związku Walki Zbrojnej. Coś się jeszcze zacznie Zanim 28 września skapitulowała Warszawa, co stało się definitywnym dowodem na przegraną wojnę, każdy kolejny dzień szturmu nazistów na Polskę przekonywał o tym, że w tej wojnie mierzą się nierówne siły. Oczywiste było, że w tym starciu Polska przegrała i jeśli jeszcze ktoś ma siłę walczyć o kraj, to formuła wojny musi się zmienić. Wśród wielu inicjatyw budowania w podziemiu „parapaństwowej" struktury i stworzenia tajnych oddziałów nieregularnego, nieumundurowanego wojska, które miałoby podjąć działania dywersyjne, jako jedną z pierwszych wymienia się tę podjętą pod koniec września przez generała brygady Tokarzewskiego-Karaszkiewicza, dowódcę grupy operacyjnej w Armii Pomorze. Zaprojektowana przez niego Służba Zwycięstwa Polski nawiązywała kontakty w całym kraju, tworząc sieć komisarzy, budując konspiracyjną armię. Dla krakowsko-śląskiej siatki pracowała Wanda Marokini, wcześniej towarzysząc młodemu, przystojnemu generałowi, z którym łączyła ją „wspólnota ideologiczna" - oboje uznawali się za wyznawców teozofii i wolnomularstwa.
Marokini zaangażowana była w podziemne państwo aż do 28 maja 1941 roku, gdy Niemcy aresztowali ją po „wsypie" w krakowskiej komórce. Trafiła do więzienia na Montelupich. Tak bardzo bała się, że nie wytrzyma tortur i wyda swoich, że zdecydowała się na zażycie śmiertelnej trucizny. Dostarczony jej cyjanek okazał się jednak dawką strychniny, niewystarczającą do zabicia. Wpółślepa, po kilku miesiącach na Montelupich, a potem w zakładzie Helclów, zamienionego w więzienie, trafia 13 września do kobiecego obozu w Ravensbruck. Wraz z nią z Krakowa jedzie transport 64 więźniarek. Oznaczone zostają w obozie numerami od 7391 do 7454. O tym zamienionym cyjanku pamiętał Jerzy Nowak, który jako mały chłopiec przychodził do domu Wandy Marokini na ulicy Pomorskiej w Krakowie. - Była mamy przyjaciółką, często biegłem do niej, żeby przekazać jakąś wiadomość albo poprosić o zatelefonowanie do kogoś. U pani Wandy był w domu telefon, u nas nie było. Ale najcieplej wspominam ją z tego powodu, że obdarowywała mnie znaczkami pocztowymi z całego świata. Prowadziła rozległą korespondencję, a ja mogłem imponować kolegom. Więcej o znajomej rodziców może opowiedzieć starszy brat Jerzego, Jan Urbańczyk: Była piękną kobietą. Imponowała obyciem, kulturą, elegancją – opowiada. I dodaje ze śmiechem: „Może siedemnastolatkowi podobało się to, z jakim szykiem paliła papierosa w długiej cygarniczce. Była zagadkowa, nieprzenikniona, a jednocześnie otwarta i życzliwa. Miała przenikliwie patrzące, ogromne niebieskie oczy, była szykowna, mówiła interesującym, lekko zachrypniętym głosem". Podobała mu się. To do Wandy Marokini przyszedł siedemnastoletni Jan tuż po klęsce wrześniowej. Chciał w tajemnicy przed wszystkimi, wraz dwoma kolegami przedostać się do Francji, by wstąpić do wojska i walczyć z Niemcami. - Zwierzyłem się tylko mojej mamie, a ona poradziła mi, by porozmawiać z panią Wandą. Miała rozległe kontakty w wielu miejscach w Europie, to mogło nas poratować w naszej drodze. Jednak pierwsze, co od niej usłyszałem, to słowa: „Nie wybieraj się nigdzie, lada chwila będziecie tutaj potrzebni, bo tworzy się coś nowego" – opowiada. Nie przekonała mnie. Woleliśmy już teraz awanturę i karabiny do rąk. Jeden z naszej trójki odpadł już na początku drogi z Krakowa. Nie wsiadł do pociągu na swojej stacji i tak wyruszyliśmy w tę drogę we dwóch, ja i Władek. Opowieść o przygodach i niebezpieczeństwach, o które się otarli nieświadomi zagrożeń młodzi bohaterowie, to niemal gotowy scenariusz na film o młodzieńczej dezynwolturze i prawdziwym patriotyzmie.

Zanim przyszła wojna

Obaj bracia wspominają z rozrzewnieniem spędzane z rodzicami i ich wieloma przyjaciółmi, w tym i panią Wandę, wakacje w majątku w Mężyninie. Ale pewnie bawiące we dworze dzieciaki nie wiedziały, że biegają wśród intelektualnej polskiej elity. Mężyniński dwór wraz z parkiem kupuje w 1925 roku od Banku Ziemskiego Polskie Towarzystwo Teozoficzne (zwane też Wszechświatowym Zjednoczonym Wolnomularstwem Polskim). Wolnomularze zakładają „Spółdzielnię Przyjaciół Uroczyska Mężenin". Wieś staje się tajemniczym miejscem: to tu odbywają się spotkania członków lóż wolnomularskich na „koloniach umiejętnego wypoczynku". Bywają: generał Michał Tokarzewski – Karaszewicz, doktor Janusz Korczak, pisarka Wanda Wasilewska, Władysław Sokorski. Na wczasy przyjeżdża w sezonie do 200 osób. Park nadbużańskiego dworu zabudowany jest chatkami chińskimi z trzciny i gliny, krytymi słomą. Propaguje się kulturę rolniczą, spotkania z fachowcami w dziedzinie rolnictwa i ogrodnictwa, występy teatralne, opiekę nad wiejskimi dziećmi. Dla autora „Kariery Nikodema Dyzmy" to magiczne miejsce staje się inspiracją do opisania epizodu mistycznych obrzędów, w których Nikoś uczestniczy. Ale nie wiadomo dziś, czy uczestnicy tych zlotów teozoficznych wiedzą, że są pod lupą władz. Lupa to Władysław Łukasiuk, późniejszy „Młot". Zanim po 1945 stał się czołową postacią polskiego podziemia niepodległościowego nad Bugiem i symbolem oporu przeciw narzuconej Polakom komunistycznej władzy, był do wybuchu wojny zastępcą wójta gminy Sarnaki. Utrzymywał się z prowadzenia wiejskiego sklepiku z wyszynkiem. Starostwo siedleckie wydzierżawiło mu dwa odcinki rzeki Bug. Każdy, kto chciał tu łowić ryby lub uprawiać sporty wodne, musiał uzyskać jego zgodę. Jednak dziś wiadomo, że te profity urzędowe wiązały się z jego tajną misją: pracował na rzecz wywiadu policyjnego. Przedwojenny rząd powierzył mu zadanie rozpracowania komunizujących środowisk, do których zaliczono Zakon Wszechświatowego Zjednoczonego Wolnomularstwa "Le Droit Humain" oraz Polskie Towarzystwo Teozoficzne, występujące pod oficjalnym szyldem "Spółdzielni dla prowadzenia kolonii letnich". I choć kontrowersyjny „Młot" ma szczególne udziały w historii powojennej Polski (jako inwalida nie brał udziału w wojnie obronnej w 1939 roku, ale zostaje żołnierzem ZWZ i potem AK, rozpracowuje cudowną broń Hitlera V-2, stawia się komunistycznym powojennym władzom, a wieś podlaska widzi w nim jedynego obrońcę przed terrorem i bezprawiem komunizmu oraz przed kolektywizacją), to w owym czasie był kimś, kto podglądał z ukrycia wolnomularski festiwal, w którym uczestniczyła Wanda Marokini. „Młot", za którego głowę bezpieka wyznaczyła 100 tys. złotych nagrody i nasłała na niego setki agentów i informatorów, zginął z ręki jednego ze swych podkomendnych. Dwa strzały z broni krótkiej oddane przez jednego z jego „leśnych" zakończyły ten żywot. Dwór w Mężyninie w 1975 – o ironio! – przejęła Komenda Wojewódzka MO w Siedlcach.

Teozofka, wolnomularka

Wolnomularze to zło dla obozu narodowego. I znów na scenie politycznej pojawia się Wanda Marokini. Wraz z generałem Michałem Karaszewiczem – Tokarzewskim, z którym buduje pierwsze struktury podziemnej walki zbrojnej po klęsce w 1939 roku, toczy rozmowy ze Stronnictwem Narodowym. Próba nawiązania współpracy spełza na niczym, bo działacze SN „nie podporządkują się nigdy nikomu, kto ma styczność z [...] masonami" (opisał to Edward Kumor w książce Wycinek z historii jednego życia, Warszawa 1967, s. 62.).Tokarzewski nawet dziś nie miałby szans na zaszczepienie społeczeństwu swoich poglądów. To nosiciel etyki, mistrz wyciągania narodu z religijnej i poglądowej nietolerancji, wróg nałogów, ezoteryk, człowiek o wyjątkowych horyzontach, pierwszy na linii tworzenia armii wojska podziemnego po kapitulacji we Wrześniu. „Do wyboru jest niewola, albo dalsza walka. Nikogo nie zmuszam ani nie namawiam. Zostawiam panom pół godziny do namysłu"- powiedział, po odczytaniu rozkazu tworzącego zalążek Służby Zwycięstwu Polski, fundamentu Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej. To oryginał jakich mało. Nominację generalską otrzymał w 1924 roku, w wieku 31 lat. Miał urodę amanta filmowego. W garnizonach, w których służył, stał się postrachem oficerów mających ładne żony. Jego ekscentryczne zainteresowania budziły zgorszenie, ale „baby leciały na niego jak szafy na trzech nogach", jak wówczas mawiano. Po wojnie pracował jako nocny stróż. Potem w jednym z rządów emigracyjnych obejmuje w 1954 tekę ministra obrony narodowej. Kiedy umiera w 1964 roku, w kieszeniach jego ubrań bliscy znajdują starannie opisane saszetki: z ziarnem pszenicy z Lubelszczyzny, źdźbłem trawy z Mężenina, kamykiem z królewskich grobów na Wawelu, kadzidłem z Jerozolimy. Jego korespondencja z Wandą Marokini, odkryta przypadkiem w 1992 roku za oprawą lustra przez Barbarę Roer, wnuczkę naszej bohaterki, to dokument mistycznych rozmyślań obojga. Wnuczka Basia Wanda miała dwie córki: Lidkę i Janinkę. Janinka zachorowała na dyfteryt i zmarła, mając 13 lat – pochowana jest w Tarnowie. Lidka żyła do 1982 roku, miała dwoje dzieci – Basię i Jana Kantego. Babusia była silna osobą, pamiętam ją jako piękną kobietę. Wiem z rodzinnych opowieści, że gdy stado epuzerów kręciło się przy mojej mamie, komentowali babcię Wandę: „ Ty jesteś ładna, ale twoja mama jest piękniejsza" – opowiada Barbara Roer. Z opowieści rodzinnych Basia zna historię o patynowaniu fałszywych pieniędzy w konspiracyjnym mieszkaniu przy Inwalidów. Babcia i jej towarzyszki konspiratorki rzucały o sufit paczkami banknotów, które trzeba było wprowadzić do obiegu, by przekazać środki na zasilenie struktur podziemnej walki. Deptały i „zużywały" te pieniądze. Depczą ze śmiechem te banknoty, by wyglądały na używane, nominały fruwają po pokoju. W środku tej akcji staję ja w nocnej koszulce, kilkuletnie dziecko wyrwane ze snu. Ciche piekło Ravensbruck Gdy trafia do niemieckiego obozu, staje się numerem 7399 z czerwoną, zarezerwowaną dla politycznych, naszywką na pasiaku. „Tylko niesłychany hart ducha pozwolił jej, kruchej i delikatnej, przetrwać, aby pomóc innym. Przeszła w obozie trzy ciężkie zapalenia płuc, dwa razy była przeznaczona „do pieca", ale uratowały ją przyjaciółki. Wraca do Krakowa 7 czerwca 1945 roku przez Niemcy piechotą, od Szczecina pociągami. Fizycznie jest zrujnowana, ale psychicznie niezmieniona. (...) opiekuje się młodą dziewczyną z Ravensbruck, cierpiącą na chorobę związaną z systemem nerwowym i rozsianą sklerozą. Prowadzi jej gospodarstwo i pielęgnuje" – zarejestrowała doktor Maria Żychlińska, dokumentalistka historii tarnowskiego harcerstwa, autorka pracy o komendantach tamtejszego hufca. Wanda Marokini kierowała nim od 1921 do 1923 roku. - Tylko jeden raz podsłuchałam rozmowę o tym, co babusia przeżyła w obozie – przypomina sobie wnuczka Barbara Roer. – Potem już nigdy do tego nie wracała, nie było tego, jakby zamknęła ten rozdział i nie chciała już o tym mówić. Jedni mieli tak, że musieli opowiadać o swojej traumie, inni „zaimpregnowali" te przeżycia.

Miłość szesnastolatki

Poznali się we Lwowie. Stąd wzięło się to egzotyczne nazwisko Marokini. Wcześniej nazywała się Gąsiorowska i była siostrą generała brygady Janusza Gąsiorowskiego. Austriacki kapitan, Chorwat z pochodzenia, zamieszał w głowie lwowiance, gdy spotkali się pierwszy raz na ślizgawce. Pobrali się w 1905 roku. Mama Barbary, Lidia, urodziła się w Sarajewie. Potem Wanda mieszkała w Zagrzebiu. To tam doszło do rodzinnych kontrowersji - według archiwów, na tle koncepcji wychowania córek (w polskości czy niemieckości), według wnuczki na tle konfliktu z zaborczą chorwacką teściową. Rodzina Marokini, silnie związana z dworem cesarskim, od początku nie była zadowolona ze związku syna z piękną, lecz niezamożną Polką. Po pięciu latach odważna Wanda zabiera córeczki i wraca do mamy, do Brzuchowic pod Lwowem.

Pomagać

Wciąga ją polityka. Wiąże się ze Stronnictwem Narodowej Demokracji. Pracuje społecznie, po wybuchu I wojny światowej ewakuowana zostaje do Kijowa. Pracuje w szwalni zorganizowanej przez Komitet Pomocy dla Uchodźców z Kraju, jak relacjonuje Maria Żychowska. – Sama biedna, organizuje pomoc dla najbiedniejszych. Taka pozostanie na każdym etapie swojego życia. W opracowaniu doktor Żychowskiej znaleźć można relację zmarłej córki Lidii Chojeckiej: „Potrafi stworzyć niezapomniany dom pełen ludzi, życia, dyskusji. Zawsze był ktoś, kim trzeba było się opiekować, kto potrzebował pomocy moralnej, pociechy, rady. Zawsze gotowa była wysłuchać cudzych zwierzeń i trosk. Zawsze bardziej czuła na cudzy, niż na własny los." Wanda Marokini spoczęła na Powązkach. Zmarła 7 marca 1962 roku, w wieku 75 lat. Pamięć o niej przetrwała w kilku nieznaczących, drobnych informacjach, które trzeba było mozolnie spiąć w całość: na trop tej postaci naprowadził mnie portret Witkacego (dziś w posiadaniu rodziny Turowiczów) i ... pomyłka redaktorów „Przekroju". W latach 70. „Przekrój" opublikował tekst o firmie portretowej Stanisława Ignacego Witkiewicza, zamieszczając kilka reprodukcji. Portret Wandy Marokini opatrzono pomyłkowym podpisem, na co zareagował inżynier z Krakowa, Jerzy Nowak, wysyłając do redakcji list. Zapewnił w nim, że na własne oczy widział ten obraz w domu sportretowanej damy, znajomej rodziny i napisał kilka słów o losach Wandy. Pozostałe ślady jej życia, które trzeba było wytropić, to napis na tablicy pamiątkowej poświęconej komendantom ZHP w Tarnowie, powojenne (1954) wydanie „Bajek murzyńskich", napisanych przez nią wraz z Janem Jerzym Szczepańskim oraz atłasowe balowe rękawiczki za łokieć, które należały do Marokini, a w niewiadomy sposób trafiły jako dar od rodziny Zawiszów do Muzeum Narodowego we Wrocławiu oraz grupowe zdjęcie z Piłsudskim, zachowane w państwowych archiwach.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL