Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Kultura

Stanisław Tym mówi "Rz" o trudzie felietonisty

Stanisław Tym, satyryk, autor i reżyser STS, Kabaretu Owca, a także Dudka. Scenarzysta filmowy, m.in. „Misia”, „Rozmów kontrolowanych” i „Rysia”. Autor sztuk „Kochany panie Ionesco!”, „Rozmowy przy wycinaniu lasu”, „Okręt”. Grał Kaowca w „Rejsie” Marka Piwowskiego. Na zdjęciu odbiera pamištkowe pióro z ršk Macieja Łukasiewicza, ówczesnego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, 2000 r.
Rzeczpospolita, PK Piotr Kowalczyk
Satyryk i scenarzysta Stanisław Tym o trudzie felietonisty ?oraz o fotelu, jaki miał w „Rz", opowiada Jackowi Cieœlakowi.
Rz: We wstępie do zbioru pana felietonów Michał Ogórek wspomina, że gdy badał ze studentami zgodnoœć tych tekstów z zasadami gatunku, nie mieœciły się w konwencji. Stanisław Tym: I dodaje też, że uczelnię tę szybko zamknięto! A jakie felietony były dla pana wzorem?
Przede wszystkim przedwojenne „Kroniki Tygodniowe" Antoniego Słonimskiego. Generalnie czytałem przedwojennych autorów. A nawet XIX-wieczny krakowski „Czas". Właœnie tam dowiedziałem się, że felieton jest tekstem niezależnym od częœci redakcyjnej gazety i redakcja nie może ingerować w jego treœć. No to w latach 70. ta wykładnia była nie na czasie. Oczywiœcie, wolnoœć słowa była zagwarantowana tylko konstytucyjnie. W praktyce było zupełnie inaczej. Gustaw Gottesman, redaktor tygodnika „Literatura", zaskoczył mnie propozycjš pisania w 1972 r. Znałem go i ceniłem. Był żołnierzem Polskich Sił Zbrojnych, urzędnikiem rzšdu londyńskiego. Znaliœmy się z letnich wypraw do Krzyży na Mazurach, gdzie spotykał się latem kršg STS i przyjaciół. W „Literaturze" na ostatniej stronie drukował ze mnš Andrzej Dobosz, z którym graliœmy w „Rejsie". Jeden felieton napisał też Janusz Głowacki, ale nie wiem, dlaczego tylko jeden. Politycznie pismem zarzšdzał Jerzy Putrament. Znałem go, ponieważ też pojawiał się na Mazurach i łowił ryby ze swojej wielkiej łodzi Rapa Nui. Zapraszał mnie na szczupaki, ale nigdy z nim nie popłynšłem. Przeczytałem tylko kawałek jego ksišżki „Wrzesień" i na tym poprzestałem. „Szkoda papiera i atramenta/ Na wiersz Peipera i Putramenta" – powiedział już przed wojnš Tuwim. I słusznie. Cenzura zdejmowała teksty, a on prawie nigdy ich nie bronił. Odszedłem, jak wyrzucili Gottesmana. Jak działała cenzura? Kiedy pisałem dla STS sztukę „Kochany panie Ionesco!", przed rozpoczęciem prób musiałem złożyć egzemplarz do cenzury. Czas był goršcy – Marzec '68. Poszedłem do dobrze znanego w teatrze cenzora. Był przerażony, bo nie wiedział jeszcze, w jakš stronę wiatr zawieje. Tytułujšc mnie „towarzyszem Tymem", powiedział: „Nie było was tutaj, żadnego egzemplarza nie przynosiliœcie. Możemy tak się umówić?". Po prostu bał się, że będzie musiał wydać o moim tekœcie oficjalnš opinię. Mimo to uparłem się i sztukę mu zostawiłem. Dwa tygodnie póŸniej przywitał mnie radoœnie: „Dałem do przeczytania żonie. Płakała ze œmiechu". Po czym zamilkł, usiadł i z marsowš minš powiedział: „Niedobra jest ta sztuka, uprawiacie czarnowidztwo, negujecie przewodniš rolę partii i klasy robotniczej". Bardzo go oburzyło np. pytanie, czy może być socjalistyczny zeszyt w kratkę? Na szczęœcie w końcu sztukę puœcili. Ksišżkę ilustruje reprodukcja pana dowodu osobistego. W 1982 r. pokwitował pan odbiór ryzy papieru do pisania. Co pan napisał? Był poczštek stanu wojennego. Niewiele się pisało. Ryza dotrwała nienaruszona do czasów „Tygodnika Kulturalnego", czyli drugiej połowy lat 80. Miałem więc ponad dziesięć lat przerwy w pisaniu felietonów. W „Tygodniku" doczekałem wyborów czerwcowych. W „Rzeczpospolitej" miał pan do zredagowania całš kolumnę pod tytułem „Fotel. Potyliczny organ Tyma" ?z różnymi formami dziennikarskimi. To było latem 2001 r. Na pomysł satyrycznej kolumny wpadł chyba ówczesny sekretarz redakcji Jurek Paciorkowski. Zrobiłem ze 30 numerów. Robota była ostra. To wtedy wymyœliłem sobie podpis w kształcie profilu mojej głowy. Gdy zobaczył rysunek grafik Wojciech Freudenreich, powiedział, że to genialne. Ten jego zachwyt będę pamiętał do końca życia. Pamiętam, że kończył pan felietony przed 16.00, tuż przed zamknięciem sobotniego numeru. Muszę czuć adrenalinę. To znaczy termin na karku. Tak miałem od poczštku i wcišż się tego trzymam. Często ku utrapieniu redaktorów prowadzšcych. Dzisiaj „Polityki", w której piszę już siódmy rok. Najchętniej oddawałbym felietony już po wydrukowaniu numeru, co zresztš raz mi się zdarzyło, bo pomyliłem dni. O telefonach komórkowych jeszcze się wtedy nie œniło, więc namierzyć człowieka i przypomnieć mu o terminie było dużo trudniej. Pana specjalnoœciš stało się pisanie wielowštkowe, rozwijanie wielu motywów, które zbiegajš się nieoczekiwanie w puencie. Tak się pisze komedie, to i felietony można. Chociaż to niekonwencjonalne. Przyznaję. Tym bardziej warto z felietonem poczekać na druk do ostatniej chwili. Bo coœ się jeszcze usłyszy, coœ się jeszcze wydarzy, coœ się uda do tekstu wcisnšć. Stara się pan przypominać realia minionych lat, rozpoczynajšc kolejne rozdziały zbioru skrótem wydarzeń, nazwiskami rzšdzšcych, cenami benzyny. Mam nadzieję, że nie tylko starcy w moim wieku sięgnš po „Psa, czyli Kota". To dla tych młodszych, którzy dawnych czasów nie pamiętajš. A ja pamiętam, więc z chęciš przypominam. Z czasem pana felietony stawały się krótsze. Czuje pan, że uwaga czytelników słabnie? Nie tylko czytelników, moja też. Szykujšc tę ksišżkę, czytałem swoje felietony z dawnych lat i sam się dziwiłem, jak można było tyle pisać. I skracałem, gdzie tylko się dało. Inna sprawa, że im krótsza forma, tym większy wysiłek. Najciężej, jak wiadomo, harujš sprinterzy. We wczeœniejszych felietonach czerpał pan więcej z siebie, własnych doœwiadczeń, spotkań. Dziœ częœciej komentuje się komentarze innych. Dawniej nie miałem wyjœcia, nie można było na łamach gazety pisać tego, co się myœli o socjalistycznej rzeczywistoœci. Dzisiaj ciekawsze od rzeczywistoœci bywa to, co inni o niej mówiš. Kiedy panu się najlepiej pisało? Najchętniej powiedziałbym, że nigdy. Ale to żart. Tak naprawdę, od chwili, gdy zniesiono cenzurę. Dziœ piszę, co chcę, czyli tak jak zalecał krakowski „Czas" 160 lat temu.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL