Kultura

Stanisław Tym mówi "Rz" o trudzie felietonisty

Stanisław Tym, satyryk, autor i reżyser STS, Kabaretu Owca, a także Dudka. Scenarzysta filmowy, m.in. „Misia”, „Rozmów kontrolowanych” i „Rysia”. Autor sztuk „Kochany panie Ionesco!”, „Rozmowy przy wycinaniu lasu”, „Okręt”. Grał Kaowca w „Rejsie” Marka Piwowskiego. Na zdjęciu odbiera pamiątkowe pióro z rąk Macieja Łukasiewicza, ówczesnego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, 2000 r.
Rzeczpospolita, PK Piotr Kowalczyk
Satyryk i scenarzysta Stanisław Tym o trudzie felietonisty ?oraz o fotelu, jaki miał w „Rz", opowiada Jackowi Cieślakowi.
Rz: We wstępie do zbioru pana felietonów Michał Ogórek wspomina, że gdy badał ze studentami zgodność tych tekstów z zasadami gatunku, nie mieściły się w konwencji.
Stanisław Tym: I dodaje też, że uczelnię tę szybko zamknięto! A jakie felietony były dla pana wzorem?
Przede wszystkim przedwojenne „Kroniki Tygodniowe" Antoniego Słonimskiego. Generalnie czytałem przedwojennych autorów. A nawet XIX-wieczny krakowski „Czas". Właśnie tam dowiedziałem się, że felieton jest tekstem niezależnym od części redakcyjnej gazety i redakcja nie może ingerować w jego treść. No to w latach 70. ta wykładnia była nie na czasie. Oczywiście, wolność słowa była zagwarantowana tylko konstytucyjnie. W praktyce było zupełnie inaczej. Gustaw Gottesman, redaktor tygodnika „Literatura", zaskoczył mnie propozycją pisania w 1972 r. Znałem go i ceniłem. Był żołnierzem Polskich Sił Zbrojnych, urzędnikiem rządu londyńskiego. Znaliśmy się z letnich wypraw do Krzyży na Mazurach, gdzie spotykał się latem krąg STS i przyjaciół. W „Literaturze" na ostatniej stronie drukował ze mną Andrzej Dobosz, z którym graliśmy w „Rejsie". Jeden felieton napisał też Janusz Głowacki, ale nie wiem, dlaczego tylko jeden. Politycznie pismem zarządzał Jerzy Putrament. Znałem go, ponieważ też pojawiał się na Mazurach i łowił ryby ze swojej wielkiej łodzi Rapa Nui. Zapraszał mnie na szczupaki, ale nigdy z nim nie popłynąłem. Przeczytałem tylko kawałek jego książki „Wrzesień" i na tym poprzestałem. „Szkoda papiera i atramenta/ Na wiersz Peipera i Putramenta" – powiedział już przed wojną Tuwim. I słusznie. Cenzura zdejmowała teksty, a on prawie nigdy ich nie bronił. Odszedłem, jak wyrzucili Gottesmana. Jak działała cenzura? Kiedy pisałem dla STS sztukę „Kochany panie Ionesco!", przed rozpoczęciem prób musiałem złożyć egzemplarz do cenzury. Czas był gorący – Marzec '68. Poszedłem do dobrze znanego w teatrze cenzora. Był przerażony, bo nie wiedział jeszcze, w jaką stronę wiatr zawieje. Tytułując mnie „towarzyszem Tymem", powiedział: „Nie było was tutaj, żadnego egzemplarza nie przynosiliście. Możemy tak się umówić?". Po prostu bał się, że będzie musiał wydać o moim tekście oficjalną opinię. Mimo to uparłem się i sztukę mu zostawiłem. Dwa tygodnie później przywitał mnie radośnie: „Dałem do przeczytania żonie. Płakała ze śmiechu". Po czym zamilkł, usiadł i z marsową miną powiedział: „Niedobra jest ta sztuka, uprawiacie czarnowidztwo, negujecie przewodnią rolę partii i klasy robotniczej". Bardzo go oburzyło np. pytanie, czy może być socjalistyczny zeszyt w kratkę? Na szczęście w końcu sztukę puścili. Książkę ilustruje reprodukcja pana dowodu osobistego. W 1982 r. pokwitował pan odbiór ryzy papieru do pisania. Co pan napisał? Był początek stanu wojennego. Niewiele się pisało. Ryza dotrwała nienaruszona do czasów „Tygodnika Kulturalnego", czyli drugiej połowy lat 80. Miałem więc ponad dziesięć lat przerwy w pisaniu felietonów. W „Tygodniku" doczekałem wyborów czerwcowych. W „Rzeczpospolitej" miał pan do zredagowania całą kolumnę pod tytułem „Fotel. Potyliczny organ Tyma" ?z różnymi formami dziennikarskimi. To było latem 2001 r. Na pomysł satyrycznej kolumny wpadł chyba ówczesny sekretarz redakcji Jurek Paciorkowski. Zrobiłem ze 30 numerów. Robota była ostra. To wtedy wymyśliłem sobie podpis w kształcie profilu mojej głowy. Gdy zobaczył rysunek grafik Wojciech Freudenreich, powiedział, że to genialne. Ten jego zachwyt będę pamiętał do końca życia. Pamiętam, że kończył pan felietony przed 16.00, tuż przed zamknięciem sobotniego numeru. Muszę czuć adrenalinę. To znaczy termin na karku. Tak miałem od początku i wciąż się tego trzymam. Często ku utrapieniu redaktorów prowadzących. Dzisiaj „Polityki", w której piszę już siódmy rok. Najchętniej oddawałbym felietony już po wydrukowaniu numeru, co zresztą raz mi się zdarzyło, bo pomyliłem dni. O telefonach komórkowych jeszcze się wtedy nie śniło, więc namierzyć człowieka i przypomnieć mu o terminie było dużo trudniej. Pana specjalnością stało się pisanie wielowątkowe, rozwijanie wielu motywów, które zbiegają się nieoczekiwanie w puencie. Tak się pisze komedie, to i felietony można. Chociaż to niekonwencjonalne. Przyznaję. Tym bardziej warto z felietonem poczekać na druk do ostatniej chwili. Bo coś się jeszcze usłyszy, coś się jeszcze wydarzy, coś się uda do tekstu wcisnąć. Stara się pan przypominać realia minionych lat, rozpoczynając kolejne rozdziały zbioru skrótem wydarzeń, nazwiskami rządzących, cenami benzyny. Mam nadzieję, że nie tylko starcy w moim wieku sięgną po „Psa, czyli Kota". To dla tych młodszych, którzy dawnych czasów nie pamiętają. A ja pamiętam, więc z chęcią przypominam. Z czasem pana felietony stawały się krótsze. Czuje pan, że uwaga czytelników słabnie? Nie tylko czytelników, moja też. Szykując tę książkę, czytałem swoje felietony z dawnych lat i sam się dziwiłem, jak można było tyle pisać. I skracałem, gdzie tylko się dało. Inna sprawa, że im krótsza forma, tym większy wysiłek. Najciężej, jak wiadomo, harują sprinterzy. We wcześniejszych felietonach czerpał pan więcej z siebie, własnych doświadczeń, spotkań. Dziś częściej komentuje się komentarze innych. Dawniej nie miałem wyjścia, nie można było na łamach gazety pisać tego, co się myśli o socjalistycznej rzeczywistości. Dzisiaj ciekawsze od rzeczywistości bywa to, co inni o niej mówią. Kiedy panu się najlepiej pisało? Najchętniej powiedziałbym, że nigdy. Ale to żart. Tak naprawdę, od chwili, gdy zniesiono cenzurę. Dziś piszę, co chcę, czyli tak jak zalecał krakowski „Czas" 160 lat temu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL