Publicystyka

Warto wydawać na wojsko

Andrzej Talaga
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Państwo może się obyć bez służby zdrowia, żłobków, emerytur, ale nie bez sił zbrojnych. Mowa oczywiście o państwie suwerennym – pisze publicysta.
Nie warto hojnie łożyć na armię, bo i tak nie obroni nas przed ewentualnym, acz mało prawdopodobnym, atakiem rosyjskim – argumentował w „Rzeczpospolitej" europoseł Marek Migalski. Porównanie potencjału sił zdecydowanie faworyzuje bowiem Rosję. Gdyby tak rzeczywiście było, to zgoda – strata pieniędzy. Ale jest inaczej.
Wojsko może obronić państwo, nie wystawiając nawet nosa z koszar, wystarczy jego siła odstraszania, dlatego na armię warto wydawać publiczne pieniądze, i to możliwie dużo. W perspektywie długoterminowej zresztą nakłady te zwracają się stukrotnie, bo siły zbrojne nie tylko chronią państwo i jego rozwój, ale także dzięki zakupom wyposażenia mogą być motorem rozwoju gospodarczego.

Siła nie w masie

Przy okazji kryzysu ukraińskiego europoseł zestawia potencjały militarne Polski i Rosji, tak jakby to był decydujący czynnik ewentualnego zwycięstwa lub klęski państwa w konfrontacji z wrogiem.
Gdyby przyjąć takie założenie, trzeba by uznać, że najbardziej bezsensownych wydatków na obronę dokonują właśnie Rosja i  Chiny. Potencjalnym przeciwnikiem pierwszej jest NATO. Tymczasem z nakładów na obronę obu adwersarzy (Rosja od 70 do 90 mld dolarów rocznie, NATO ponad 900 mld dolarów) wynika jasno, że armia rosyjska nie ma żadnych szans w starciu, o czym zresztą pan Migalski wspomina. Podobnie jest w wypadku Chin – ich potencjalny przeciwnik, Stany Zjednoczone, łoży na armię 680 mld dolarów wobec 120 mld dolarów za Wielkim Murem. Z jakichś powodów władze w Moskwie oraz Pekinie uważają, że ten beznadziejny z pozoru trud ma jednak sens, i szykują się na potencjalną walkę – odpowiednio z NATO i USA. Wiedzą bowiem dobrze, że totalna wojna jest mało realna, rośnie za to prawdopodobieństwo wojen lokalnych, punktowych, wymiany ciosów, słowem – prób militarnego przesuwania równowagi. W takich rozgrywkach zaś ich armie nie są już na straconej pozycji. Przeciwnie, mogą takie konflikty zremisować, a nawet wygrać, co pokazują choćby amerykańskie symulacje potencjalnego starcia z Chinami na Pacyfiku. Podobnie jest z Polską. Nie szkodzi, że Rosja ma 15 razy więcej czołgów niż my i dziesięć razy więcej wozów bojowych, my za to rozwijamy program przeciwpancerny Spike, który może te zasoby zmienić w złom. Właśnie zakupy wyposażenia, inteligentne, dostosowane do potrzeb, ale i potencjału przeciwnika, mogą zniwelować jego przewagę na jednym polu, a na innym nawet dać przewagę nam. Rakiety przeciwokrętowe Kongsberga, na które łożymy niemało, są w stanie zatrzymać rosyjską flotę bałtycką w portach, o ile oczywiście wyrzutnie nie zostaną wcześniej zniszczone przez wrażą salwę, ale właśnie z tego powodu chcemy budować tarczę antyrakietową, itd., itd. Gdyby zmniejszyć albo zamrozić fundusz na zakupy uzbrojenia, ta subtelna gra między przysłowiowymi mieczem i tarczą zakończyłyby się porażką. Z naszym położeniem geopolitycznym, znaczeniem dla bezpieczeństwa w Europie, naszą historią absolutnie nie stać nas na taką beztroskę.

Ostatni bastion

W ostatnich latach demokracje redukują wydatki zbrojeniowe, autokracje zaś je zwiększają, ale dotyczy to tylko świata zachodniego. W innych rejonach także demokracje zaczynają nurzać się w „militaryzmie". Dlaczego? Ponieważ doszły do wniosku, że im się to opłaca pod każdym możliwym względem – w tym gospodarczym i społecznym. Swe armie unowocześniają i dofinansowują m.in.: Japonia, Korea Południowa, Indie, Filipiny i Brazylia. Czynią tak, bo armia – obok efektywnej gospodarki oraz skutecznej polityki – jest jednym z fundamentów istnienia państwa oraz jego siły. Może się ono obyć bez służby zdrowia, żłobków, emerytur, choć będzie zapewne niesprawiedliwe, ale nie bez sił zbrojnych. Mowa oczywiście o państwie suwerennym albo chociaż zachowującym możliwie dużo cech suwerenności. Państwa niesuwerenne lub półsuwerenne mogą nawet zrezygnować z wojska, ale wtedy istnieją jedynie z łaski innych, a nie własnej mocy. Kraje o silniejszym niż przeciętne poczuciu suwerenności zawsze rozwijają armie, choćby Stany Zjednoczone, Izrael, Rosja, Chiny, Wielka Brytania. Kiedy bowiem zawiodą zabiegi dyplomatyczne i klasyczna polityka, ostatnim bastionem obrony, a także wymuszania na innych posłuszeństwa wobec swojej woli, jest wojsko. Im hojniej je wyposażymy i  skuteczniej wyszkolimy, tym lepiej będzie służyć państwu.

Rozwój armii, rozwój kraju

Kryzys ukraiński nie ma wielkiego wpływu na przyszłość naszej armii, co najwyżej spowoduje wyciszenie ewentualnych głosów krytycznych wobec wydatków zbrojeniowych. Skuteczne siły zbrojne buduje się i ćwiczy przez długie lata, nie w reakcji na chwilowe zawirowania międzynarodowe. Planowanie zakupów sprzętu zaś musi uwzględniać aktualne luki w wyposażeniu, ale też możliwe przyszłe wyzwania. Kryzys może być jedynie wskazówką, na pewno nie wyznacznikiem kierunku rozwoju armii. Wiemy, czego nam brakuje, wiemy, jak próbować przynajmniej równoważyć przewagi potencjalnego przeciwnika. I wiemy też, że potrzebujemy dużo więcej pieniędzy, niż możemy wydać. 130 mld złotych przeznaczonych w ciągu dekady na zakupy uzbrojenia to nie żadne fanaberie „wąsatych generałów" śliniących się na widok nowych „zielonych zabawek", ale absolutna konieczność. Obawy europosła Migalskiego, a nadzieje wielu innych, w tym niżej podpisanego, że budżet obronny zostanie zwiększony, zostały już zdezawuowane przez premiera Donalda Tuska, który zapowiedział, że nie zamierza tego czynić, nawet w obliczu wydarzeń na Krymie. Pozostaje zatem tak wydać środki na modernizację armii, by nie tylko zaspokoić jej potrzeby, ale też dać gospodarce impuls rozwojowy. Polska jest jednym z nielicznych średnich krajów europejskich, które w ogóle jeszcze mają przemysł obronny. Rządowy program zbrojeniowy może być dla niego ratunkiem, przenieść go z epoki technologii średnio zaawansowanych w świat know-how XXI wieku, choć trzeba uczciwie przyznać, że niektóre polskie firmy już w nim są. W ramach kontraktów z wielkimi koncernami militarnymi Polska ma szansę wynegocjowania transferów wysokich technologii do naszych zakładów, aby zaawansowany sprzęt był nie tylko kupowany za granicą, ale i wytwarzany u nas. Więcej czołgów to mniej inżynierów i autostrad? Wręcz przeciwnie.  Już teraz powstają w Polsce produkty wysokich technologii tak zwanego podwójnego zastosowania, np. drony i programy wojny elektronicznej, które równie dobrze jak w armii mogą służyć w cywilu. Banałem będzie przypomnienie – ale nigdy dość przypominania ?– że choćby internet, GPS i inne systemy geolokalizacji czy gry komputerowe, zjawiska, które tak zmieniły życie człowieka, u zarania były programami wojskowymi. Przyniosły wielki pożytek i wojsku, i całej cywilizacji. Nie powstałyby, gdyby Stany Zjednoczone skąpiły wydatków na obronność, właśnie rząd w Waszyngtonie sfinansował tzw. badania podstawowe konieczne do rozwinięcia tych systemów. Polska to nie Ameryka, rzecz jasna, ale w skali mikro możemy pójść tą samą drogą.

Karabin w każdym domu

Trzeba się natomiast w pełni zgodzić z europosłem Migalskim, kiedy wspomina o obronie powszechnej. Polska zupełnie ją zaprzepaściła, a to niewybaczalny błąd. 100 tys. dobrze wyszkolonych zawodowych żołnierzy i 20 tys. rezerwy może się świetnie sprawdzić w konflikcie ograniczonym, ale nie w wojnie na pełną skalę. W takim wypadku musielibyśmy liczyć na interwencję sojuszników, co zakładają zresztą opracowane dla Polski plany ewentualnościowe NATO. Problem z nimi jest jednak taki jak ze wszystkimi zobowiązaniami spisanymi na papierze – można ich nie wypełnić. Nie powinniśmy zakładać złej woli sojuszników, ale nie znamy wszystkich okoliczności przyszłej wojny ani nastrojów społecznych, jakie będą jej towarzyszyć, nie możemy więc bazować na stuprocentowej pewności interwencji paktu. Musimy umieć obronić się sami albo przynajmniej uczynić wojnę dla przeciwnika maksymalnie uciążliwą i kosztowną. Do tego celu nadaje się znakomicie obrona terytorialna, uzbrojeni obywatele. Jej brak to największa luka w polskim systemie bezpieczeństwa, trzeba ją uzupełnić, ale w  żadnym wypadku nie kosztem budżetu na wojsko zawodowe. Odbudowa rezerwowej armii obywatelskiej wymaga nowych środków, co oznacza zwiększenie wydatków militarnych państwa. Niestety. Polskie ustawowe 1,95 proc. PKB jako stały współczynnik wydatków obronnych to w naszej sytuacji geopolitycznej za mało. Zapewne 4,4 proc. PKB, jak w USA i Rosji,  u nas nie przejdzie, ale warto byłoby przekonać społeczeństwo, aby zgodziło się na koszty militarne rzędu 2,2–2,5 proc. PKB. Wtedy wystarczyłoby pieniędzy na elementarne zakupy dla armii zawodowej i odbudowę sił terytorialnych. Bylibyśmy bezpieczniejsi, a nasza gospodarka dostałaby silny, pozytywny impuls. Na taki ruch trzeba jednak wielkiej politycznej odwagi. Kto się nią wykaże? Autor jest pracownikiem think tanku Warsaw Enterprise Institute. ?W przeszłości był m.in. zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej"
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL