Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Warto wydawać na wojsko

Andrzej Talaga
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Państwo może się obyć bez służby zdrowia, żłobków, emerytur, ale nie bez sił zbrojnych. Mowa oczywiœcie o państwie suwerennym – pisze publicysta.
Nie warto hojnie łożyć na armię, bo i tak nie obroni nas przed ewentualnym, acz mało prawdopodobnym, atakiem rosyjskim – argumentował w „Rzeczpospolitej" europoseł Marek Migalski. Porównanie potencjału sił zdecydowanie faworyzuje bowiem Rosję. Gdyby tak rzeczywiœcie było, to zgoda – strata pieniędzy. Ale jest inaczej. Wojsko może obronić państwo, nie wystawiajšc nawet nosa z koszar, wystarczy jego siła odstraszania, dlatego na armię warto wydawać publiczne pienišdze, i to możliwie dużo. W perspektywie długoterminowej zresztš nakłady te zwracajš się stukrotnie, bo siły zbrojne nie tylko chroniš państwo i jego rozwój, ale także dzięki zakupom wyposażenia mogš być motorem rozwoju gospodarczego.

Siła nie w masie

Przy okazji kryzysu ukraińskiego europoseł zestawia potencjały militarne Polski i Rosji, tak jakby to był decydujšcy czynnik ewentualnego zwycięstwa lub klęski państwa w konfrontacji z wrogiem.
Gdyby przyjšć takie założenie, trzeba by uznać, że najbardziej bezsensownych wydatków na obronę dokonujš właœnie Rosja i  Chiny. Potencjalnym przeciwnikiem pierwszej jest NATO. Tymczasem z nakładów na obronę obu adwersarzy (Rosja od 70 do 90 mld dolarów rocznie, NATO ponad 900 mld dolarów) wynika jasno, że armia rosyjska nie ma żadnych szans w starciu, o czym zresztš pan Migalski wspomina. Podobnie jest w wypadku Chin – ich potencjalny przeciwnik, Stany Zjednoczone, łoży na armię 680 mld dolarów wobec 120 mld dolarów za Wielkim Murem. Z jakichœ powodów władze w Moskwie oraz Pekinie uważajš, że ten beznadziejny z pozoru trud ma jednak sens, i szykujš się na potencjalnš walkę – odpowiednio z NATO i USA. Wiedzš bowiem dobrze, że totalna wojna jest mało realna, roœnie za to prawdopodobieństwo wojen lokalnych, punktowych, wymiany ciosów, słowem – prób militarnego przesuwania równowagi. W takich rozgrywkach zaœ ich armie nie sš już na straconej pozycji. Przeciwnie, mogš takie konflikty zremisować, a nawet wygrać, co pokazujš choćby amerykańskie symulacje potencjalnego starcia z Chinami na Pacyfiku. Podobnie jest z Polskš. Nie szkodzi, że Rosja ma 15 razy więcej czołgów niż my i dziesięć razy więcej wozów bojowych, my za to rozwijamy program przeciwpancerny Spike, który może te zasoby zmienić w złom. Właœnie zakupy wyposażenia, inteligentne, dostosowane do potrzeb, ale i potencjału przeciwnika, mogš zniwelować jego przewagę na jednym polu, a na innym nawet dać przewagę nam. Rakiety przeciwokrętowe Kongsberga, na które łożymy niemało, sš w stanie zatrzymać rosyjskš flotę bałtyckš w portach, o ile oczywiœcie wyrzutnie nie zostanš wczeœniej zniszczone przez wrażš salwę, ale właœnie z tego powodu chcemy budować tarczę antyrakietowš, itd., itd. Gdyby zmniejszyć albo zamrozić fundusz na zakupy uzbrojenia, ta subtelna gra między przysłowiowymi mieczem i tarczš zakończyłyby się porażkš. Z naszym położeniem geopolitycznym, znaczeniem dla bezpieczeństwa w Europie, naszš historiš absolutnie nie stać nas na takš beztroskę.

Ostatni bastion

W ostatnich latach demokracje redukujš wydatki zbrojeniowe, autokracje zaœ je zwiększajš, ale dotyczy to tylko œwiata zachodniego. W innych rejonach także demokracje zaczynajš nurzać się w „militaryzmie". Dlaczego? Ponieważ doszły do wniosku, że im się to opłaca pod każdym możliwym względem – w tym gospodarczym i społecznym. Swe armie unowoczeœniajš i dofinansowujš m.in.: Japonia, Korea Południowa, Indie, Filipiny i Brazylia. Czyniš tak, bo armia – obok efektywnej gospodarki oraz skutecznej polityki – jest jednym z fundamentów istnienia państwa oraz jego siły. Może się ono obyć bez służby zdrowia, żłobków, emerytur, choć będzie zapewne niesprawiedliwe, ale nie bez sił zbrojnych. Mowa oczywiœcie o państwie suwerennym albo chociaż zachowujšcym możliwie dużo cech suwerennoœci. Państwa niesuwerenne lub półsuwerenne mogš nawet zrezygnować z wojska, ale wtedy istniejš jedynie z łaski innych, a nie własnej mocy. Kraje o silniejszym niż przeciętne poczuciu suwerennoœci zawsze rozwijajš armie, choćby Stany Zjednoczone, Izrael, Rosja, Chiny, Wielka Brytania. Kiedy bowiem zawiodš zabiegi dyplomatyczne i klasyczna polityka, ostatnim bastionem obrony, a także wymuszania na innych posłuszeństwa wobec swojej woli, jest wojsko. Im hojniej je wyposażymy i  skuteczniej wyszkolimy, tym lepiej będzie służyć państwu.

Rozwój armii, rozwój kraju

Kryzys ukraiński nie ma wielkiego wpływu na przyszłoœć naszej armii, co najwyżej spowoduje wyciszenie ewentualnych głosów krytycznych wobec wydatków zbrojeniowych. Skuteczne siły zbrojne buduje się i ćwiczy przez długie lata, nie w reakcji na chwilowe zawirowania międzynarodowe. Planowanie zakupów sprzętu zaœ musi uwzględniać aktualne luki w wyposażeniu, ale też możliwe przyszłe wyzwania. Kryzys może być jedynie wskazówkš, na pewno nie wyznacznikiem kierunku rozwoju armii. Wiemy, czego nam brakuje, wiemy, jak próbować przynajmniej równoważyć przewagi potencjalnego przeciwnika. I wiemy też, że potrzebujemy dużo więcej pieniędzy, niż możemy wydać. 130 mld złotych przeznaczonych w cišgu dekady na zakupy uzbrojenia to nie żadne fanaberie „wšsatych generałów" œlinišcych się na widok nowych „zielonych zabawek", ale absolutna koniecznoœć. Obawy europosła Migalskiego, a nadzieje wielu innych, w tym niżej podpisanego, że budżet obronny zostanie zwiększony, zostały już zdezawuowane przez premiera Donalda Tuska, który zapowiedział, że nie zamierza tego czynić, nawet w obliczu wydarzeń na Krymie. Pozostaje zatem tak wydać œrodki na modernizację armii, by nie tylko zaspokoić jej potrzeby, ale też dać gospodarce impuls rozwojowy. Polska jest jednym z nielicznych œrednich krajów europejskich, które w ogóle jeszcze majš przemysł obronny. Rzšdowy program zbrojeniowy może być dla niego ratunkiem, przenieœć go z epoki technologii œrednio zaawansowanych w œwiat know-how XXI wieku, choć trzeba uczciwie przyznać, że niektóre polskie firmy już w nim sš. W ramach kontraktów z wielkimi koncernami militarnymi Polska ma szansę wynegocjowania transferów wysokich technologii do naszych zakładów, aby zaawansowany sprzęt był nie tylko kupowany za granicš, ale i wytwarzany u nas. Więcej czołgów to mniej inżynierów i autostrad? Wręcz przeciwnie.  Już teraz powstajš w Polsce produkty wysokich technologii tak zwanego podwójnego zastosowania, np. drony i programy wojny elektronicznej, które równie dobrze jak w armii mogš służyć w cywilu. Banałem będzie przypomnienie – ale nigdy doœć przypominania ?– że choćby internet, GPS i inne systemy geolokalizacji czy gry komputerowe, zjawiska, które tak zmieniły życie człowieka, u zarania były programami wojskowymi. Przyniosły wielki pożytek i wojsku, i całej cywilizacji. Nie powstałyby, gdyby Stany Zjednoczone skšpiły wydatków na obronnoœć, właœnie rzšd w Waszyngtonie sfinansował tzw. badania podstawowe konieczne do rozwinięcia tych systemów. Polska to nie Ameryka, rzecz jasna, ale w skali mikro możemy pójœć tš samš drogš.

Karabin w każdym domu

Trzeba się natomiast w pełni zgodzić z europosłem Migalskim, kiedy wspomina o obronie powszechnej. Polska zupełnie jš zaprzepaœciła, a to niewybaczalny błšd. 100 tys. dobrze wyszkolonych zawodowych żołnierzy i 20 tys. rezerwy może się œwietnie sprawdzić w konflikcie ograniczonym, ale nie w wojnie na pełnš skalę. W takim wypadku musielibyœmy liczyć na interwencję sojuszników, co zakładajš zresztš opracowane dla Polski plany ewentualnoœciowe NATO. Problem z nimi jest jednak taki jak ze wszystkimi zobowišzaniami spisanymi na papierze – można ich nie wypełnić. Nie powinniœmy zakładać złej woli sojuszników, ale nie znamy wszystkich okolicznoœci przyszłej wojny ani nastrojów społecznych, jakie będš jej towarzyszyć, nie możemy więc bazować na stuprocentowej pewnoœci interwencji paktu. Musimy umieć obronić się sami albo przynajmniej uczynić wojnę dla przeciwnika maksymalnie ucišżliwš i kosztownš. Do tego celu nadaje się znakomicie obrona terytorialna, uzbrojeni obywatele. Jej brak to największa luka w polskim systemie bezpieczeństwa, trzeba jš uzupełnić, ale w  żadnym wypadku nie kosztem budżetu na wojsko zawodowe. Odbudowa rezerwowej armii obywatelskiej wymaga nowych œrodków, co oznacza zwiększenie wydatków militarnych państwa. Niestety. Polskie ustawowe 1,95 proc. PKB jako stały współczynnik wydatków obronnych to w naszej sytuacji geopolitycznej za mało. Zapewne 4,4 proc. PKB, jak w USA i Rosji,  u nas nie przejdzie, ale warto byłoby przekonać społeczeństwo, aby zgodziło się na koszty militarne rzędu 2,2–2,5 proc. PKB. Wtedy wystarczyłoby pieniędzy na elementarne zakupy dla armii zawodowej i odbudowę sił terytorialnych. Bylibyœmy bezpieczniejsi, a nasza gospodarka dostałaby silny, pozytywny impuls. Na taki ruch trzeba jednak wielkiej politycznej odwagi. Kto się niš wykaże? Autor jest pracownikiem think tanku Warsaw Enterprise Institute. ?W przeszłoœci był m.in. zastępcš redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej"
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL