Narkotykowa szajka rybaka

aktualizacja: 23.03.2014, 14:00
Kokainę przerzucano na bezczelnego, nie dbając specjalnie o jej ukryci...
Kokainę przerzucano na bezczelnego, nie dbając specjalnie o jej ukrycie w bagażu
Foto: Policja

Polski gang w dwa lata przemycił ?z Dominikany do Holandii 200 kg kokainy. Kurierzy ?to bezrobotni, samotne matki i była nauczycielka.

Niecodzienny gang złożony z bezrobotnych, samotnych matek z dziećmi na utrzymaniu, a nawet emerytowanej nauczycielki i szkolnej sprzątaczki w ciągu zaledwie dwóch lat przemycił z Dominikany ogromną ilość kokainy.  – Grupa przestępcza zajmująca się przemytem z Dominikany do Holandii przemyciła blisko 200 kilogramów kokainy. O działanie w niej oskarżyliśmy 15 osób, z czego większość to kurierzy – mówi „Rz" Marzanna Mucha-Podlewska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która prowadzi śledztwo.
Szajce przemytników – jak ustalili śledczy – szefował Zbigniew Z., z zawodu rybak. Jego prawą ręką był informatyk, czasowo prowadzący firmę budowlaną.

Wielka wsypa

W tej historii jest wszystko: luksusowe wycieczki do egzotycznego kraju, a tam drinki, spacery i epizod życia światowca, o czym bezrobotni z Mławy, Siedlec i zachodniego Pomorza wcześniej nawet nie marzyli. Są też duże pieniądze za – jak sądzili – mało ryzykowną usługę, bo przecież wszędzie mieli swoich celników.
Czar w jeden dzień prysł. Wielki przemyt wyszedł na jaw przypadkiem, w listopadzie 2012 roku. Na lotnisku Okęcie w Warszawie wylądował samolot z Dominikany. Wróciło nim z urlopu troje „turystów": Monika S., jej chłopak Oskar B. i kolega Kamil S. Mieli w walizkach podejrzane pakunki wyglądające jak paczki kawy. Okazało się, że to kokaina w imponującej ilości: łącznie 47,5 kg wartości blisko 10 mln zł.
To rekordowy przemyt w lotniczym ruchu pasażerskim.
Wpadka pokrzyżowała plany przemytników. Na cenny towar czekał Daniel P. W lotniskowym garażu stał samochód, którym miał wywieźć kokainę do Holandii.
Młodzi kurierzy zachowywali się, jakby podejrzaną zawartość ktoś im podrzucił. To były pozory. Kokainę na zlecenie gangu wieźli nie pierwszy raz.
Jak działał kokainowy gang, śledczy ustalili dzięki relacjom kurierów, z których większość się przyznała, oraz wyjaśnień Daniela P., który licząc na złagodzenie kary, wsypał grupę.
„Rz" dotarła do szczegółów tej niezwykłej sprawy.

Kurierzy rybaka

Polskim organizatorem gigantycznego przemytu był – jak ustalili śledczy – 48-letni Zbigniew Z., rybak dalekomorski z małego miasta na zachodnim Pomorzu. Dzisiaj Z. pomniejsza swoją rolę, twierdząc, że narkobiznesem kręcił mieszkający w Rotterdamie mężczyzna o pseudonimie Nico. Z pochodzenia Albańczyk, z kontaktami na Dominikanie i związkami z organizacją zajmującą się przemytem. Zbigniew Z. poznał go kiedyś w Holandii. Na Dominikanie głównym szefem był z kolei mężczyzna o pseudonimie Generał.
Zbigniew Z. na początku sam przemycał kokainę dla „Nica". Potem, kiedy zwerbował Daniela, on zajął się organizacją wyjazdów i wyszukiwał kolejnych kurierów. Dostarczał też pieniądze na towar.
Z. w przemyt wciągnął swoją żonę i jej znajomych: Annę (sprzątaczkę w podstawówce) i jej męża oraz swoją teściową Krystynę K., emerytowaną nauczycielkę. Kurierem była też 39-letnia Beata D., matka trójki dzieci, w przeszłości uczennica Krystyny K. Jak Daniel P. wkręcił się w narkotykowy interes? W 2011 r. dał w internecie ogłoszenie, że sprzeda nerkę.
„Nie musisz niczego oddawać, ani niczego nie będę ci wycinał, a możesz zarobić duże pieniądze" – odpowiedział mu Zbigniew Z.
– Domyśliłem się, że chodzi o narkotyki – wyznał później śledczym Daniel P.
Daniel wciągnął Oskara B., który pracował w jego firmie, a ten swoją dziewczynę Monikę S. (wpadli na Okęciu). Później także małżeństwo z Siedlec.
On magazynier, ona bez pracy też chciała sprzedać nerkę. – Dostała odpowiedź, że zarobi większe pieniądze za przewiezienie towaru z miejsca A do miejsca B – opowiada jeden ze śledczych.
Kurierów przybywało, jedni wciągali innych. – Mówili: „dużo zarobicie, zobaczcie, jakie mamy dobre zegarki" – opowiada jeden ze śledczych.
Na łatwy zarobek przystała też 27-letnia Mirela S., samotna matka dwójki dzieci. Przemyciła 21 kilogramów kokainy.
W narkotykowym gangu byli też: pracownik pieczarkarni, barman, bezrobotni. Najmłodsza: 21-letnia Paulina K. (z Siedlec). Jeśli nie liczyć nastoletniej córki Beaty D., którą matka zabrała w jedną z podróży.

„Nico" i „Generał"

Trasa i szczegóły „wycieczek" były dokładnie ustalone.
Kurierzy jechali na tydzień do luksusowego hotelu. – Daniel P. kupował im walizki, bo ich własne wyglądały jak graty, ubrania, by wyglądali na młodych turystów, telefony komórkowe, załatwiał paszporty.
Już w Punta Cana kurierzy musieli zrobić sobie zdjęcia w ubraniach, jakie będą mieli na sobie w drodze powrotnej. Po to, żeby celnik na lotnisku mógł ich rozpoznać i przepuścić – wynika z relacji tych, którzy w śledztwie się przyznali.
Przez tydzień czekał ich wypoczynek, plaża i życie światowca. Ostatniego dnia dostawali esemesem sygnał, gdzie się zgłosić. Najczęściej jechali do centrum handlowego, gdzie czekał na nich człowiek w czerwonej koszulce. Murzyn, innym razem Latynos. Mówili, że są „od Pitera". Dostawali partię kokainy do przewozu. Na początku przemycali narkotyk w woreczkach przyklejonych do ciała. Musieli nosić luźne ubrania. Ale tak można było przywieźć kilka kilogramów.
– Później zaczęli pakować narkotyk do walizek, na bezczelnego – mówią śledczy.
Rekordziści, małżeństwo z Siedlec, przewieźli dwa razy po 20 kg. Mirela S. 21 kg.
Początkowo na Dominikanę lecieli z lotniska we Frankfurcie. Z Niemiec samochodem kokaina jechała do Holandii, gdzie odbierał ją „Nico".  Ale w listopadzie 2011 r. szlak się spalił, bo na niemieckim lotnisku wpadła Anna Z. i jej mąż z 14 kg kokainy. Jadąca z nimi teściowa Zbigniewa K. zachowała zimną krew, przemyciła wtedy 7 kilogramów.
Po tej wpadce Zbigniew Z. zmienił trasę, kurierzy zaczęli korzystać z lotniska w Warszawie. Lecieli do Punta Cana, wyszukując loty czarterowe.
Jednak najpierw wysłano Mirelę S., na rekonesans. – Poleciała na Dominikanę na pusto, miała sprawdzić, jak wygląda kontrola graniczna i celna na lotniskach na Wyspach Azorskich, gdzie miały miejsce międzylądowania. Po sprawdzeniu nowego szlaku wysyłano nim kurierów – wynika z ustaleń śledczych.
Tą drogą, przez lotnisko w Warszawie, kokaina była przemycana aż do listopada 2012 r.

Sypnął i się powiesił

Kopalnią informacji o tym, jak wyglądał proceder, był Daniel P.
Zakup kokainy finansował „Nico", który przywoził pieniądze do domu Zbigniewa Z. lub dawał mu je w Rotterdamie.
– Z. do Punta Cana przywoził jednorazowo po 100 tys. euro – mówi jeden z kurierów.
„Zbyszek mówił, że kilogram kokainy na Dominikanie kosztuje 5 tys. dolarów. W Polsce czy krajach Unii Europejskiej od 35 do 50 tys. euro" – wynika z zeznań Daniela P., przytoczonych w akcie oskarżenia.
Zbigniew Z. miał dostawać od „Nica" 3 tys. euro za kilogram przemyconej kokainy. Z tego połowa szła dla kurierów, resztę zostawiał sobie.
Kurierzy, dotąd bez pracy lub z marnymi pensjami, zarabiali pieniądze, o jakich im się nie śniło. Nie dość, że jeździli na egzotyczne wycieczki, to jeszcze dostawali fortunę: 1500–1700 euro za kilogram tego, co przewieźli.
Małżeństwo z Siedlec na dwóch kursach zarobiło 100 tys. zł. Beata D. chwaliła się, że wyremontowała dom, a córce kupiła laptop.
Ludzie, którzy dotąd ledwie wiązali koniec z końcem, zachłysnęli się poziomem zarobków i wielu, jak się wydaje, do dziś nie ma wyrzutów.
O braku skrupułów świadczy taka scena. – Małżeństwu z Siedlec, które przemyciło dużą ilość kokainy, na sądowym korytarzu policjant z CBŚ na roboczo wyliczył, że gdyby narkotyk podzielić na działki, to tym, co przewieźli, wytruliby całe Siedlce. Nie zrobiło to na nich najmniejszego wrażenia – opowiada jeden ze śledczych.
Głównego procesu nie doczekał Daniel P., który nieoczekiwanie powiesił się w piwnicy domu, w którym mieszkał. ?– Trzy godziny wcześniej rozmawiał z jednym z policjantów, nie zgłaszał żadnych obaw, był w dobrej kondycji psychicznej – twierdzi rozmówca „Rz". Zaraz potem się powiesił.
Przez sądem na procesie trojga kurierów Daniel P. potwierdził swoje zeznania ze śledztwa. M.in. na tej podstawie zostali skazani. Jego śmierć budzi wątpliwości, bada je prokuratura w Mławie.
Dzisiaj oskarżonych czekają wysokie kary. Pierwsza trójka kurierów, która wpadła na Okęciu, już została osądzona. Oskar B. dostał sześć lat więzienia. Monika S. i Kamil S., którzy się przyznali, dwa lata w zawieszeniu na pięć.  Proces pozostałych, w tym Zbigniewa Z., dopiero ruszy. – Nie przyznał się do winy, umniejsza swoją rolę i złożył wyjaśnienia sprzeczne ze zgromadzonym materiałem dowodowym – mówi prok. Mucha-Podlewska.
Z 15 oskarżonych mniej więcej połowa siedzi w areszcie, w tym główny organizator.
Kto krył się za pseudonimami Nico i Generał – do dziś nie wiadomo.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE