Rozmowa "Rz"
Tajemnica Donalda Tuska
Ja powiedziałam do niego „bracie”, on do mnie „siostro” - nigdy – mówi Zyta Gilowska o liderze PO
Rz: Trzeba skończyć z kultem Zyty Gilowskiej, jak chce europoseł PiS Tadeusz Cymański?
Zyta Gilowska, członek Rady Polityki Pieniężnej: Nie wiem, o czym mowa. W ogóle tego nie rozumiem. Tadeusz Cymański jest solidnym socjalistą i bardzo rzadko zgadzaliśmy się ze sobą.
To nie ma kultu Zyty Gilowskiej w PiS?
Nie rozumiem idei kultu jakiejś osoby. Był kult Stalina i Kim Ir Sena w Korei Północnej. Na pewno jest kult Fidela Castro. Co ja mam z tym wspólnego? Nic.
Jarosław Kaczyński doskonale wie, o co chodzi – powiedział w wywiadzie dla „Rz”, że kult Zyty Gilowskiej jest jak najbardziej uzasadniony, bo gdyby nie przeprowadzona przez panią liberalizacja podatków, kryzys byłby znacznie większy. To pani wie mniej niż prezes PiS?
No na pewno. Ale miło mi, że tak otwarcie przyznał mi rację, zresztą nie pierwszy raz. Zwłaszcza że jestem bezpartyjna.
Czyli jaka?
Jedynie przez sześć lat swojego dorosłego życia należałam do jakiejś partii.
W tym cztery lata do Platformy. I nie miałam pojęcia, że w zakładaniu PO brali udział ludzie ze służb specjalnych.
A dowiedziałam się o tym w 2006 roku od jednego z generałów. Który na tyle mnie starannie informował o tym fakcie, że nawet podawał rozmaite szczegóły.
Nie miałam pojęcia, że w zakładaniu PO brali udział ludzie ze służb specjalnych
Generał Gromosław Czempiński mówił o tym, choć dość ogólnie, kilka miesięcy temu.
Ale to akurat nie był ten generał, o którym mówię. Wracając do wcześniejszego pytania. Życie partyjne kojarzy mi się przede wszystkim z książką Leopolda Tyrmanda „Życie towarzyskie i uczuciowe”. Mam nikłe doświadczenie w tej sprawie i reguł rządzących tym życiem nigdy nie starałam się przeniknąć.
Chyba starała się pani, ale materia okazała się oporna.
Materia nie była oporna, tylko mało dla mnie nęcąca. Przypominam, że przez dwa lata byłam jedyną wiceprzewodniczącą głównej partii opozycyjnej.
I siostrą Donalda Tuska?
Niezupełnie, to ja powiedziałam „bracie”, ale on do mnie „siostro” nigdy nie powiedział.
Znalazła pani jakiś klucz do braci Kaczyńskich, że tak panią promują?
Nie potrzeba żadnego klucza. Nasza współpraca układała się znakomicie. Lech i Jarosław Kaczyńscy są klasycznymi mężczyznami ze wszystkimi konsekwencjami tego faktu.
To znaczy?
Są bardzo uprzejmi w stosunku do kobiet, bardzo solidni w działaniu. Są też opiekuńczy. A w zamian oczekują otwartości w relacjach, konsekwencji i lojalności. To bardzo prosta zasada. Tego samego w zamian oczekiwał ode mnie ojciec, mąż, różni mężczyźni w mojej rodzinie. Więc wiem, o czym rozmawiamy.
W podtekście wyczuwam, że Tuska nie uważa pani za takiego klasycznego mężczyznę?
Myślałam, że jest taki. Ale okazał się inny.
Powiedziała pani jakiś czas temu w „Kropce nad i”, że Tusk jest kapryśny i bywa okrutny.
Powiedziałam trochę inaczej: że jako kandydat na prezydenta jest zbyt kapryśny i ma skłonność do okrucieństwa. Nie są to cechy odpowiednie dla sprawowania tego urzędu.
Skoro przestał być kandydatem na prezydenta, to nie jest już kapryśny ani okrutny?
To są cechy charakteru, które się nie zmieniają.
W czym się ta kapryśność przejawia? Że najpierw panią bardzo hołubił, a potem brutalnie doprowadził do pani odejścia z PO, bez słowa „dziękuję”?
„Dziękuję” – no, nie (śmiech). Zresztą czym innym są moje osobiste losy, a czym innym ocena charakterów. Tamto to była prosta gra. I to nie komu innemu, tylko pani jako pierwszej tłumaczyłam ją w wywiadzie. A moja ówczesna decyzja o definitywnym odejściu z PO była spowodowana gwałtowną i bezpowrotną utratą zaufania do osób, z którymi tam pracowałam.
A była to chyba praca bardzo intensywna?
Tak. I to na tzw. różnych polach świadczyłam PO rozmaite przysługi. I w Sejmie, i jeździłam po Polsce, odwiedzając ich regiony, promując najpierw referendum przedakcesyjne, potem referendum akcesyjne, a w międzyczasie kampanię samorządową itd., itp.















