Rozmowa "Rz"
Mówienie o naukowej zapaści USA jest bardzo przesadzone
Z prof. Michałem Kleiberem, prezesem Polskiej Akademii Nauk o poziomie nauki na świecie rozmawia Piotr Kościelniak
Chiny w górę. Gonią naukę amerykańską. Za to Rosja w dół. Wygląda na to, że naukowe bieguny świata zmieniają miejsce.
prof. Michał Kleiber: Diagnoza, że chińska produkcja naukowa rośnie i że za na przykład dekadę kraj ten okaże się światowym liderem pod względem liczby publikacji, wydaje mi się bardzo prawdopodobna. To wynika z dwóch powodów. Po pierwsze, Chińczycy zrozumieli, że jest silna korelacja między potencjałem naukowym a rozwojem kraju. To wydaje się oczywiste – ale tylko przy założeniu istnienia rzeczywistej chęci państwa do skutecznego wspierania i wykorzystywania osiągnięć naukowych. I tu kryje się druga przyczyna prawdopodobnych sukcesów Chin w przyszłości: mogą one – i udowadniają od lat, że tego chcą – w każdej chwili przekazać olbrzymie kwoty na rozwój nauki. To wiąże się oczywiście z systemem politycznym tego kraju, czego nie chciałbym tu komentować. To zupełnie inaczej niż w krajach w pełni demokratycznych, w których poszczególni politycy mogą mówić, że inwestycje w naukę są kluczowo ważne, ale później niewiele z tego wynika. A chińskie władze najwyraźniej postanowiły, że kraj ma być naukową potęgą i działają według przemyślanego planu. Niebawem w Chinach wydatki na naukę sięgną 2 procent PKB, podczas gdy w Unii Europejskiej stanowią one dzisiaj średnio około 1,9 procent i od lat nie rosną, mimo iż strategia lizbońska przewidywała w roku 2010 osiągnięcie poziomu 3 procent PKB. Polska ze swoim finansowaniem badań na poziomie 0,6 procent PKB jest wymownym dowodem, że wypowiedzi polityków na temat znaczenia badań to jedno, a realia polityczne to coś zupełnie innego.
Ale przecież często mówi się, że Azjaci nie chcą prowadzić oryginalnych badań, zajmują się za to modyfikacjami już istniejących technologii.
Rzeczywiście do oceny nauki bardziej liczą się cytowania prac i kupowane na świecie patenty niż liczba publikacji. Raczej wątpię, żeby pod względem cytowań Chiny znalazły się w ścisłej światowej czołówce w ciągu najbliższych lat. W modelu azjatyckim, praktykowanym od lat przez wiele krajów tego regionu, kładzie się większy nacisk na udoskonalanie istniejących osiągnięć niż na oryginalność własnych. Choć trzeba przyznać, że Chiny mądrze rozwijają dzisiaj także badania podstawowe, często prowadzone pod kierunkiem wybitnych uczonych chińskiego pochodzenia sprowadzanych z USA. To niezwykle ciekawe, że niebogaty w końcu kraj potrafi oferować naukowcom atrakcyjne warunki finansowe i możliwości prowadzenia badań na najwyższym światowym poziomie. Niestety, w Polsce trudno to sobie wyobrazić. A Chiny potrafią na to znaleźć środki – uznały po prostu, że szeroko rozumiana nauka jest niezbędna do stabilnego rozwoju.
A co z USA? Już kilka lat temu przy okazji nagród Nobla mówiło się, że Ameryka traci pozycję lidera.
To jest w istocie część większego problemu – czy USA zachowają pozycję jedynego supermocarstwa. Nie przesądzając tej sprawy trzeba przyznać, że tradycja amerykańska sprzyja rozwojowi nauki jak w żadnym innym kraju. Amerykanie są mobilni, skłonni do ryzyka, mają rozwiniętą kulturę szacunku dla ludzkiej kreatywności, niezrównane bogactwo czołowych uniwersytetów, sprawnie funkcjonuje system kredytów na działalność badawczą. I mimo zupełnie średniego poziomu edukacji szkolnej w nauce są dzisiaj najlepsi. Około 150 uniwersytetów badawczych o najwyższym światowym poziomie jest gwarancją utrzymania wiodącej pozycji nauki amerykańskiej w nadchodzących latach. Innymi słowy, mówienie o naukowej zapaści USA jest bardzo przesadzone.
Czy Ameryce nie przeszkadzała konserwatywna polityka poprzedniego prezydenta?
To jest pytanie, na ile tradycja i przekonania religijne wpływają na zdolność społeczeństw do podejmowania wyzwań badawczych – w szczególności w zakresie współczesnej biomedycyny. W USA za czasów prezydenta George'a W. Busha był na przykład problem z zarodkowymi komórkami macierzystymi (istniejący w wielu krajach, także w Polsce). Ale już go tam nie ma. Bush zakazał badań nad takimi komórkami finansowanych z budżetu federalnego. W związku z tym na przykład w Kalifornii na badania nad komórkami macierzystymi poszły ogromne pieniądze prywatne i stanowe – przyznane w referendum przez obywateli stanu. Taki dowód poparcia dla nauki ze strony społeczeństwa jest trudny do wyobrażenia na przykład w naszym kraju. Powtarzam więc, że amerykańska nauka nie jest w tarapatach. Jest raczej tak, że inne kraje gonią USA, co jest naturalnym efektem procesów globalizacyjnych z jednej strony, a uznania dla znaczenia nauki przez wiele krajów z drugiej.















