Rozmowa "Rz"
W wagonach byliśmy głodzeni i bici przez SS
Jerzy Kowalewski, żołnierz podziemia, były więzień obozów
Rz: Korzystał pan podczas wojny z „usług” niemieckich kolei?
Jerzy Kowalewski: Tak. Trzy razy. Byłem bowiem więziony w trzech obozach: Auschwitz, Gross-Rosen i Dachau. Do Auschwitz jechałem prosto z Pawiaka. Do wagonu bydlęcego władowali nas na Warszawie Głównej. 70 – 100 chłopa do wagonu. Staliśmy strasznie stłoczeni, nie było nawet miejsca, by usiąść. I tak jechaliśmy noc, dzień i noc. Dopiero następnego dnia przyjechaliśmy do Auschwitz.
Co wam w tym czasie dali do jedzenia?
Nic! Nie dali też nic do picia, a potrzeby trzeba było załatwiać pod siebie. Ucieczka była niemożliwa. Na dachu, z przodu i z tyłu wagonu, siedziała eskorta SS. Gdzieś koło Piotrkowa Niemcy nabrali podejrzeń, że ktoś z wagonu chce zbiec. Otworzyli drzwi, wpadli do środka i zaczęli wszystkich bić. Kolbami, gumowymi pałami i pięściami. Do krwi.
Pozostałe dwie podróże kolejami Rzeszy wyglądały podobnie?
Druga tak, ale za trzecim razem, gdy wywozili mnie do Dachau – było to w 1944 roku – Niemcy nie mieli już taboru. Wsadzili nas do zwykłych osobowych wagonów trzeciej klasy! Ale poza tym „komfortem” było to samo co poprzednio. Surowy reżim, po kilkunastu chłopaków w przedziałach, wszędzie esesmani. Gdy już byłem w Dachau, na początku 1945 roku, przyjechał tam pociąg z więźniarkami z Ravensbrück. Otworzyli wagony, a tam góry trupów! Musieli wieźć te kobiety kilka tygodni i zagłodzili transport. Wynosiliśmy je z pociągu na rękach.
Uważa pan, że niemieckie koleje powinny się rozliczyć ze swojej pomocy Hitlerowi, zadośćuczynić ofiarom?
Wielu więźniów obozów znajduje się w trudnej sytuacji. Niedawno widziałem się z jednym kolegą. Ma 90 lat i ledwo się rusza. Nie ma pieniędzy na leki. Inny, który jeszcze niedawno normalnie funkcjonował, nie wstaje z łóżka. Na pewno tym ludziom przydałaby się pomoc. Mam jednak wrażenie, że Niemcy czekają, aż my wszyscy wymrzemy. Nie będzie ofiar – nie będzie kłopotu.















