Rozmowa "Rz"
Połowa zbadanych wirusów grypy to A/H1N1
O świńskiej grypie w Polsce z prof. Andrzejem Zielińskim, krajowym konsultantem ds. epidemiologii rozmawia Sylwia Szparkowska
Czy rzeczywiście wykrywamy wszystkie przypadki zarażenia świńską grypą, do których dochodzi w Polsce?
Prof. Andrzej Zieliński: Prawdopodobnie nie. W systemie sentinel, który służy do sprawdzania ile jest „grypy w grypie” ponad połowa wirusów grypy to odmiana AH1N1. To oznacza, że wśród wirusów które przebadaliśmy dla celów naukowych, więcej jest wirusów świńskiej grypy, niż grypy sezonowej. Problem w tym, że te dane nie są do końca reprezentatywne.
Dlaczego?
Badamy zaledwie niewielką część próbek od ludzi, u których lekarze podejrzewali grypę. Wirus grypy potwierdziliśmy u kilkunastu osób, z czego połowa miała wirus AH1N1. Wiemy na tej podstawie, że świńska grypa w społeczeństwie polskim się rozprzestrzenia, ale nie mamy pewnych informacji, jak jest częsta. Przy tak małej reprezentacji, margines błędu jest bardzo duży.
Kilkanaście próbek grypy, które państwo zbadali, to chyba szokująco mało, jak na ogłoszoną przez WHO pandemię i epidemię za naszymi granicami…
W Polsce sytuacja też gwałtownie się pogarsza. Zachorowań na grypę i choroby grypopodobne było w pierwszym tygodniu listopada trzy razy więcej, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mieliśmy teraz święto zmarłych, ludzie spotykali się z rodzinami, co sprzyjało rozprzestrzenianiu się choroby. Poza tym nagłośnienie epidemii za naszymi granicami mogło spowodować, że lekarze chętniej informują o podejrzeniu grypy u swoich pacjentów. Żadne z tych zjawisk nie powinno jednak doprowadzić do tak gwałtownego wzrostu zachorowań na grypę. Poczekajmy jeszcze tydzień. Wtedy będziemy wiedzieli, czy ta wzrostowa tendencja się utrzyma.
Czy można oceniać, że ten gwałtowny wzrost zachorowań w listopadzie, jeszcze przed szczytem grypowym, jest spowodowany rozprzestrzenianiem się wirusa AH1N1?
Można tak założyć, chociaż trudno coś mówić odpowiedzialnie na podstawie kilkunastu przebadanych próbek.
Dlaczego badane jest ich tak mało?
Jesteśmy w stanie w ciągu dwóch tygodni uruchomić system epidemiczny na podstawie którego można oceniać zachorowania na grypę bardziej odpowiedzialnie. W każdym województwie powinny istnieć trzy-cztery punkty, by można było sprawdzić, jak grypa rozprzestrzenia się w dużych miastach, a jak w małych miejscowościach i na wsi. Ale na razie system nie jest on wdrożony. Brakuje pieniędzy.
Ile taki system by kosztował?
Sporo. Przynajmniej kilka milionów.
Kilka milionów?! To przecież nie jest tak dużo. Przy szczepionkach mówimy o kwotach rzędu 100, może 200 milionów!
Ale szczepionki, leki mają na celu pomoc ludziom. System epidemiczny ma cel naukowy. Dlatego tak trudno znaleźć na niego pieniądze.
Może pomógłby rozwiązać spory, które teraz się toczą wokół grypy. Aż trudno uwierzyć, że decyzje są podejmowane „w ciemno”.
Na pewno pozwoliłby nam bardziej odpowiedzialnie oceniać sytuację. Mamy dobre laboratoria, GIS i Ministerstwo Zdrowia zrobiły duży wysiłek, by je wyposażyć. Do dopięcia całego systemu brakuje nam już tylko kilku elementów.
-rozmawiała Sylwia Szparkowska















