Odbudujmy Armię Krajową

aktualizacja: 23.11.2013, 20:49
Amerykańska Gwardia Narodowa wykorzystywana jest nie tylko w czasie kl...
Amerykańska Gwardia Narodowa wykorzystywana jest nie tylko w czasie klęsk żywiołowych. Na zdjęciu podczas ewakuacji jednego z nowojorskich szpitali w październiku 2012 r.
Foto: AFP/Stan Honda

W tej chwili jesteśmy bezbronni
– mówi profesor Akademii Obrony Narodowej Józef Marczak.

Polska jest jednym z niewielu krajów, które nie mają wojsk obrony terytorialnej. Tej roli nie spełniają Narodowe Siły Rezerwowe, nad których reformą pracuje zespół powołany w AON. Z naukowcem, który w nim zasiada, znawcą tematyki obrony terytorialnej, rozmawiamy o pomysłach na jej przywrócenie.
Rz: Gdyby teraz wybuchła wojna, a Polska stała się celem ataku, bylibyśmy w stanie się obronić?
prof. Józef Marczak, wydział bezpieczeństwa narodowego AON: Nie. Bo naszej armii do skutecznej obrony brakuje powszechności. Brakuje armii gotowej do obrony ojcowizny w czasie pokoju, kryzysu i wojny – której pierwowzorem była Armia Krajowa. Nasza armia oparta jest tylko na miniaturowych wojskach operacyjnych opartych na służbie zawodowej. Nie jest zdolna do odstraszania, obrony, a nawet ochrony niektórych obiektów.
A może nic nam nie grozi?
Do niedawna tak naiwnie myślało wielu polityków. Twierdzili, że wystarczy tylko być w NATO. Od 2008 roku nieco to się zmienia. Przełomem była wojna Rosji z Gruzją. Wielu uświadomiło sobie, że o bezpieczeństwo trzeba dbać. Nie możemy zapominać, że po incydencie przy ambasadzie Rosji 11 listopada, w tym kraju pojawiły się głosy: „jeżeli oni nie są w stanie sami zapewnić bezpieczeństwa naszym placówkom, to my możemy to zrobić sami". A gdyby doszło np. do uszkodzenia gazociągu z Rosji na Zachód? Mamy gotowy pretekst do interwencji zbrojnej.
Józef Marczak: W różnych organizacjach paramilitarnych działa 600–800 tys. osób
Trzeba rozbudowywać zdolności obronne armii, modernizować ją, wzmacniać jej siłę. Każda złotówka wydana dzisiaj na wojsko to kolejny dzień pokoju w przyszłości, zgodnie z regułą: si vis pacem, para bellum (chcesz pokoju, szykuj wojnę).
Czego brakuje naszej armii?
Od czasu Piastów armia przygotowana do obrony składała się z dwóch komponentów. Pierwszy stanowiły wojska operacyjne – w tamtych czasach to była drużyna królewska, a później chorągwie, a drugi armia, która broniła konkretnego terytorium – grodów, przepraw i ciaśnin terenowych.
Teraz mamy tylko jeden komponent  – wojska operacyjne, które są zminiaturyzowane. Te trzy dywizje, które posiadamy, i kilka brygad, są zdolne do uderzenia i obrony na obszarze wielkości powiatu. Naszym głównym problemem jest to, że nie jest realizowany obowiązek szkolenia wojskowego młodzieży i rezerwistów.
Tak, ale powstały Narodowe Siły Rezerwowe – one częściowo mają spełniać takie zadania.
NSR zbudowane zostały na podstawie modelu wsparcia dla brytyjskich wojsk ekspedycyjnych. Nawet jeżeli będą one liczyły 20 tys. rezerwistów – co jak wiemy, na razie się nie udaje – to jest nic w porównaniu z potrzebami obrony Polski. Już np. w 1920 roku potrzeba było zmobilizować ponad 1 mln żołnierzy.  W Wielkiej Brytanii w armii czynnej jest ok. 170 tys. żołnierzy zawodowych i dodatkowo tyle samo ochotników skupionych w Armii Terytorialnej.
Pięciomilionowa Finlandia ma siły zbrojne składające się z 60 tys. żołnierzy wojsk operacyjnych i 230 tys. wojsk obrony terytorialnej. Szwedzka Gwardia Krajowa Hemvarnet liczy 600 tys. żołnierzy.
Tak samo zbudowane są armie Szwajcarii, Izraela, Norwegii czy USA. W naszym przypadku proporcje sił, jakimi dysponujemy, do obszaru kraju, wypadają zdecydowanie niekorzystnie. Największym zagrożeniem jest w tej chwili nasza bezbronność.
System obrony terytorialnej nie istnieje.
Tak. Koncepcja odtworzenia wojsk obrony terytorialnej powstała w latach 90. Pod koniec lat  90. sformowano szereg brygad Obrony Terytorialnej. Projekt ten został jednak zatrzymany i zniweczony w 2007 r. Ówczesny minister obrony (Bogdan Klich – red.) założył, że Polsce nic nie zagraża. Uznał, że wystarczy tylko uzawodowienie armii i ograniczony do minimum system szkolenia wojskowego rezerwistów. Pod względem lekkomyślności państwowej jesteśmy ewenementem na skalę światową.
Resort obrony wyprzedaje też infrastrukturę po zlikwidowanych jednostkach.
To też jest nieprzemyślany ruch. Bo mogłaby stanowić bazę logistyczną dla oddziałów obrony terytorialnej. W ostatnich latach sprzedanych zostało 20 proc. obiektów, czyli 138 kompleksów wojskowych. Niedawno Niemcy też zmniejszały liczbę garnizonów, ale poprzez ich komasację z zastrzeżeniem, że nie można likwidować małych i najmniejszych garnizonów. Niemcy doskonale wiedzą, że garnizon: koszary, plac ćwiczeń, podobnie jak szpitale, szkoły, urzędy – to jeden z fundamentów silnego państwa.
Na Zachodzie koszary są traktowane jako miejsce do ewakuacji w przypadku katastrofy czy klęski żywiołowej. Przypomnę, że w 1995 roku to w koszarach 1. Brygady OT zakwaterowano osoby ewakuowane z wieżowca, który został zniszczony w Gdańsku w wyniku wybuchu gazu.
Państwo masowo ogranicza szkolenie rezerwistów. W latach 2007–2011 praktycznie ono się nie odbywało. Za to młodzi ludzie mocno angażują się w działalność w organizacjach paramilitarnych.
To prawda, masowo powstają stowarzyszenia, które same prowadzą szkolenia wojskowe. Mamy kilka tysięcy osób w organizacjach Strzelca, kilkadziesiąt tysięcy harcerzy, Legię Akademicką, która organizuje podstawowe szkolenie. W 220 szkołach ponadgimnazjalnych, w tzw. klasach mundurowych, jest 20 tys. uczniów.
Niedawno do Polski przyjechał Drago, były komandos Neavy Seals. Na strzelnicy prowadził szkolenie taktyczno-strzeleckie wraz z komandosami GROM. Świetnie wyszkoleni żołnierze wojsk specjalnych też ciągle doskonalą swoje umiejętności, ale poza armią. Jaka jest skala takich działań?
Szacujemy, że w różnych organizacjach działa 600– 800 tys. osób. Taki mamy potencjał samoorganizacji paramilitarnej.
Ale nikt nie koordynuje ich działań, chociaż wiele organizacji współpracuje z garnizonami. Czy można sformalizować ich działalność, aby funkcjonowały one w strukturach państwowych?
Skala ochotniczych działań jest budująca. Rolą państwa jest wykorzystanie tego entuzjazmu. Dzisiaj trzeba robić wszystko, aby „wmontować" je w lukę, która powstała po tzw. profesjonalizacji armii. Wykorzystać te wzory, które są np. w Wielkiej Brytanii, Szwecji czy USA, jak również w II RP. Sztab Generalny powinien ustalić standard podstawowego wyszkolenia wojskowego i powinno być ono realizowane przy wsparciu garnizonów. Absolwent szkoły czy student powinien mieć możliwość przejścia krótkiego, kilku-, kilkunastotygodniowego podstawowego szkolenia wojskowego i otrzymać, jak to było przed wojną, stopień strzelca piechoty.
Na bazie tych rezerwistów można tworzyć oddziały obrony terytorialnej?
Powinniśmy odbudowywać Armię Krajową. Notabene przedstawiciele Światowego Związku Żołnierzy AK w 2000 r. w liście przesłanym do ówczesnego ministra obrony Bronisława Komorowskiego napisali: „wyrażamy przekonanie, że wielkie doświadczenie organizacyjne, bojowe i wychowawcze Armii Krajowej oraz wielki jej prestiż wśród naszego społeczeństwa mogą i powinny być przeniesione i wykorzystane w tworzeniu systemu Obrony Terytorialnej". Jednostki te powinny być budowane w oparciu o lokalną tradycję i historię, niech nawiązują też do Batalionów Chłopskich czy Narodowych Sił Zbrojnych. Ten czynnik budowy tożsamości ma duże znaczenie w wojsku. Bo ludzie chcą się identyfikować z państwem, swoją miejscowością i konkretną lokalną tradycją.
Jak miałaby powstawać AK?
Powinna być oparta na Wojskowych Komendach Uzupełnień, które działają w niemal wszystkich powiatach, na garnizonach czy szkołach wojskowych. Powiat powinien być pierwszym szczeblem organizacji wojskowej – tak było w Polsce kilkaset lat temu, i tak jest zbudowana np. struktura przestrzenna amerykańskiej Gwardii Narodowej. Lokalne oddziały usytuowane są w hrabstwach. Z badań wynika, że ludzie identyfikują się z ojcowizną, chcą bronić swoich znajomych czy wspierać ich w sytuacji kryzysowej.
AK można by wykorzystywać przy likwidacji klęsk żywiołowych?
Tak, dlatego takie jednostki powinny być wyposażone np. w łodzie ratunkowe na terenach zagrożonych powodzią czy urządzenia do likwidacji skażeń w rejonach rozmieszczenia zakładów chemicznych.  Z doświadczeń wielkiej katastrofy w Nowym Orleanie wynika jednak, że tego typu jednostki najbardziej były potrzebne do utrzymywania porządku i ochrony dobytku i mienia. Po przejściu huraganu Katrina w 2005 r., w mieście, które jest wielkości Wrocławia, działania ratowniczo-porządkowe prowadziło ok. 50 tys. gwardzistów.
Czy państwo stać na tworzenie jednostek Armii Krajowej?
Amerykańska Gwardia Narodowa w czasie pokoju liczy ok. 360 tys. żołnierzy. A jej wydatki kształtują się na poziomie 2,6 proc. wydatków na całą obronę. Nasz Sztab Generalny, który opracowywał kalkulację funkcjonowania Obrony Terytorialnej na początku tego wieku, szacował, że jej budżet wyniesie ok. 6 proc. wydatków na obronę. Z punktu widzenia ekonomicznego to nie jest zatem drogie przedsięwzięcie.
Przypomnijmy, że w warunkach okupacji niemieckiej, przy braku broni, kadry i pieniędzy udało się społeczeństwu zbudować Armię Krajową. Jak podawał komendant główny AK gen. Bór- -Komorowski, pod koniec lata 1944 roku liczyła ona 380 tys. zaprzysiężonych żołnierzy plus kilkaset tysięcy wspierających ją ochotników.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE