List jak weneckie lustro

aktualizacja: 26.10.2013, 16:00
„Listy do Tymona Terleckiego 1956–1961” oprac.  N. Taylor-Terlecka Bib...
„Listy do Tymona Terleckiego 1956–1961” oprac. N. Taylor-Terlecka Biblioteka „Więzi”
Foto: Rzeczpospolita

Gdyby Andrzej Bobkowski nie wyjechał do Gwatemali, być może napisałby więcej książek. A tak zmuszony był pisać listy. Nie jest wcale pewne, co okazałoby się lepsze dla polskiej literatury.

Choć Bobkowski zawsze chciał się uważać przede wszystkim za pisarza,  do historii literatury i, co pewnie ważniejsze, do świadomości czytelników, wszedł dzięki swym tekstom konfesyjnym. I jeśli dziś mówi się o fenomenie tego artysty, to właśnie dzięki jego tekstom autobiograficznym i publikowanej wciąż korespondencji.
Epistolografia Bobkowskiego wyrasta zarówno z tradycji oświeceniowej, jak i romantycznej. Ta pierwsza każe w listach wykraczać poza doraźny horyzont interesów i spraw bieżących – ku poznaniu, ku diagnozom społeczno-politycznym, ku filozofii wreszcie; ta druga nakazuje dawać świadectwo stanom egzystencjalnym i emocjonalnym, dozwala na ujawnianie wątków życia osobistego – nawet na granicy plotki. Ale jest też Bobkowski, jako epistolograf, dzieckiem swego wieku: jego listy mają często zmąconą gatunkowo naturę – przyjmują z nagła kształt fabularny, skrzą się towarzyskimi i obyczajowymi anegdotami, przekształcają się znienacka w esej – pełen rozmaitych rozważań i refleksji uogólniających (dotyczących polityki i życia kulturalnego, wreszcie diagnoz cywilizacyjnych).

Znamy się tylko z pisania

W listach wybucha też cała złożoność natury Bobkowskiego. I dlatego tak fascynująca jest ich lektura. Bo list, pisany uważnie, jest zawsze rozmową, rodzajem intensywnego dialogu. Uczeni powiadają, że to odbiorca modeluje epistolarną narrację – to znaczy, że wobec konkretnego czytelnika listu jego autor przyjmuje konkretną rolę, a czasami wręcz zakłada maskę. To w konsekwencji kształtuje zarówno treść, jak i styl wypowiedzi.  Ale jednocześnie jest list emanacją osobowości jego autora. To jak patrzenie przez weneckie lustro: widać przezeń przede wszystkim tego drugiego, do którego się zwraca i którego się obserwuje, ale jednocześnie w tafli odbija się śladowo, cieniem, jakby w powidoku, osoba samego obserwatora, tego, który patrzy. W liście autor przygląda się więc również sobie samemu, rozmawia z sobą, a w konsekwencji zadaje też sobie pytania najważniejsze – o własną tożsamość, postawę, wartości, które są dlań istotne, rozważa swe życiowe sukcesy i porażki, zwierza się z wątpliwości i dylematów, jednym słowem – toczy skomplikowany niejednokrotnie (bo powikłany, polemizujący) dialog wewnętrzny. Listy Bobkowskiego, rozbudowane, meandrujące treściowo, przypominające miejscami wyrafinowane soliloqium (wewnętrzną rozmowę ze sobą), są więc także ekscytującą opowieścią o nim samym.
Bobkowski prowadził bogatą – i niezwykle ciekawą w sensie opowiadanych w niej fabuł – korespondencję (czeka ona zresztą wciąż na opublikowanie) przede wszystkim z rodziną – jeszcze w czasach tuż przed II wojną światową, kiedy wyjechał z żoną Barbarą do Francji. Jednak dopiero po opuszczeniu przez Bobkowskich Europy w 1948 i osiedleniu się w Gwatemali przyjmuje ona kształt naprawdę intrygujący. To zresztą zrozumiałe:  w Gwatemali autor „Szkiców piórkiem" cierpi na brak partnerów do rozmowy, rekompensuje to sobie zatem iście szaleńczą skalą korespondencji. Ale to jednocześnie namiastka uczestnictwa w prawdziwym życiu intelektualnym i towarzyskim. Bobkowski uwielbiał bowiem życie intensywne – można by rzec, że postrzegał je zarówno w kategoriach przygody. Podobnej intensywności łaknął w kontaktach intelektualnych, choć od miana intelektualisty raczej się odżegnywał i – więcej – salonowymi intelektualistami pogardzał. O sobie lubił mawiać, że równie dobrze pływa jak myśli. Oddalenie od Europy, choć sam je przecież wybrał – potrzeby tej drugiej intensywności nie mogło zaspokoić. Stąd pewnie i ten żarliwy ton, pasja obecna w licznych listach, które czynią je tak zajmującymi.
Z kimże zatem Bobkowski z dalekiej Ameryki Środkowej nie korespondował: Giedroyc, Iwaszkiewicz, Tymon Terlecki, Hłasko, Andrzej Chciuk, Grydzewski, Aniela Mieczysławska, Wierzyński, Jerzy Turowicz, Wańkowicz, Wilhelm Mach i wielu innych; imponujący zestaw. Poza tym oczywiście przesyłki rodzinne, w tym chyba najważniejsze – do matki do Krakowa, z którą łączyły Bobkowskiego relacje podobnie bliskie do tych, jakie ongiś istniały pomiędzy Juliuszem Słowackim a Salomeą.
Co ciekawe i niezwykłe zarazem – można wręcz mówić o epistolarnych przyjaźniach, jakie zawiązują się między Bobkowskim a jego respondentami. Z Mieczysławską, Terleckim czy Giedroyciem pisarz spotykał się wszak incydentalnie, ledwie kilka razy, praktycznie nie znali się osobiście, a jednak znali się doskonale – właśnie poprzez listy.
Korespondencja z Gwatemali pokazuje Bobkowskiego jako człowieka w drodze, w poszukiwaniu siebie samego, w nigdy niezakończonym wysiłku budowania tożsamości.  Pewne aksjomaty da się jednak wyznaczyć, choćby właśnie dzięki listownym zwierzeniom. Od Oscara Wilde'a (którego uwielbiał) bierze pisarz błyskotliwe i sarkastyczne (miejscami na pograniczu cynizmu) poczucie humoru, na lekturach Conrada wznosi swój fundament etyczny. Dyskretnie zarysowuje się głęboka i jakby naturalna (choćby przejawiająca się w potrzebie zwykłej modlitwy) wiara pisarza; jej kształt dojrzewa jeszcze w czasach postępującej śmiertelnej choroby – co zrozumiałe – ale nigdy, na szczęście, nie dociera w rejony egzaltacji czy dewocji.
Z lektury listów Bobkowskiego wyłania się wizerunek człowieka, który stara się umykać – za wszelką cenę – dogmatyczności. W pewnym sensie – umykać przed przyprawianiem mu gęby, w Gombrowiczowskim rozumieniu. Dlatego – gdyby się zabawić, pół żartem, pół serio, w grę wyobraźni, że oto zawiązuje się w czasach dzisiejszych jakaś formacja w stylu Frontu Jedności Narodu (a osobliwie front jedności artystów), to właśnie Andrzej Bobkowski mógłby być jej patronem. Wszyscy bowiem – liberałowie, konserwatyści i socjałowie – znajdą w jego listach natchnienie, inspirację oraz ślady swych własnych światopoglądów. Siebie samego pisarz lubił charakteryzować jako Kosmopolaka (wzorem swego mistrza duchowego – Conrada, patrz „Biografia wielkiego Kosmopolaka", „Kultura" 1960, 9/155) – czyli emigranta, który na pierwszym miejscu stawia nie tyle polskość, ile wartości uniwersalne.
Choć korespondencja Andrzeja Bobkowskiego jest bardzo obfita i zróżnicowana, bo każdego ze swoich respondentów traktuje inaczej, da się w niej jednak wyróżnić kilka tematów wiodących, da się również zarysować przyjmowane przezeń strategie postaw.
Ponad wszystko ceni sobie Bobkowski prawo do wolności (rozumianej też jako niezależność) – stąd zapewne i decyzja, by opuścić Europę – zagrożoną, jak widział to pisarz, komunizmem, kolektywizacją życia przejawiającą się w rosnącym wpływie państwa na los jednostki i społecznej wspólnoty, skompromitowaną upadkiem wartości (czego świadectwem czasy wojny i czasy tuż powojenne). Dlatego też dumnie (i poniekąd ironicznie) pisze do Jarosława Iwaszkiewicza: „Tobie zapisuję Europę" (tak brzmi zresztą tytuł książki zbierającej ich korespondencję).
A znów w liście z 1956 roku do W. Jekiela powiada: „w 48 roku [kiedy wyjechał z żoną Barbarą do Ameryki Środkowej] oderwałem się od wszystkich rzeczy na emigracji, od zapewnionego chleba »przy« i »koło« [...] Nie starałem się do niczego »doczepić«, odmówiłem współpracy Wolnej Europie, bo chciałem i musiałem być wolny. Wolałem zapłacić siedmioletnim milczeniem, nienapisaniem ani jednej linijki [...], ale dopracowałem się potworną pracą niezależności. Mogę sobie o każdej godzinie dnia spojrzeć w lustro [...] i powiedzieć: »nie skurwiłeś się ani na cal«".

Robinson z Gwatemali

Miał przy tym Bobkowski też oryginalny i przemyślany wizerunek własnego losu: „Uwolniony od dawna od Polski nigdy nie uważałem się za Emigranta – pamięta Pan, jak mówiłem, że uważam się po prostu za włóczęgę" (w liście do J. Giedroycia). Wypada w tym miejscu dodać, że ów „włóczęga" Bobkowskiego nie ma niczego wspólnego z postmodernistycznymi koncepcjami (np. opisywanymi przez Z. Baumana), jest raczej pielgrzymem – tak jak to w swych pismach ujmował Jerzy Stempowski – czyli poszukiwaczem wartości, wybierającym samotne opisywanie świata.
Wybór wolności ma jednak zawsze swoją cenę. Dla Andrzeja Bobkowskiego była nią ciężka, a niekiedy wręcz katorżnicza praca, by utrzymać siebie i żonę. Żyli w Gwatemali nadzwyczaj skromnie, niekiedy wręcz na pograniczu ubóstwa; dopiero ostatnie lata życia pisarza przynoszą jako taką stabilizację finansową. Jan Zieliński, edytor listów Bobkowskiego i Giedroycia, tak jednoznacznie charakteryzuje ówczesne wysiłki Bobkowskiego: „Niczym drugi Robinson, tyle że wspierany przez dzielną małżonkę [...] osiada bez zabezpieczenia finansowego w nowym, nie całkiem ucywilizowanym kraju i pokazuje, jak w ciągu paru lat można, nauczywszy się miejscowego języka, dojść do własnej firmy w pionierskiej dziedzinie, stanąć na nogi i uzyskać pełną samodzielność, a nawet czas na ulubione pisanie, zaś przy okazji kursów modelarskich wszczepić młodym Gwatemalczykom zasady demokracji, kultury i wolnego rynku".
Bobkowski tymczasem stara się utrzymać fason w korespondencji z adresatami listów spoza rodziny. Pisze o dobrodziejstwie kapitalizmu, który wymusza konkurencyjność, a wartość wolnego rynku widzi w potrzebie indywidualnej aktywności i ciągłej czujności inwestora, za jakiego sam się uznaje. Część jego poglądów – tych bardziej liberalnych – przyćmiłaby zapewne dzisiejsze rozpoznania Leszka Balcerowicza, jest bowiem na przykład przeciwnikiem obowiązkowych społecznych ubezpieczeń, a w znanym tekście „Na tyłach" (tezę tę, przetworzoną stylistycznie, powtarza również w listach) pisze wręcz: „ Jestem nareszcie wolny, tak wolny, iż mogę nawet swobodnie umrzeć z głodu. Pozwolą mi. I to jest najwspanialsze uczucie".
W korespondencji do Giedroycia czy Mieczysławskiej nie kryje własnych kłopotów finansowych, ale jednocześnie zbywa je ogólnikami w rodzaju – jest ciężko, ale jakoś radzimy sobie, walczymy, damy radę... Dopiero w listach rodzinnych, osobliwie do matki (której znów oszczędza analiz), obnaża się z wątpliwościami oraz refleksjami bardziej osobistymi. Tu już nie ukrywa własnej mizerii finansowej, nie kryje się z krytyką niektórych „wilczych reguł" kapitalizmu oraz patologii, zwłaszcza tych, które obserwuje w świecie latynoskiej cywilizacji. Zwierza się już bez cienia kamuflażu ze swej kiepskiej sytuacji  bytowej: „Pracuję dalej i każdy mój wysiłek poświęcam Bogu, jak modlitwę; tylko to dodaje mi sił, choć nieraz ogarnia niezmierzona ochota plunąć na to wszystko, położyć się spać". Opisuje dramatycznie jedną z wigilii gwatemalskich: „Połamaliśmy się opłatkiem i popłakali. Okropnie smutno nam było. Potem Basia dała barszcz, na drugie puszka »sardines aux aromates« z chlebem, a na trzecie trochę suszonych owoców i herbata".
Jest Bobkowski mimo wszystko piewcą wolnego rynku (jego jasnych i ciemnych stron sam w końcu doświadczył), ale i krytykiem rozwarstwienia społecznego (na przykładzie Gwatemali właśnie) – gdzie dostrzega rażącą dysproporcję pomiędzy bogatymi i biednymi; jest zwolennikiem w miarę przejrzystych reguł prowadzenia biznesu, ale jednocześnie umiarkowanie zaangażowanym krytykiem społecznych niesprawiedliwości. Jego rozpoznania ideowe przypominają w sumie znany (i poniekąd humorystyczny) koncept Leszka Kołakowskiego – syntetyzujący wszystkie możliwe postawy – od konserwatyzmu po lewicowość. Opowieść Bobkowskiego o jego sprawach zawodowych, o drenującej z sił pracy, o zmaganiach z prozą codziennego życia jest zarówno fascynująca, jak i mocno depresyjna. Można bowiem sobie tylko wyobrażać, co autor „Szkiców piórkiem" mógłby jeszcze napisać, gdyby dysponował większym zasobem wolnego czasu i nie bywał tak zwierzęco przemęczony.

Zachwycony i przejęty

Strategię różnicowania swych epistolarnych narracji w zależności od tego, kto jest jego respondentem, Bobkowski stosuje, omawiając inne wątki niż te prywatne. Z Tymonem Terleckim piszą do siebie głównie o samych zagadnieniach literackich (choć znajdzie się tu i garść anegdot o Kisielu). Z Jerzym Giedroyciem zaciekle omawia sprawy polityczne (miał Bobkowski zacięcie politologiczne i jak każdy szanujący się inteligent umiał interpretować bieżące wydarzenia); kłóci się, spiera i dyskutuje kwestie emigracyjne, pisze o literaturze i sztuce (nierzadko formułując bezkompromisowe sądy), sprawozdaje wreszcie swe życie niemalże „w krótkich żołnierskich słowach". Bo to właśnie Giedroyc, jak pisze Jan Zieliński, przejął rolę „mentora i opiekuna literackich i wydawniczych  poczynań. To Giedroyc spełnił [...] oczekiwania: dał Bobkowskiemu stałą trybunę w postaci łamów »Kultury«, przysyłał regularnie i w dużych ilościach, nie bacząc na koszta, krajowe pisma i książki, dopingował do pisania, z czasem wydał jego opus magnum [czyli „Szkice piórkiem"]".
Ale i z Mieczysławem Grydzewskim utrzymuje dobre kontakty, choć przynależąc  do środowiska „Kultury" – na zasadach szorstkiej przyjaźni – bywał postrzegany w londyńskich kręgach „Wiadomości" raczej krytycznie. A znów z Jarosławem Iwaszkiewiczem, z którym na polityczne i moralne kompromisy nie zamierzał iść, prowadzi ożywioną i na ogół przyjacielską wymianę zdań. A kiedy przeczyta jego opowiadanie „Wzlot", będące odpowiedzią na Camusowski „Upadek" (którego Bobkowski był żarliwym krytykiem) – nie powstrzyma się przed wysłaniem na Stawisko entuzjastycznego telegramu: „Dopiero dziś wzlot wspaniałe i wstrząsające jedyna odpowiedź intelektualne upławy Camus'a zachwycony i przejęty Andrzej".
W korespondencji z wielkimi polskiej kultury zachowuje Bobkowski na ogół takt i umiar – do Grydzewskiego, jeśli już pisze o Giedroyciu, to dość oględnie, Grydzewskiego w listach do redaktora „Kultury" przywołuje rzadko, o relacjach z Iwaszkiewiczem pisuje do obu panów zazwyczaj zdawkowo (choć przydarzają mu się incydentalne wzmianki krytyczne).
Ale też nie hamuje w listach swego temperamentu, gdy przychodzi mu wspominać o sprawach obyczajowych, towarzyskich, politycznych czy literackich. O seksie i erotyce w sztuce wypowiada się bezpruderyjnie, a w liście do Grydzewskiego (z 4.03.58) wygłasza na przykład pochwałę domów publicznych. Książki, które mu się nie podobają, niszczy złośliwymi komentarzami, Iwaszkiewicza mocnymi słowami przestrzega przed podziwem dla Gombrowicza, a Miłosza (którego nie cenił i nie lubił) potrafi zbesztać – w listach do Giedroycia – w mocno nieparlamentarnych słowach. Nieobce jest mu również plotkowanie, co dla czytelnika stanowić może dziś, choćby i specyficzny, ale jednak walor.
Podobnym walorem jest sama literackość listów Bobkowskiego. Wszystko jedno, czy porusza tematykę osobistą, kulturową, polityczną, literacką czy wręcz antropologiczną, okazuje się autor „Na tyłach" doskonałym stylistą, którego narracja urzeka sama w sobie, jest plastyczna niczym figuratywne malarstwo i dynamiczna jak film; potrafi bowiem mówić obrazami. Oto próbka lepsza niż obrazy z filmów na kanale National Geographic: „Około dwunastej w nocy wzeszedł księżyc i wtedy zaczął się prawdziwy sen. Widok zupełnie nie do opisania. Może nigdy dotąd nie poczułem tak wyraźnie, że jestem na drugiej półkuli. W dole całe krainy, pasmo wulkanicznych gór ze stożkami mniejszych wulkanów, tafla olbrzymiego jeziora Amatitlan, zupełnie inny świat. W oddali wulkan Fuego, jeszcze trochę poirytowany po ostatnim wybuchu i mrugający czerwonym językiem ognia od czasu do czasu. Do tego temperatura. Chłód, wspaniały górski chłód zaledwie kilka stopni poniżej zera. Szedłem wolno, patrzyłem i modliłem się" (list do matki z 12.12.1949).
Co w tym wszystkim chyba jednak najważniejsze – sam pisarz miał świadomość, jak istotną rolę nie tylko w relacjach międzyludzkich, ale też właśnie w literaturze odgrywa epistolografia. Oto w przesyłce do matki z sierpnia 1951 roku takie snuje refleksje nad korespondencją Gustawa Flauberta: „W  listach, w których nie mocuje się [on] z każdym zdaniem, w których puszcza swobodnie farbę, najczęściej żółć, jest dopiero naprawdę sobą. Z nich widzi się, że  jeżeli był wielkim pisarzem, to był także zdrowym kawałkiem filozofa, choć sam gardził filozofami. Jego opinie o tym, co nie było sztuką, są nieraz niebywale wnikliwe i świadczą, że poza swoim fachem to była głowa".
Czy pisząc o Flaubercie, autor „Coco de Oro" nie miał aby na myśli także samego siebie?
Autor jest krytykiem, pisarzem, wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego i  dyrektorem stołecznego Muzeum Literatury. Współredaktor (wraz z Andrzejem St. Kowalczykiem) zbioru esejów „Buntownik. Cyklista. Kosmopolak. O twórczości Andrzeja Bobkowskiego"
KOMENTARZ DNIA
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE