Publicystyka

Rząd ignoruje sześciolatki

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Szanowny Panie Premierze, nie spotkał się na poważną rozmowę z rodzicami o obniżeniu wieku szkolnego ani Pan, ani żaden z Pańskich ministrów. Ustawa obywatelska, w której proponujemy powrót do obowiązku szkolnego dla siedmiolatków i subwencję na przedszkola, tkwi w sejmowej zamrażarce – pisze w liście otwartym do Donalda Tuska pełnomocnik Wniosku o Referendum Edukacyjne „Ratuj Maluchy i starsze dzieci też”.
Dziś w Sejmie miała się odbyć debata nad wnioskiem o referendum edukacyjne „Ratuj maluchy i starsze dzieci też", pod którym podpisało się blisko milion obywateli. Niestety, głosowanie zostało przez panią marszałek Ewę Kopacz zdjęte z porządku obrad, na wniosek klubu PO, a debata przełożona. Jak ustaliliśmy: bez żadnego uzasadnienia.
Tak się składa, że dziś w Kancelarii Premiera organizuje Pan wielką konferencję prorodzinną. Jeden z paneli dyskusyjnych ma się odnosić do edukacji szkolnej „na najwyższym poziomie". Tak, edukacja to ważny element polityki prorodzinnej. Chętnie przekazałbym Panu nasze uwagi na ten temat osobiście, ale niestety nie dostaliśmy na dzisiejszą konferencję zaproszenia. Ponieważ o spotkanie z Panem w sprawie edukacji najmłodszych bezskutecznie ubiegamy się od pięciu lat, a dialog z ministrem Pańskiego rządu, panią Krystyną Szumilas również nie jest możliwy, i to nie z naszej winy, chciałbym przekazać Panu, dlaczego setki tysięcy rodziców w Polsce nie zgadzają się na obniżenie wieku szkolnego.
Pierwszy, i chyba najważniejszy, problem to warunki w polskich szkołach. Ilustrują go wypowiedzi z raportu „Szkolna rzeczywistość 2013/14", który powstał na podstawie kilkuset relacji rodziców z różnych części Polski. Szkoła Podstawowa nr 1 w Biłgoraju: „Dzieci chodzą na lekcje z kurtkami i butami w reklamówce bo zabrakło ... szatni". Szkoła nr 11 w Grudziądzu: „Szkoła nie posiada sali gimnastycznej, boiska ani placu zabaw". Szkoła w Odrzykoniu: „Na pytania o dywan dyrektor odpowiada, że poszuka starego chodnika w domu". Szkoła w Tuczempach: „Wiem, że jest to szkoła na wsi, ale nie ma tu ani stołówki, ani świetlicy". Szkoła nr 52 w Częstochowie: „Maluchy są gnębione przez młodzież gimnazjalną, zamykane w toaletach, wyrzucane z kolejki po obiad na stołówce, gimnazjaliści plują dzieciom do talerzy". Szkoła nr 11 w Opolu: „Przepełniona, mała świetlica – około 30 m kw. ma pomieścić około 90 dzieci – pierwszoklasistów. Szkoła w Czerminie: W 1 klasie jest 35 uczniów. Tak duża liczba wiąże się z tym, iż zamknięto szkołę w innej wsi, dzieci muszą dojeżdżać nawet kilkanaście kilometrów rano i po południu." Dwa światy W ostatnim czasie słyszeliśmy wiele zapewnień od pani minister edukacji Krystyny Szumilas, że szkoły są bardzo dobrze przygotowane na przyjęcie sześciolatków. Chciałoby się powiedzieć, że ministerstwo i rodzice żyją w dwóch różnych światach. Który z nich jest prawdziwy? Dowodem na to, że rodzice nie mają zbiorowych halucynacji, są wyniki raportów instytucji państwowych. Najwyższa Izba Kontroli przedstawiła w ubiegłym tygodniu wyniki kontroli, która w suchym urzędowym języku potwierdza diagnozę stawianą od lat przez rodziców: polskie szkoły nie są gotowe na przyjęcie sześciolatków. Coroczne raporty Głównego Inspektoratu Sanitarnego mówią o tym, że w szkołach brakuje rzeczy, które powinny być w cywilizowanym kraju standardem. Z kolei Związek Nauczycielstwa Polskiego podał że 22 proc. szkół nie ma świetlic. Kopacz: Nie pozbawiajmy polskich dzieci szans Ministerstwo Edukacji Narodowej skrzętnie ukrywa niekorzystne wyniki nawet własnych badań. W tym roku dopiero dziennikarze ujawnili, że MEN jest w posiadaniu danych Instytutu Badań Edukacyjnych o bardzo dużej skali zniechęcenia do nauki wśród dzieci sześcioletnich, które rozpoczęły już 1 klasę. Z innego badania, mającego pokazać, jak dobrze radzą sobie w szkole sześciolatki, wykluczono dzieci niepełnosprawne. Praktycznie wszystkie komunikaty o wynikach badań, w których owe mityczne „dziewięćdziesiąt, a nawet więcej procent" szkół uzyskuje pozytywne wyniki, prędzej czy później okazują się celową manipulacją MEN. Ministerstwo oszukuje nas na każdym kroku, w dzień i w nocy zapewniając opinię publiczną, że wszystko jest w najlepszym porządku. Za nasze pieniądze rozdaje ulotki nie tylko w szkołach i przedszkolach, ale nawet podróżnym w pociągach, kręci spoty, których setki emitowane są w telewizji, opłaca dopiski propagandowe w scenariuszach popularnych seriali (tzw. idea placement). Lekką ręką wydaje miliony z kieszeni podatnika, gdy tymczasem w 12 proc. szkół dzieci nie mają nawet zapewnionego wyżywienia (dane CBOS). W ubiegłym roku uczestniczył Pan w rozpoczęciu roku szkolnego. Obok Pana zemdlało dziecko. Było dużo śmiechu, że przejęło się wizytą premiera. Ale czy zastanawiał się Pan wówczas nad tym, jak wiele dzieci w Polsce jest w szkole po prostu głodnych? Kolejny problem z reformą dotyczy jej finansowania. Z raportu ,,Szkolna rzeczywistość'": „Grodzisk Mazowiecki. Bezpłatna szkoła, do której trzeba kupić wszystko - pomijając coraz droższe książki - papier toaletowy, papier do drukarki, mydło i ręczniki kończąc na dobrowolnym kwiatku w doniczce". Podobnie jest w Szkole nr 56 w Łodzi: „Przez ostatnie 3 lata przynosiliśmy do szkoły zszywki, spinacze, długopisy; kupiliśmy tablice korkowe, a inni rodzice dywan. W ubiegłym roku dyrektor załatwił używane meble i rodzice wywozili stare, malowali klasy. Za własne pieniądze kupując farby, środki czystości itp. Sprzątali, myli okna, prali wykładziny, zasłony, rolety". Zespół Szkół nr 4 w Wołominie: jak wyraziła się pani wychowawczyni „większość rzeczy, które w tej sali Państwo widzą, zostało zakupione ze składek rodziców w poprzednich latach". W roku wprowadzania reformy ówczesna minister Katarzyna Hall wydała podręcznik dla dyrektorów szkół, w którym zachęcała do włączenia rodziców w prace społeczne przy odnawianiu placówek. Pojawia się pytanie: czy bezpośrednie finansowanie szkół przez rodziców (nie licząc podatków, które płacą również na ten cel) jest zaplanowanym elementem reformy obniżenia wieku szkolnego? A jeśli tak, to czy zamierza Pan zaproponować stosowne zmiany artykułu 70 Konstytucji, który mówi dziś o bezpłatnej edukacji publicznej? Pacyfikowanie protestu rodziców Główny wysiłek Pańskiego rządu, poza propagandą, jest kierowany na spacyfikowanie protestu rodziców. Ani razu nie spotkał się z nami na poważną rozmowę o obniżeniu wieku szkolnego ani Pan ani żaden z Pańskich ministrów. Ustawa obywatelska, w której proponujemy powrót do obowiązku siedmiolatków i subwencję na przedszkola, podpisana przez 350 tysięcy obywateli, tkwi w sejmowej zamrażarce. W tym roku złożyliśmy w sejmie wniosek o referendum. Jeszcze dziesięć lat temu mówił Pan w Sejmie ,,Nie musimy chyba nikogo przekonywać, że sam fakt, iż zdecydowaliśmy się na taki tryb, jakim jest referendum, także odpowiada ideom Platformy Obywatelskiej. W naszym przekonaniu wiele decyzji o znaczeniu państwowym można śmiało oddawać w ręce obywateli, bez obawy, że podejmą decyzję mniej wyważoną niż na przykład Wysoka Izba" (IV kadencja Sejmu, 46 posiedzenie). W tamtym czasie byłem mężem zaufania PO w komisji wyborczej. W tym roku gdy do Sejmu przyniosłem wniosek poparty podpisami miliona obywateli usłyszałem jak mówi Pan: ,,Jest taka kategoria spraw, które przegrywa się w referendach, gdyby do nich dochodziło. Jednak z punktu widzenia interesu publicznego mamy przekonanie, że do takich reform powinno dojść". Więc jak to, obywatele już nie mieszczą się w ideach Platformy Obywatelskiej? Jaka to „kategoria spraw", która nie powinna być poddawana referendum? Czy taka, w której obywatele maja inne zdanie niż rząd? Głosowanie nad Wnioskiem o referendum podpisanym przez milion osób, w ostatniej chwili zdjęli Państwo z porządku obrad. Nie wierzy Pan już nie tylko obywatelom, którzy mogliby podjąć w referendum niesłuszną decyzję, ale nawet Wysokiej Izbie odmawia Pan prawa wyboru w głosowaniu sejmowym. A może chodzi o to, że rodzice od miesięcy wykonują ciężką pracę odwiedzając posłów w okręgach, dzwoniąc i wysyłając tysiące maili i mogli przekonać zbyt wielu? Dziś organizuje Pan w KPRM wielką konferencję poświęconą polityce prorodzinnej. Zapewne zadba Pan o to, żeby została otoczona pochwałami za „przełom" w walce z niżem demograficznym i „otwarcie na debatę" o problemach rodzin. Jaka szkoda, że środowiska rodzicielskie musiały czekać na taki gest sześć lat, do momentu gdy będzie potrzebna zasłona dymna dla milionowego protestu rodziców, który znalazł się w sejmie i nie bardzo wiadomo jak go schować. W ogłoszonym przez Pana „Roku rodziny", miliony rodziców, chcą przed Pańską reformą ratować własne dzieci. Nie wszystkim uda się wyjechać do Irlandii. Ci co zostaną na pewno będą stawiać dalszy opór do momentu, gdy ktoś na górze zrozumie, że ich protest nie ma nic wspólnego z polityką i zasiądzie z nimi do rozmów. Panie premierze: polityka prorodzinna zaczyna się od szacunku do rodziców.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL