Katolicy w jarmułkach?

aktualizacja: 06.10.2013, 18:19
ks. Waldemar Chrostowski
ks. Waldemar Chrostowski
Foto: Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski

Rachunek sumienia Kościoła i katolików byłby głębszy, pełniejszy i bardziej wiarygodny, gdyby szedł w parze z analogicznym wysiłkiem po stronie żydowskiej – pisze duchowny.

Satysfakcję red. Zbigniewa Nosowskiego z przypomnienia „zbratania narodów, wyznań i religii" podczas patriotycznych manifestacji w 1861 r. („Rabin z polskim krzyżem", Plus-Minus, 7-8 września 2013) można odczytywać jako znak, że ani wcześniej, ani przez następne półtora wieku takie zbratanie nie miało miejsca. Okoliczności bohaterskiej śmierci Michała Landy w niczym nie przypominają współczesnej aktywności zwartej grupy katolików, którzy uparcie chcą mieć monopol na dialog z Żydami i judaizmem.
Znamienne, że zapoczątkowanie tego dialogu odsłoniło głębokie podziały wewnątrz Kościoła, przebiegające nie tyle między tymi, którzy go chcą albo nie chcą (te drugie głosy pozostają w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła), ile między tymi, którzy deklarują wolę dialogu, ale prowadzą go odmiennymi torami i w odmienny sposób. Właśnie na tym polega rozbrat między mną a kręgami „Tygodnika Powszechnego", „Znaku" i „Więzi", które w ostatnich latach stały się przybudówką „Gazety Wyborczej".

Dawniej i dzisiaj

Obserwując moją działalność, red. Nosowski wskazuje na różnicę między dawnym zaangażowaniem, mniej więcej do 1998 r., a obecnym. Rzetelnie rozpoznaje jej charakter, gdy pisze, że z „czołowego promotora dialogu katolicko-żydowskiego" stałem się „głównym krytykiem obecnych jego form". Nie odżegnuję się od dialogu, w którym nadal na różne sposoby uczestniczę, lecz zachowuję krytyczną powściągliwość wobec tych jego odmian, które w mojej ocenie zaprzepaszczają to, co stanowi sedno nowego nastawienia Kościoła wobec Żydów i ich religii.
Wyrażam więc mojemu polemiście uznanie, że nie ulega niesprawiedliwym i krzywdzącym opiniom, jakie na mój temat bywają zamieszczane w „GW". Na szczęście mają one i ten skutek, że uwiarygodniają prowadzoną przez mnie działalność w tych środowiskach, które wrogość „GW" odbierają jako świadectwo wierności Kościołowi. Jednak red. Nosowski powinien poczynić krok dalej i szukać pogłębionej i uczciwej odpowiedzi na pytanie, czego dotyczy moja krytyka aktualnych form dialogu Kościoła katolickiego w Polsce z Żydami i judaizmem.
Już dawno, na przełomie lat 80. i 90. XX w., w kontekście zaognionego sporu o klasztor karmelitanek w sąsiedztwie byłego obozu zagłady Auschwitz I w Oświęcimiu, podejmując rozmaite inicjatywy i działania, wielokrotnie podkreślałem: Dialog tak – ale jaki?
Pod tym względem nic się nie zmieniło z wyjątkiem tego, że moje poglądy stały się dojrzalsze, a rozeznanie pełniejsze. Wskazywałem na niejasne okoliczności i dramatyczne rezultaty podpisania tzw. zobowiązań genewskich i ostrzegałem przed kontynuowaniem takiej polityki. Zakładając oraz do 1998 r. współprzewodnicząc Polskiej Radzie Chrześcijan i Żydów, ustalając jej logo, formułę i kierunki działania, wymyślając tytuł Człowieka Pojednania, organizując i biorąc udział w licznych sympozjach i konferencjach w Polsce i zagranicą, zakładając ważne serie wydawnicze poświęcone problematyce dialogu, a wreszcie uczestnicząc czynnie w pracach Komisji Episkopatu Polski do Dialogu z Judaizmem, Międzynarodowej Rady Państwowego Muzeum w Oświęcimiu i Rady Prezydenta RP do Spraw Stosunków Polsko-Żydowskich, a także w innych gremiach, spotykałem się z permanentnym ostracyzmem wówczas, gdy zamiast ulegania rygorom politycznej poprawności dobitnie wskazywałem perspektywę religijną i teologiczną.
Redaktor Nosowski napisał: „Prawdziwym dialogiem chrześcijańsko-żydowskim prawie żadne media się obecnie nie interesują". To prawda, również w odniesieniu do przeszłości. Być może właśnie dlatego moje poglądy i zaangażowanie były torpedowane, przebijając się do „TP" i „GW" jedynie po to, by je karykaturalnie wypaczać i zwalczać. Kilkanaście lat temu red. Nosowski twierdził, że jego zapatrywań i stanowiska nie należy utożsamiać z polityką „GW"; teraz już tego nie powtarza.
Redaktor Nosowski chciałby widzieć tysiące katolików zainteresowanych judaizmem i pyta, czy moja publicystyka sprawia, że ich przybywa. Powiem nieskromnie, że tak. Wiele dobrego, wbrew napastliwej krytyce dyżurnych z „GW", zrobiły setki (!) publikacji na tematy żydowskie, ustawiając spojrzenie na Żydów i ich religię w perspektywie chrześcijańskiej, potępiając antysemityzm i wszelkie odmiany wrogości, lecz – tego aspektu brakuje w działalności red. Nosowskiego – domagając się szacunku Żydów dla chrześcijaństwa oraz radykalnej zmiany ich nastawienia wobec Jezusa Chrystusa i Kościoła.
Nie oznacza to, jak sugerują moi krytycy, prozelityzmu, lecz wołanie o skuteczne przezwyciężenie wszystkich zastarzałych pierwiastków w tradycji żydowskiej, które mają charakter antychrześcijański, szczególnie antykatolicki. Na nic zdadzą się zaklęcia, że ich nie ma albo że są nieważne. We wzajemnym „nauczaniu pogardy" obie strony, chrześcijańska i żydowska, skutecznie współdziałały ze sobą i osiągnęły wysoki stopień godnej ubolewania perfekcji.
To samo dotyczy spojrzenia na historię i obecny stan relacji polsko-żydowskich. Ich przewartościowanie i naprawa nie jest zadaniem wyłącznie dla Polaków, o czym dobrze wiedzą Żydzi, a co skwapliwie pomijają ci, którzy chcą się Żydom podobać. W klimacie nadskakiwania z ich strony powstaje i umacnia się narracja reprezentująca interesy tylko jednej ze stron. Jeżeli red. Nosowski uważa, że nie istnieje coś takiego, jak „interesy żydowskie" – to jego sprawa, ale tym samym bagatelizuje, lub ignoruje, żywotne „interesy polskie".
Tak dawniej, jak i dzisiaj, uważam, że zajmowanie się problematyką żydowską z pozycji politycznej poprawności przynosi wymierne korzyści, zwłaszcza polityczne. Nie twierdzę, jak to imputuje red. Nosowski, że w przypadku nader licznych w ostatnich dwóch dekadach nominacji do polskiej dyplomacji chodzi o „niewłaściwe środowisko". Tym niemniej uważam, że nie jest sprawą przypadku, iż to środowisko „TP", „Więzi" i „Znaku", o „GW" nie wspominając, nader obficie zasiliło polskie placówki dyplomatyczne oraz inne ośrodki w kraju i zagranicą. Osobna sprawa, jak poszczególne osoby wywiązały się z powierzonego im zadania. Skoro panuje wokół tego całkowita zmowa milczenia, nie wypowiadam żadnej merytorycznej oceny ich pracy, aczkolwiek powinno się jej uczciwie dokonać. Natomiast powoływanie się na rzekomo neutralne stanowisko Lecha Kaczyńskiego w nominacjach do polskiej dyplomacji zupełnie ignoruje fakt, co naprawdę działo się w tym przedmiocie za jego prezydentury.

Budowanie nowej przyszłości

Od początku nawiązania przez Kościół dialogu z Żydami i judaizmem rozmowa katolików na tematy żydowskie i judaistyczne odbywa się nie wprost, podczas bezpośrednich spotkań i wymiany poglądów, ale na łamach gazet i w środkach masowego przekazu. Wielokrotnie zgłaszałem postulat wewnątrzkościelnego „dialogu o dialogu", ale za każdym razem spotykał się on ze sprzeciwem czy odmową, bądź bywał przemilczany czy niezauważony.
Do 2005 r. właściwie jedynym forum solidnej wymiany myśli i doświadczeń był Komitet Episkopatu Polski do Dialogu z Judaizmem, ale później i to się zmieniło. Chociaż red. Nosowski czyni mi zarzut z tej opinii, to jednak jeszcze raz ją powtarzam i podtrzymuję. Czynię to również dlatego, że bp Mieczysław Cisło, obecny przewodniczący Komitetu, nie gdzie indziej, lecz na łamach „GW", idąc po linii wytyczonej przez abp. Józefa Życińskiego, uznał moją książkę „Kościół, Żydzi, Polska" za „schizofreniczną".
Szkoda, że nie zadał sobie najmniejszego trudu, by wyjaśnić, na czym polega przypisywane mi rozbicie świadomości czy rozszczepienie umysłu, skutkujące przeżywaniem podzielonym na realne i chorobowe (wyobrażone) doświadczanie rzeczywistości. Nie uczynił tego również red. Nosowski. Obu polemistów proszę więc, by w przyszłości powstrzymali się od tego typu insynuacji.
Odnosząc się do wyrażanych przeze mnie poglądów, red. Nosowski często nie cytuje ich integralnie, ale wybiórczo – tylko do przecinka, a nawet między przecinkami. Brak przytaczania całych zdań i podawania ich rzeczywistego kontekstu pozwala je dowolnie wykorzystywać do subiektywnej interpretacji.
Tak było kilka lat temu podczas naszej polemiki wokół słów Jana Pawła II wypowiedzianych 13 kwietnia 1986 r. w synagodze rzymskiej: „Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i w pewien sposób, można by powiedzieć, naszymi starszymi braćmi". Wiele razy podkreślałem, że w oficjalnym przekładzie polskim zamieszczonym w „L'Osservatore Romano" błędnie (a może celowo?) opuszczono wyrażenie „w pewien sposób" i wyszło to, co wyszło, czyli forsowanie postrzegania wyznawców judaizmu rabinicznego jako „starszych braci" chrześcijan. Prostowanie tego błędu trwa od wielu lat, a mimo to wciąż on odżywa, mnożąc dezorientację i fałszywą katolicką teologię judaizmu.
„Ja zdecydowanie wolę trzymać z Ratzingerem" – deklaruje red. Nosowski, sugerując, że moja postawa w zakresie rachunku sumienia chrześcijan z dziedzictwem antysemityzmu jest rażąco inna. Kardynał Ratzinger mówił o „biciu się w piersi" na długo przed Wielkim Jubileuszem Roku 2000 i jego postulat w ogromnym stopniu wpłynął na kształt i przebieg jubileuszowych obchodów.
Zabierając wielokrotnie głos w tych sprawach, dawałem i daję wyraz przekonaniu, że antysemityzm jest grzechem. Lecz to, że nasza wiedza o jego dawnych przejawach się powiększa, nie znaczy, że istnieje i narasta odpowiedzialność zbiorowa. Jeden fragment, wyjęty z listu pasterskiego Episkopatu Polski odczytanego 20 stycznia 1991 r., red. Nosowski przytoczył w całości. Po ponad 20 latach powiem tylko, że mam niemały wkład w przygotowanie tego dokumentu. Wątpię jednak, czy red Nosowski zgodzi się ze mną, że rachunek sumienia Kościoła i katolików byłby głębszy, pełniejszy i bardziej wiarygodny, gdyby szedł w parze z analogicznym wysiłkiem po stronie żydowskiej.
Brak zgody w tej newralgicznej kwestii oznacza, że wysiłek „oczyszczania pamięci" jest wyłącznie zadaniem chrześcijan. Był czas, gdy postulat wewnętrznego wstrząsu i rachunku sumienia adresowałem przede wszystkim do katolickich współwyznawców. Nie słysząc równoległego postulatu po stronie żydowskiej, od pewnego czasu kieruję go również pod adresem wyznawców judaizmu. Wiemy bowiem coraz więcej nie tylko o przejawach antysemityzmu wśród chrześcijan, lecz i o przejawach antychrześcijańskich postaw i zachowań wśród Żydów.
A ponieważ mój polemista ceni kościelne autorytety, przytaczam słowa Jana Pawła II wypowiedziane 23 marca 2000 r. podczas wizyty w Instytucie Pamięci Yad Vashem: „Budujmy nową przyszłość, w której chrześcijanie nie będą już żywić uczuć antyżydowskich ani Żydzi uczuć antychrześcijańskich, ale raczej zapanuje wzajemny szacunek, jaki przystoi tym, którzy czcza jedynego Stwórcę i Pana oraz odwołują się do Abrahama jako naszego wspólnego ojca w wierze".
Zbigniew Nosowski ogłasza, że jest „razem z papieżem i biskupami". Konsekwencję stanowi próba ustawiania mnie na przeciwnym biegunie. Celował w tym  abp Życiński, który swój tekst w „GW" na temat mojej książki opatrzył tytułem „Daleko od Jana Pawła II". Takie nastawienie zwalnia od dyskusji, a nawet od zapoznania się z dyskryminowanymi poglądami.
Tymczasem wywiad, którego w sierpniu udzieliłem dla „Rzeczpospolitej", dotyczył przede wszystkim tzw. sprawy ks. Lemańskiego. W tej materii red. Nosowski dyskretnie milczy, jak gdyby nie zauważył tego wątku, analogicznie jak kilku innych, co do których głos Episkopatu jest wystarczająco wyrazisty, ale w „Więzi" jakby słabo słyszalny.
Zasadnicza różnica między nami polega również na tym, że red. Nosowski jest publicystą, a ja teologiem-biblistą. Dla niego wypowiedzi Magisterium Kościoła, bądź ich fragmenty, stanowią punkt dojścia, natomiast dla mnie są one punktem wyjścia wszechstronnej refleksji na ich temat. Na tym polega istota teologii i właśnie to zabezpiecza wiarę w Boga przed naciskami rozmaitych doktrynerów i ideologów.

Co na pierwszym miejscu?

To nieprawda, że zabrakło mi cierpliwości do prowadzenia dialogu. Gdyby tak było, już dawno dałbym sobie spokój z zajmowaniem się tą problematyką i sprawami, które rodzą wiele przeciwności. Prawdą jest natomiast, że nie biorę udziału w wydarzeniach, które – powtarzam raz jeszcze – postrzegam jako polityczne mityngi.
Wprawdzie red. Nosowski przedstawia je inaczej, skarżąc się na rzekomy brak zainteresowania ze strony mediów, ale to narzekanie jest na wyrost. Wymieniając kilka ważnych inicjatyw PRChŻ, przeoczył fakt, że nigdy – nawet jako mój następca we współprzewodniczeniu temu gremium – nie informował mnie o planowanych przedsięwzięciach i spotkaniach. Nie czynię z tego powodu wyrzutu, ale z drugiej strony nie zgadzam się z tezą, że tylko osobista obecność upoważnia do zabierania głosu odnośnie do przebiegu i treści tego typu przedsięwzięć.
Ponadto nieprawdziwe jest stwierdzenie, że członkowie Rady skupiają się „na pracy cichej i niemedialnej". Wystarczy rzut oka na to, co niektórzy z nich zamieszczają w Internecie, aby się przekonać, że jest inaczej.
Na koniec: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego PRChŻ przeżywa dotkliwy kryzys, którego szczególnym symptomem jest odejście tak oddanej temu gremium osoby, jak Barbara Sułek-Kowalska? Dlaczego nakład i zainteresowanie „Więzią" spadły tak bardzo, że z miesięcznika stała się kwartalnikiem, zwracając się do najwierniejszych czytelników (i nie tylko) o finansową pomoc przed stoczeniem się w niebyt?
Zapewne nie ma na to jednej odpowiedzi, lecz wszystkie wątki można sprowadzić do pewnego wspólnego mianownika. Odnosi się wrażenie, że w nowej sytuacji społeczno-politycznej, jaka zaistniała po 1989 r., utrwaliło się w Polsce zjawisko „katolików w jarmułkach". Jednych fascynuje i pochłania problematyka żydowska, inni uczynili z niej niezły sposób na publiczne zaistnienie, a także karierę.
Niemal wszyscy przynależą do tzw. Kościoła otwartego, który w ostatnim okresie coraz bardziej okopuje się na pozycjach swoistej izolacji. Ich działalność jest przyjmowana podejrzliwie i niechętnie, jednak nie z powodu wrogości wobec Żydów i judaizmu, ale z powodu wybranej i realizowanej przez nich strategii, która – mimo wszystkich zaklęć – jest „jednostronna i jednoskrętna". To powoduje, że mnożenie inicjatyw, w których zdecydowanie dominują racje i wrażliwość tylko jednej strony, czyli strony żydowskiej, w gruncie rzeczy utrudnia rzeczywiste zbliżenie między katolikami i wyznawcami judaizmu.
Zatem „postulat dialogu z judaizmem nie oznacza nieuchronnej potrzeby osobistych kontaktów z nimi [Żydami]" tak długo, jak długo najważniejszych spraw my, katolicy, nie rozstrzygniemy i nie uzgodnimy między sobą. Gdy tego brakuje, strona żydowska widzi podziały istniejące między nami i wykorzystuje je na swoją korzyść.
Redaktor Nosowski napisał: „Wykładowca UKSW popełnia też błąd, przesadnie akcentując znaczenie dialogu teologicznego". Znamienne, że ów zarzut stawia były współprzewodniczący Polskiej Rady C h r z e ś c i j a n   i Żydów! Odpowiem krótko: Jeżeli w relacjach katolicko-żydowskich dialog teologiczny będzie na pierwszym miejscu, wtedy wszystko będzie na swoim miejscu. Natomiast jeżeli tak się nie stanie, wtedy miejsce dowartościowania judaizmu zajmie apoteozowanie żydowskości, rzecz jasna kosztem judaizmu, który przez prawie trzy tysiące lat umożliwił i zabezpieczał przetrwanie Żydów.
Ten wątek, wyraźnie obecny w moich licznych wypowiedziach, przewijał się również w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej". Wzajemne kontakty na poziomie społecznym, kulturalnym czy ekonomicznym są potrzebne i ważne, ale nie one stanowią priorytet w potrzebnym dialogu chrześcijan i wyznawców judaizmu. Gdy spotykamy się ze sobą na ulicach, w sklepach czy w bankach, nie prowadzimy dialogu, lecz załatwiamy własne interesy albo po prostu żyjemy obok siebie. Dialog religijny wymaga czegoś znacznie więcej i dlatego w relacjach chrześcijańsko-żydowskich powinien się znaleźć na pierwszym miejscu.
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE