Weekend rp.pl
Kamizelka Wertera
W Polsce codziennie odbiera sobie życie jeden młody człowiek. Tymczasem samobójstwa dzieci i młodzieży to zdaniem socjologów ostatnie społeczne tabu
Ciało piętnastoletniego chłopca z Puszczykowa znaleziono w miejscowym zagajniku. Popełnił samobójstwo, bo dręczyli go w szkole.
15-letnia gimnazjalistka i 36-latek powiesili się obok siebie a na słupie energetycznym na warszawskich Bielanach. Znaleziono przy nich dokładne wyliczenia wysokości z której trzeba skoczyć by pętla zacisnęła się skutecznie. Policja mówi, że poznali się w Internecie. Na portalu dla samobójców. Ona była autorką bloga o śmierci i pasjonatką satanistycznych stron WWW. O nim wiadomo niewiele. Ot, spokojny rencista. Zanim umówili się na śmierć spotkali w realu przynajmniej raz.
Statystyki notują w Polsce około 300 samobójstw nastolatków rocznie. To tyle, co sześć autokarów młodych ludzi. Najwięcej między 14 a 19 rokiem życia. Z własnej ręki częściej giną chłopcy. Wybierają bardziej drastyczne rozwiązania i działają skuteczniej. Domeną dziewcząt są z kolei próby samobójcze. Ich liczbę szacuje się na pięć tysięcy rocznie.
Badacze mówią, że większość z tych dzieci można było ocalić, mając porcję rzetelnej wiedzy i dobrą wolę. Samobójstwo dziecka to ich zdaniem ostatnie społeczne tabu. Bo za taką śmierć lub jej usiłowanie zwykle winą obarcza się rodzinę.
Toksyczne gniazdo
Dr Krzysztof Rosa, socjolog, suicydolog z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi wiele lat pracował z niedoszłymi samobójcami na szpitalnym oddziale toksykologii. Prowadząc badania porównywał grupę dzieci po próbie odebrania sobie życia z grupą bez takich doświadczeń. Okazało, że rodziny samobójców łączą podobne cechy.
- Są to zwykle rodziny zamknięte. Ograniczające relacje ze światem zewnętrznym. A postawy rodzicielskie są tam skrajne. Z jednej strony nadopiekuńczość: dziecko trzyma się pod kloszem. Drobiazgowo kontroluje, pozbawia prywatności i możliwości decydowania o sobie. Stawia mu się surowe wymagania, a poprzeczkę zwiesza wysoko. Towarzyszą temu emocjonalny dystans i chłód - mówi naukowiec.
Druga skrajność to jego zdaniem totalne zaniedbanie. Brak zainteresowania życiem dziecka i brak dobrego kontaktu. - Niektórzy rodzice dopiero na szpitalnym oddziale dowiadywali się, że ich ledwie uratowana pociecha ma w ogóle jakieś problemy - twierdzi dr Rosa.
Jego badania wykazały, że w suicydogennych rodzinach często występują przemoc psychiczna i fizyczna. Popularne jest też nadużywanie alkoholu. Rodzina taka jest przeważnie pełna, choć nie zawsze biologiczna. Częstym problemem są zdrada małżeńska i rozwód rodziców. Także relacja dziecka z nowym partnerem jednego z nich. Ponad połowa uratowanych samobójców ocenia związek rodziców negatywnie. Żyją oni, zdaniem badanych, w ciągłej niezgodzie. W atmosferze pełnej kłótni i awantur. Sami badani również deklarowali ustawiczne konflikty z rodzicami. Tylko wśród tej grupy zdarzały się ucieczki z domu. Popularne były i kłopoty z nauką i wagary. O dziwo, relacje z rówieśnikami były równie dobre jak w grupie bez prób samobójczych.
W tunelu
Celem targnięcia się na własne życie jest zawsze przerwanie dotkliwego bólu duszy i ciała. Czasem połączenie się ze zmarłym bliskim. Ale nie zawsze jest to sama śmierć. Ze stu odratowanych dzieci badanych przez łódzkich naukowców tylko 34 próbowało umrzeć. Reszta prowokowała, by zwrócić uwagę na swoje problemy, ukarać kogoś lub dokonać dramatycznej zemsty. Część postanowiła wywrzeć presję na bliskich lub uciec przed odpowiedzialnością.
Powszechna opinia głosi, że nie popełni samobójstwa ten, kto o nim mówi. A to niestety mit. Psychologowie są jednomyślni: większość samobójców zapowiada swój czyn.
Austriacki psychiatra Erwin Ringel zbadał 500 aktów samozagłady. Okazało się, że 80 procent z nich poprzedzają podobne zachowania i sygnały. Najpierw "zawęża się" świadomość. Człowiek traci możliwość spojrzenia z zewnątrz na swą sytuację. Ocenia ją jako matnię bez wyjścia. Czuje się osamotniony, osaczony, bezradny. Potem przychodzi lęk: przed działaniem i dalszym życiem. A jest to już etap, gdy instynkt samozachowawczy jest niszczony. A sam cierpiący nie zdoła już tego powstrzymać. To czas, gdy rozluźniają się związki z innymi ludźmi. A kontakty stają się powierzchowne i zdawkowe. Człowiek izoluje się. Czasem wybiera jedną osobę na deskę ratunku. Dewaluują się wtedy także wyznawane wartości. Stają się inne od powszechnie przyjętych. Rośnie napięcie i agresja. Kierowana najpierw ku najbliższym, potem zwraca się ku samemu sobie. Pojawiają się fantazje samobójcze. Najpierw niewinne wizje własnej śmierci, martwego ciała i pogrzebu pomagają rozładować napięcie, nasycić się wizją "opłakujących". Potem pojawia sama idea odebrania sobie życia - "kiedyś". Z czasem jednak przekształca się w myśli obezwładniające i natrętne oraz konkretne planowanie...















