Obyczaje
Podróże życia polityków
Magiczne miejsca. Dla premiera to Machu Picchu, dla Ryszarda Czarneckiego – Timor Wschodni, dla Pawła Piskorskiego – góra Athos
Cała Polska usłyszała w maju ubiegłego roku, że „podróż życia” Donalda Tuska to wyprawa do Ameryki Południowej – do słynnego miasta Inków Machu Picchu położonego na wysokości ponad 2000 metrów. Być może premier zapytany o podróż życia w bardziej kameralnych warunkach, bez ostrzału kamer i mikrofonów, udzieliłby zupełnie innej odpowiedzi.
Jest to tym bardziej prawdopodobne, że żaden polityk, z którym „Rz” rozmawiała o najwspanialszych wyprawach, nie wymienił słynnych atrakcji turystycznych. Nie w głowie im piramida Cheopsa, Koloseum czy Luwr, choć większość z nich te miejsca zwiedziła. Wolą Timor Wschodni, Republikę Mnichów na świętej górze Athos, Sewastopol na Krymie, Wietnam. Bo ważne są kontekst i emocje związane z tymi podróżami.
Psycholog Jacek Santorski twierdzi, że podejście ludzi do podróży ujawnia ich cechy osobowości, często ukryte. – Oboje z żoną lubimy bazary świata. Ale każde z nas zwiedza je inaczej: żona w skupieniu ogląda przedmioty na straganach, ja gapię się na ludzi, którzy krążą wokół. Z pewnej podróży żona zapamiętała niesamowity błękit nieba, a ja fakt, że ostatni raz podróżowaliśmy ze wszystkim dziećmi w komplecie – opowiada.
Jaki stąd wniosek?
– Dla żony najważniejsze są doznania estetyczne, dla mnie relacje między ludźmi. Ja mógłbym więc być politykiem, a ona w żadnym przypadku – uważa Santorski.
Ostatnia para skarpetek i groźba zamachu
Krzysztof Janik, jeden z liderów SLD, nie jest szczególnym miłośnikiem zagranicznych wojaży, ale zaczyna przezwyciężać ten brak entuzjazmu ze względu na wnuka.
Za swoją podróż życia uważa wyprawę do Wietnamu przed 20 laty. – Pojechałem na zaproszenie tamtejszych towarzyszy – wspomina. – Miałem opowiadać im o pieriestrojce, Okrągłym Stole i pożytkach płynących z porozumiewania się z antykomunistyczną opozycją.
Wietnamscy gospodarze nie byli tym specjalnie zainteresowani, starali się więc zapewnić gościowi rozrywki turystyczne. Tymi obficie serwowanymi wietnamskimi krajobrazami Janik się zachwycił. Przybrzeżnymi wysepkami, półwyspami, wapiennymi skałkami wyrastającymi z morza, intensywną zielenią roślinności i żółtością słońca. – Pan Bóg posiedział nad stworzeniem tego kawałka świata – ocenia polityk.
Oprócz zwiedzania były liczne spotkania z miejscowymi notablami. Każde kończyło się obowiązkową wymianą upominków. Uprzedzony o tym zwyczaju Janik przywiózł wielki krąg żółtego sera zdobyty w Zamościu i 20 par skarpet uważanych w Wietnamie za symbol zamożności i prestiżu. Na ostatnie spotkanie została mu jedna para, a rozmówców było dwóch. Janik zwierzył im się z trudnej sytuacji.
– Stwierdzili, żeby dać im po jednej, bo tak będzie sprawiedliwie – opowiada. – Tak też zrobiłem, ale do dziś nie wiem, czy wzięli mnie za durnia czy za porządnego człowieka. I do dziś się zastanawiam, co zrobili z tymi skarpetkami.
Służbowy wyjazd, tyle że do Timoru Wschodniego, zapadł też w pamięć Ryszardowi Czarneckiemu, europosłowi PiS. Był tam dwa lata temu, w okresie Wielkanocy, podczas wyborów prezydenckich jako obserwator z ramienia OBWE.
– To wyjątkowy kraj leżący na granicy Azji i Australii, bardzo katolicki. Otoczony przez największe na świecie skupisko muzułmanów. Kraj morza, gór, przełęczy. Bardzo wilgotny, z często unoszącymi się mgłami i niesamowitymi tęczami – opisuje Czarnecki.
Unia Europejska odradzała wtedy wyjazdy do Timoru, uznając kraj nękany wojną domową i zamachami terrorystycznymi za zbyt niebezpieczny. W tych warunkach odbywały się wybory prezydenckie.
– W kolejkach do urn stały dzieci. Może nie tyle dzieci, ile młodziutko wyglądające nastolatki – mówi europoseł. – W Timorze głosują już 17-latki, które na dodatek według europejskich standardów wyglądają bardzo młodo.
Jednym z kandydatów, jak się okazało zwycięskim, był Jose Ramos Horta. Bardzo mocno eksponujący swój katolicyzm. Oponenci mówili o nim ironicznie, że święty startuje na prezydenta. Dlaczego jednak Czarnecki tak mocno zapamiętał tę podróż? – Przez kilka godzin gościłem w domu Horty. Niemal dokładnie rok później na jego hacjendę dokonano zamachu terrorystycznego. Prezydent został ciężko ranny, ale przeżył.















