Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Œwiętokrzyskie

Michałki i medale

materiały prasowe
Zbigniew Pacelt, czterokrotny olimpijczyk, mistrz œwiata w pięcioboju nowoczesnym, poseł, honorowy obywatel Ostrowca Œwiętokrzyskiego.

Rz: Znam nieŸle kariery większoœci najlepszych polskich sportowców XX wieku i żadnej nie mogę porównać z pańskš. Od zawodnika po wiceministra, z sukcesami trenerskimi po drodze. Tego można się nauczyć?

Zbigniew Pacelt: Wszystkiego można się nauczyć, tylko trzeba chcieć. Kiedy minister Stefan Paszczyk zaproponował mi stanowisko dyrektora Departamentu Sportu Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki, miałem 43 lata i żadnych doœwiadczeń w tego rodzaju pracy. Ale Paszczyk wrócił wtedy z Hiszpanii, miał swój udział w przygotowaniach Hiszpanów do igrzysk w Barcelonie. Odniósł tam sukces i wielu rzeczy się nauczył. Postanowił więc zatrudnić kogoœ, kto był zawodnikiem i zna od œrodka sport na najwyższym poziomie.

Niezłe wyzwanie. Bał się pan?

Byłem zawodnikiem, trenerem najpierw Legii, a potem kadry olimpijskiej w pięcioboju i dyrektorem biura, ale nie byłem urzędnikiem państwowym. To jednak nie to samo. Przez pierwsze pół roku rozmawiałem więc codziennie po kilka godzin z mšdrzejszymi od siebie. Okazało się, że dzięki Stefanowi Paszczykowi odkrywam w sobie nowe umiejętnoœci i pasje. Od tamtej pory działam w sporcie jako organizator, zarzšdca, koordynator. Byłem wiceministrem, wiceprezesem Polskiej Konfederacji Sportu, szefem lub zastępcš szefa misji na siedmiu igrzyskach olimpijskich, a przez dziesięć lat także posłem, pracujšcym w Komisji Kultury Fizycznej i Sportu. Teraz jestem prezesem Unii Zwišzków Sportowych Warszawy i Mazowsza.

Czyli jest pan przy sporcie już od ponad pół wieku. Gdyby pan tego nie lubił, to robiłby pan co innego.

Właœnie na tym polega szczęœcie. Robić to, co się lubi. W moim przypadku to jest droga od chłopaka w krótkich portkach i laczkach na basenie w Ostrowcu do igrzysk olimpijskich i stanowisk, na których mogę coœ zrobić dla innych.

Przeczytałem w pańskiej ksišżce „Moje olimpiady, czyli szczęœliwa 13", że urodził się pan i wychował w „białych blokach na Skarpie". Co to takiego?

Tak nazywaliœmy pierwsze osiedle w Ostrowcu, powstałe gdzieœ na przełomie lat 40. i 50. Znajduje się w centrum miasta, od strony dawnej drogi w kierunku Warszawy. Nazwę wzięło od białej cegły. Cegły, a nie wielkiej płyty. Były też „czerwone bloki", zbudowane z cegły czerwonej. Kiedy na ekrany kin wszedł film „Krzyżacy", dzieci z obydwu osiedli toczyły swoje bitwy pod Grunwaldem. Miałem około dziesięciu lat, w ręku pokrywkę od kotła, mieczami były jakieœ tekturowe rury. Nie wiadomo, kto był kim, poza tym, że nikt nie chciał być Krzyżakiem.

Miał pan pierwszy trening szermierczy. Dobry wstęp do pięcioboju.

Tak bym tego nie nazwał. Zaczynałem od pływania, a raczej od pluskania w rzece Kamiennej. Plaża była tam, gdzie w roku 2004, przed igrzyskami w Atenach, oddano do użytku basen. Chodziłem tam, na tzw. Rawszczyznę, z tatš i starszym o półtora roku bratem Krzyœkiem. Brało się jakiœ placek, kompot z rabarbaru i spędzało czas na przyjemnoœciach. Tata stawał w rzece i zachęcał mnie, abym do niego dopłynšł. Pracował w hucie im. Marcelego Nowotki, bywał też sędziš na zawodach pływackich. Pamiętam, że dostawał za tę pracę 20 złotych dziennie i od razu dawał je dzieciom. Kupowaliœmy za to z bratem czekoladę i zostawało jeszcze dwa złote. Ojca znało całe miasto. Lubiłem chodzić z nim na niedzielny spacer po alei 1 Maja. Ale byłem zły, bo tata co kilka kroków puszczał mojš rękę, żeby zdjšć kapelusz i odwzajemnić ukłon ludziom, którzy jemu się kłaniali. Dopiero lody koiły mój dziecięcy ból.

Czy rodzice żyjš?

Tata zmarł, mama liczy sobie 87 lat. Odwiedzam jš regularnie. Brat był trenerem pływania w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Raciborzu.

Ale dzieciństwo, które wspominamy zazwyczaj z rozrzewnieniem, w pańskim przypadku trwało doœć krótko.

Krótko w samym Ostrowcu. Kiedy okazało się, że mam talent do pływania, włšczono mnie do kadry Polski młodzików. Dostawałem nawet tak zwane kadrowe – 450 złotych na kwartał. Jak na potrzeby dziecka to było dużo pieniędzy. Oczywiœcie oddawałem mamie, ale za pierwsze zarobione na basenie pienišdze kupiłem sobie kilogram michałków. Zjadłem je po drodze do domu, więc smak mojego dzieciństwa to nie tylko woda z Kamiennej, stawów w Gutwinie i basenu KSZO, ale i te czekoladowe cukierki. Miałem 15 lat, kiedy opuœciłem dom na zawsze. Można powiedzieć, że dzieciństwo naprawdę się skończyło, ponieważ czułem wprawdzie, że rodzice mnie wspierajš, ale z odległoœci prawie dwustu kilometrów, dzielšcych Ostrowiec od Warszawy.

Jak do tego doszło?

Mógłbym powiedzieć nieskromnie i żartobliwie: to wina talentu. Jeœli często mówi się – czy może mówiło, bo czasy się zmieniły – że jakiœ chłopak po rzuceniu tornistra w kšt szedł grać w piłkę, to ja po przyjœciu ze szkoły szedłem na basen. Jako 11-latek pływałem po kilka kilometrów dziennie. Uznano, że powinienem rozwijać talent w lepszych warunkach niż te w Ostrowcu. Znalazłem się więc w szkółce pływackiej przy liceum na Bielanach. Przy ulicy Lindego, w jednym miejscu mieliœmy szkołę, internat, stołówkę, obiekty sportowe. Można się było realizować nie wychodzšc na ulicę. Ale już na poczštku zorientowałem się, na czym polega przeskok z mojego Ostrowca do stolicy.

Ile miał pan wtedy lat?

26 sierpnia 1966 roku skończyłem 15, a pięć dni póŸniej mama odprowadziła mnie na PKS odjeżdżajšcy do Warszawy. Odwagi dodawał mi tylko mój kolega Jasiu Wiederek. On miał 17 lat. Wyobraża pan sobie, że dziœ rodzice puszczajš takich dzieciaków w dalekš podróż? Wysiedliœmy na Żytniej i wiedzieliœmy tylko, że mamy wsišœć w tramwaj nr 17, który nas dowiezie na Bielany. Wsiedliœmy, tyle że pojechaliœmy w przeciwnš stronę, do pętli na Koło. No i od razu wszystkie pienišdze, jakie mieliœmy, musieliœmy wydać na taksówkę. Tak się zapoznawałem z wielkim œwiatem. A Janek Wiederek był do niedawna szefem wyszkolenia Polskiego Zwišzku Pływackiego.

Tak naprawdę zobaczył pan œwiat na igrzyskach w Meksyku, jako 17-latek.

To były moje pierwsze igrzyska, pierwszy lot samolotem przez ocean, od razu tak daleko. Miałem za sobš już pierwsze tytuły mistrza Polski, ale na igrzyska to było za mało. Jeszcze się wtedy uczyłem. Cztery lata póŸniej, w Monachium, też nie dotarłem do finału. Wtedy pomyœlałem sobie: masz 21 lat, chłopie, na koncie ponad 40 tytułów mistrza Polski i tyle samo rekordów, ale tylko jeden udział w finale mistrzostw Europy. Za mało jak na ambitnego chłopaka. No i zmieniłem dyscyplinę. Na igrzyska w Montrealu i Moskwie pojechałem już jako pięcioboista.

Po złotym medalu Janusza Peciaka w Montrealu robiliœmy sobie nadzieje na medal w konkurencji drużyn. Dlaczego się nie udało?

Po czterech konkurencjach zajmowaliœmy trzecie miejsce. Najproœciej byłoby powiedzieć, że skoro przegraliœmy bieg, to on zadecydował. Krzysiek Trybusiewicz był wysokim zawodnikiem, pofałdowana trasa zupełnie mu nie odpowiadała, w dodatku zaczšł zbyt ostro i nie wytrzymał kondycyjnie. Ale to byłoby uproszczenie. Miałem pecha na strzelnicy, gdzie straciłem punkty za wadliwy pistolet, brakowało nam po jednej wygranej walce w szermierce. To jest sport, wyprzedzili nas Węgrzy. Ale wynik, jaki wtedy osišgnęliœmy – 15 343 punkty – był naprawdę bardzo dobry. Przed nami tylu punktów nie zdobyła żadna polska reprezentacja. Tym bardziej żal, że medal przeszedł nam koło nosa.

Odbiliœcie to sobie rok póŸniej.

Dokładnie rok i dwa lata póŸniej. W 1977 w San Antonio i 1978 w Jönköping Polska wywalczyła tytuły mistrza œwiata. Na obydwu imprezach w takim samym składzie: Janusz Peciak, Sławek Rotkiewicz i ja. Na igrzyskach w Moskwie w roku 1980, mimo że byłem w formie i dobrze się czułem, trener wyznaczył mi rolę rezerwowego. Uznałem, że trzeba przejœć na inne pozycje, i sam zostałem trenerem.

Czy dwa złote medale olimpijskie Arkadiusza Skrzypaszka w Barcelonie w roku 1992 zrekompensowały panu to, że sam nie stał pan na olimpijskim podium?

Nie, to zupełnie inna sprawa. Niezwykła satysfakcja, jakš może mieć trener, którego zawodnicy sš najlepsi na œwiecie. Tym bardziej że kiedy przez cztery sezony, na przełomie lat 80. i 90., byłem trenerem kadry, zdobyliœmy siedem medali na igrzyskach, mistrzostwach œwiata i Europy. Polska była wtedy potęgš pięciobojowš. Mam satysfakcję także z tego powodu, że kiedy jechaliœmy do Barcelony, to zawodnicy, bioršc pod uwagę wyniki na mistrzostwach œwiata i Europy, mówili: jedziemy bronić swoich pozycji. Pytam ich: jakich pozycji? Gdzie byliœmy na igrzyskach w Seulu w 1988 roku? Na dziesištym miejscu. To czego tu bronić? Chłopaki trochę się zreflektowali, podeszli do zawodów bardzo poważnie i nie zawiedli. Arek Skrzypaszek, Maciek Czyżowicz i Dariusz GoŸdziak zdobyli złoty medal. Znowu, już spełniony, mogłem przejœć na pozycję działacza.

Jest pan jedynym człowiekiem sportu, któremu przyznano tytuł Honorowego Obywatela Miasta Ostrowca Œwiętokrzyskiego. Szukam w historii miasta innych sportowców, trochę znajduję, ale pan ze względu na osišgnięcia jest wyjštkiem.

Z Ostrowca lub najbliższych okolic pochodzi sporo znanych sportowców: œredniodystansowiec Witold Baran, pływacy Jurek Tracz i Marek Gomuła, wspomniany trener Janek Wiederek, piłkarze wodni i nożni, Andrzej Zamilski, który z juniorami do lat 16 zdobył tytuł mistrza Europy. Ten tytuł przyznano mi prawdopodobnie nie tyle za osišgnięcia sportowe, ile pomoc w zrealizowaniu ważnych sportowych inwestycji: basenu olimpijskiego i hali widowiskowo-sportowej. Przez dziesięć lat byłem posłem ziemi œwiętokrzyskiej, więc starałem się pomagać w jej rozwoju. Poseł pomaga, lobbujšc i szukajšc pieniędzy. Mnie udało się zebrać 15 mln złotych na pływalnię Rawszczyzna i 20 mln na halę. Na jej otwarcie w roku 2011 polscy siatkarze zagrali z Brazyliš. Niedawno otrzymałem list od rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego informujšcy, że kapituła przyznała mi medal „Kalos Kagathos", nadawany sportowcom, którzy po zakończeniu kariery osišgnęli sukces w innych dziedzinach. Przez całe życie staram się robić to, co pożyteczne. Kiedy ludzie to doceniajš, mam satysfakcję, że wybrałem słusznš drogę. W plebiscycie „PS" zdobyłem tytuł Trenera Roku '92 za sukcesy na igrzyskach w Barcelonie. Jest to dla mnie bardzo ważne, bo tytuł ten przyznawali dziennikarze sportowi.

Zbigniew Pacelt (urodzony w roku 1951) – czterokrotny olimpijczyk w pływaniu i pięcioboju nowoczesnym, dwukrotny mistrz œwiata w pięcioboju, trener kadry olimpijskiej, poseł na Sejm, prezes Polskiego Zwišzku Pięcioboju Nowoczesnego, członek zarzšdu Polskiego Komitetu Olimpijskiego przez kilka kadencji. Sekretarz stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki. Trzynastokrotny uczestnik igrzysk olimpijskich jako zawodnik, trener, szef Misji Olimpijskiej.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL