Podlasie

Ireneusz Mamrot, trener Jagiellonii Białystok: Muszę się szybko uczyć

Ireneusz Mamrot, trener Jagiellonii Białystok.
Jagiellonia
O siedmiu latach z Chrobrym Głogów i pięknym futbolu, którego wymaga od swoich piłkarzy opowiada Ireneusz Mamrot, trener Jagiellonii Białystok.

Rz: Celem na ten sezon jest miejsce w pierwszej ósemce, grudzień się kończy, a plan zrealizowany z nawiązką: Jagiellonia jest w czołówce tabeli. A jakby tego było mało, to jeszcze rozbiliście groźną Koronę Kielce 5:1.

Ireneusz Mamrot: Mówiłem o miejscu w pierwszej ósemce, bo taki cel postawił przede mną zarząd klubu i na razie jesteśmy na dobrej drodze do jego osiągnięcia. Jesteśmy zadowoleni z pozycji w tabeli, zwłaszcza że latem, ze względu na grę w pucharach, mieliśmy bardzo mało czasu na przygotowanie do sezonu. Nie będę ukrywał, że nas samych zaskoczyły rozmiary zwycięstwa nad Koroną, która jesienią prezentowała się naprawdę dobrze i grała bardzo ofensywnie. Zagraliśmy po prostu dobry mecz.

W połowie grudnia liczy się głównie zdrowie?

Piłkarska jesień jest dla nas bardzo długa, bo zaczęła się latem, a kończy w zimie. Drużyny, który walczyły w Europie, rozegrały naprawdę wiele spotkań i to normalne, że organizmy piłkarzy mogą być przeciążone. Nas te problemy również dopadły, mamy w drużynie sporo urazów i nie wszyscy są zdolni do gry. Na szczęście w meczu z Koroną ci, którzy dostali szansę, godnie zastąpili kolegów. Nie jest dla mnie problemem, jeśli ze składu wypadnie mi nawet trzech zawodników, ale pod warunkiem, że po jednym z każdej formacji.

Pan jest pewnie przyzwyczajony do kombinowania z ustawieniem drużyny, bo w I lidze w Chrobrym Głogów trzeba się było nieraz napocić. Nie dość, że mniej klasowych piłkarzy do dyspozycji, to jeszcze trzeba koniecznie zmieścić młodzieżowca...

Wystawianie do gry młodego zawodnika nie było problemem, ale kadra, którą miałem do dyspozycji, nie była tak wyrównana jak w ekstraklasie ze względu na ograniczenia finansowe. To było największym problemem. W Jagiellonii są bardzo małe różnice w umiejętnościach zawodników i to znacznie poszerza moje pole manewru. W pierwszej lidze jest większy dystans między tymi, którzy grają regularnie, a tymi, którzy uzupełniają skład. W ekstraklasie każdy chce grać i każdy może grać.

Ekstraklasa to inny świat pod względem finansowym i organizacyjnym. Myśli pan czasami: co wy wiecie o życiu, ja przeszedłem przez niższe ligi?

Są różni piłkarze. To, że ktoś dzisiaj gra w ekstraklasie i zarabia dobre pieniądze, nie znaczy, że zawsze miał lekko. Zdarzają się zawodnicy, którzy dużo przeszli i musieli poświęcić wiele czasu oraz zdrowia, żeby się znaleźć w tym miejscu. Oni cenią każdą chwilę spędzoną w ekstraklasie. Mamy też grupę takich, którym wszystko przyszło lekko i dopiero gdy kończą karierę, uświadamiają sobie, że trochę czasu zmarnowali i mogli zajść dużo wyżej. Najważniejsza jest świadomość zawodnika. Jeśli dojrzeje szybko, to przy odrobinie talentu popartego ciężką pracą może skończyć w lidze zagranicznej.

Pan szedł do ekstraklasy długą drogą...

Nikt mi niczego za darmo nie dał. Dzięki temu cieszę się każdym dniem w ekstraklasie i wiem, że nie mam prawa na nic narzekać. Przyznaję, że trwało to długo. W niższych ligach pracuje się zupełnie inaczej niż z profesjonalnymi piłkarzami. Teraz muszę się szybko uczyć ekstraklasy.

Co lata spędzone w pierwszej lidze pomogły panu wnieść do ekstraklasy?

Moim zdaniem nie powinno być rozróżnienia na trenerów z ekstraklasy i pierwszej ligi: albo masz coś do zaproponowania, albo nie, bez względu na poziom. Znam wielu bardzo dobrych szkoleniowców, którzy dzisiaj pracują w pierwszej albo drugiej lidze, i mam nadzieję, że kiedyś trafią na najwyższy poziom. Wiele w tym zawodzie zależy od szczęścia. Można być przez wiele lat asystentem albo szkolić młodzież i nagle zostać pierwszym trenerem.

Przed panem nagle otworzyła się szansa. Był pan zaskoczony?

Oczywiście, tym bardziej że propozycja z Jagiellonii przyszła po sezonie, w którym Chrobry grał dobrze. Na początku dyrektor klubu w Głogowie nie chciał o niczym słyszeć, bo podpisałem kontrakt. Przekonywałem go, że więcej podobnej oferty mogę nie dostać, a po to pracowałem przez całe życie, żeby wejść na najwyższy poziom. Nie udało mi się zrealizować tego marzenia jako piłkarzowi i tym bardziej byłem zdeterminowany jako trener. Cieszę się bardzo, bo lata lecą, a moi rówieśnicy już od kilku sezonów pracują w ekstraklasie.

Dorobił się pan już przydomka „Ferguson z Głogowa" ze względu na wiele lat spędzonych w Chrobrym...

Dzisiaj takie osiągnięcie naprawdę robi wrażenie. Po ostatnich zwolnieniach pojawiły się artykuły, jak długo trenerzy pracują w ekstraklasie, więc moich siedem lat spędzonych w Głogowie jest jakimś kosmicznym wynikiem. Nie widzę w takich nagłych zmianach, w tej gonitwie zbyt wielkiej logiki. Nie rozumiem tego, co się dzieje. Jestem chyba czwartym czy piątym trenerem w ekstraklasie pod względem długości zatrudnienia w klubie, a pracuję w Jagiellonii od pół roku. Nie wiem, o kim to źle świadczy, ale wydaje mi się, że nie o trenerach.

Czytałem, że nawet pracując w niższych ligach, miał pan już dość karuzeli trenerskiej, tym bardziej że nie było z tego wielkich pieniędzy.

To były czasy, kiedy kluby nie były zbyt stabilne, więcej było obiecywania, a mniej płacenia, i trzeba było dorabiać, żeby się utrzymać. W dwóch czy trzech klubach pieniądze mi przepadły i wiem, że już ich nie odzyskam. To denerwowało tym bardziej, że poświęcałem swojej pracy mnóstwo czasu, zdrowia, a później przez trzy, cztery miesiące nie dostawałem wypłaty. To naprawdę mogło zniechęcić. Oczywiście, piłka to była i jest moja pasja, ale miałem już wtedy rodzinę na utrzymaniu. Żona widziała, że mnie wiecznie w domu nie ma, a musiała nas utrzymywać. Wyglądało to tak, jakby mąż miał bardzo drogie hobby, które trzeba sponsorować.

Podobno dorabiał pan nawet jako dziennikarz?

Zajmowałem się w lokalnej gazecie wszystkim – od marketingu po dystrybucję, a przy okazji napisałem kilka razy relacje z meczów niższych lig, bo redakcja nie miała kogo wysłać. Daleko mi do bycia dziennikarzem. (śmiech)

Wyjechał pan po siedmiu latach w Głogowie na drugi koniec Polski. To powiększa trudności?

Idąc do Jagiellonii, w wieku 46 lat po raz pierwszy miałem zacząć pracować poza Dolnym Śląskiem, a do tego na najwyższym poziomie. Jednak wszystko odbyło się płynnie, a dodatkowo bardzo pomogli mi ludzie, którzy pracują w klubie. Dzięki temu adaptacja była dużo łatwiejsza.

Od razu zaczął pan też grę w europejskich pucharach.

Wszystko się nawarstwiło. Po pracy w pierwszej lidze, jeśli miałem nadzieję na ofertę z ekstraklasy, to raczej od klubu, którego celem jest walka o utrzymanie. A tymczasem objąłem zespół, który rywalizuje w Europie. Dla ludzi patrzących z boku mogłoby to się wydawać dziwne. To było duże wyzwanie dla mnie. Żałuję dwumeczu z Qabalą. Uważam, że w pierwszym meczu wyjazdowym byliśmy lepsi i mieliśmy szansę na zwycięstwo. W następnej rundzie doszłoby do meczu z Panathinaikosem. To byłoby wielkie wydarzenie w Białymstoku.

Jak pan ocenia z perspektywy kilku miesięcy odpadnięcie z pucharów?

Jako duży niedosyt, bo jeśli odpada się z rywalem, który był dużo lepszy, łatwiej to zrozumieć. Na wyjeździe było 1:1, a w rewanżu nasi rywale pierwszego gola zdobyli po rykoszecie, a drugiego dołożyli, gdy postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Szkoda, bo Jagiellonia nigdy nie przeszła w pucharach do trzeciej rundy.

Pana drużyny mają grać ładnie, tego pan wymaga, ale to nie zawsze oznacza zwycięstwa, a w ekstraklasie stołki są gorące. Warto tak ryzykować?

Zgadza się, dlatego w kilku meczach postawiliśmy na wyrachowanie. Chcę grać ładnie, ale czasami trzeba po prostu zdobyć punkty. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że brakuje chłodnej analizy, nawet wśród dziennikarzy. Zdarzają się mecze, w których lepsza drużyna przegrywa, a chwalony jest zawsze zwycięzca. Nikt nie zwraca wtedy uwagi, że to przegrany miał lepszy pomysł, grał ciekawiej, ale zabrakło szczęścia. Media też mogą pomóc, jeśli bardziej będą doceniały piękny futbol.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL