Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Życie Ziemi Lubuskiej

Gdzie była krwawa granica

materiały prasowe
Nie da się napisać retrokryminału zza biurka – mówi Krzysztof Koziołek, powieściopisarz z Nowej Soli.

Akcja jego nowej powieści „Góra Synaj" toczy się pomiędzy Nową Solą a leżącym już za granicą województwa dolnośląskiego Głogowem. Jest rok 1938. Miejscowa policja prowadzi śledztwo w sprawie śmierci kilkuletniego chłopca. Nieszczęśliwy wypadek czy zabójstwo? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć nie tylko niemiecka policja, ale także pewna hrabina, kontaktująca się z polskim wywiadem, która prowadzi śledztwo na własną rękę.

Tło stanowią przedwojenne ulice o niemieckich nazwach. Niemcy to również większość bohaterów powieści, choć Koziołek rysuje na drugim planie całą różnorodność kulturową, która dopiero za kilka miesięcy zostanie całkowicie wyniszczona. W tym pozornie jednolicie germańskim świecie mamy więc żydowskie kwartały, braci morawskich, którzy nad Odrę przywędrowali z Czech, i oczywiście Polaków.

Retrokryminały

„Góra Synaj" to już 13. powieść Koziołka, a zarazem drugi retrokryminał w jego dorobku. Jego pisarska kariera przyspieszyła po premierze książki „Furia rodzi się w Sławie" z 2015 r. Akcja „Furii..." rozgrywała się na ziemi lubuskiej podczas wojny, więc „Góra Synaj" stanowi niejako jej prequel. „Furia..." przyniosła Koziołkowi sporo uznania i nominacji, m.in. do Lubuskiej Nagrody Literackiej oraz nagrody dla powieści miejskiej Kryminalna Piła. Trzeci tom tego cyklu ma się ukazać na jesieni.

Powieści Krzysztofa Koziołka są skierowane do dorosłych i młodzieży. To sensacje i kryminały, w których trup ściele się gęsto, ale przemoc ma wymiar konwencjonalny. Autor nią nie epatuje, skupia się raczej na kulturowo-historycznym podłożu opowieści. Akcja wielu jego książek rozgrywa się na terenie województwa lubuskiego, ale za każdym razem pisarz stara się zmieniać miasto, by nie nudzić czytelników.

Urodził się w 1978 r. w Zielonej Górze, a jego rodzina pochodzi spod Wolsztyna. Jak to się stało, że zamieszkał w Nowej Soli? – Moja historia bardziej przypomina wątek z kart romansu aniżeli kryminału – śmieje się pisarz. – Przywędrowałem tu za miłością mojego życia, bo moja żona stąd pochodzi. Poznaliśmy się w „Gazecie Lubuskiej", gdzie pracowałem jako dziennikarz. W redakcji zajmowałem się praktycznie wszystkim, co dotyczyło Nowej Soli, i mogę powiedzieć, że to doświadczenie procentuje dziś przy pisaniu książek, zwłaszcza umiejętność docierania do informacji, źródeł i ludzi – opowiada nam Krzysztof Koziołek.

– Początkowo założyłem własne wydawnictwo – wspomina Koziołek. – Dla kogoś, kto sam wydaje swoje książki, wynik w okolicach 2 tys. sprzedanych egzemplarzy jest już sporym osiągnięciem jak na polskie warunki.

Niemniej wymaga to olbrzymich nakładów pracy, bo poza pisaniem trzeba też samemu zadbać o edycję, formalności, a także promocję i marketing. Dlatego kiedy pojawiła się propozycja z ogólnopolskiej oficyny Akurat, będącej częścią warszawskiej Muzy, pisarz się nie wahał. Dziś walczy o rozpoznawalność i chciałby zdobyć finansową niezależność, tak żeby mieć komfort pisania jednej powieści przez kilka godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, przez kilka miesięcy. Krótko mówiąc – zostać zawodowym pisarzem.

Jaki ma na to przepis Krzysztof Koziołek? Stawia na solidną dokumentację historyczną. Widać to w „Górze Synaj", gdzie adresy są podane w dawnych niemieckich formach, a topografia powieściowej Nowej Soli i Głogowa często odbiega od współczesnej, bo została stworzona na podstawie przedwojennych map. – Jestem wierny, gdy chodzi o takie szczegóły, jak tytuły gazet, mapy czy nazwy ulic – omawia swój warsztat Koziołek. – Często posługuję się dawnymi książkami adresowymi (Adressbuchami), więc nawet nazwiska występujące na kartach powieści są autentycznymi nazwiskami przedwojennych mieszkańców.

Wyznaje zasadę, że jeśli nie musi czegoś wymyślać, to tego nie robi. Jednak na ziemi lubuskiej i Dolnym Śląsku często trudniej dotrzeć do przedwojennych źródeł niż w Warszawie, Krakowie czy Lublinie. Źródła są niepewne, a relacje czasem sprzeczne. – Kiedyś próbowałem dotrzeć do informacji, czy w czasie wojny Niemcy na terenach ziemi lubuskiej kupowali mięso i alkohol na kartki. Dotarłem do dwóch świadków, którzy żyli w tamtych czasach. Tylko że jeden mówił, że tak, a drugi, że nie – wspomina jedną z takich sytuacji Koziołek.

6 tys. stron

Jak wygląda codzienna praca nad retrokryminałem? Trochę jak kwerenda naukowa. Przy pracy nad jedną z powieści Krzysztof Koziołek wyliczył, że przeczytał sześć tysięcy stron materiałów historycznych. – Spędzam wiele godzin na dokumentacji muzealnej, spisuję notatki i robię szkice – tłumaczy pisarz. – Ale retrokryminału nie da się napisać zza biurka. Dlatego z tymi wszystkimi szkicami i kserówkami wychodzę w miasto i wszystko porównuję – dodaje.

Za każdym razem dokonuje też ciekawych odkryć. W „Górze Synaj" opisuje tarcia pomiędzy niemieckimi mieszkańcami regionu a polskimi robotnikami sezonowymi. – Dotarłem do tajnego memoriału lokalnych władz NSDAP. Wystosował je do Berlina miejscowy kacyk, skarżąc się, że Polacy zabierają rodowitym Niemcom pracę i chleb – mówi o swoim znalezisku i podkreśla: – Skoro już znalazłem dokument, który idealnie wpasowuje się w wymyśloną przeze mnie historię, to grzechem byłoby go nie wykorzystać.

Inne wątki, np. religijne i kulturowe, też są oparte na źródłach. Sam często jest zaskoczony własnymi odkryciami. – Wiedziałem, że Nowa Sól miała tradycje robotnicze. Były tu świetnie prosperujące fabryki, które radziły sobie na rynkach europejskich. Jednak dopiero pracując nad „Górą Synaj", zorientowałem się, że szła za tym fabrykancka kultura. Dawniej przemysłowcy dbali o swoich robotników, tu zdaje się odzywać protestancka etyka pracy. Budowano osiedla dla robotników, stołówki, żłobki i miejsca odpoczynku. Dzisiaj można o czymś takim chyba tylko pomarzyć – podsumowuje.

Innym olśnieniem była historia żydowskiej społeczności w Głogowie. – Mimo że mieszkam w Nowej Soli, czyli 30 km od Głogowa, nie miałem pojęcia, że była tam jedna z bogatszych gmin żydowskich. Tamtejsza synagoga kosztowała milion marek, na owe czasy fortunę. To była jedna z piękniejszych synagog w Europie. Skończyła, niestety, tak jak większość synagog na terenie ówczesnej Rzeszy... – kończy ze smutkiem.

Życie na pograniczu ma swoją specyfikę. Nad Odrą relacje społeczne wyznaczały przemieszczające się granice i polityka, która nie zważa na to, jak przebiegają miedze. – Rodziny się mieszały. Polki wychodziły za Niemców, a Polacy żenili z Niemkami. Gdy przesuwała się granica, nagle okazywało się, że gospodarstwo Niemca znajduje się w Polsce i na odwrót. Zwykłym ludziom strasznie to psuło życie – opowiada Koziołek.

Trudne relacje

Poza tym wojna na tych terenach przebiegała w specyficzny sposób. – Znajomi muzealnicy, którzy rozmawiali z lubuskimi autochtonami, mówili, że dla Niemców wojna wybuchła dopiero w 1945 r., kiedy już Armia Czerwona stała po drugiej stronie Odry i musieli uciekać. Dopóki ich armia zwyciężała na frontach, to spokojnie sobie żyli, chodzili do restauracji i na kręgle – mówi pisarz, ale szybko dodaje: – Oczywiście należy pamiętać, że nie każdy Niemiec był zły. Gdy w czasie wojny przywożono tu na roboty Polaków, niemieccy gospodarze wykorzystywali to bezwzględnie, ale niektórzy zachowywali się przyzwoicie.

Dzisiaj relacje polsko-niemieckie wyglądają inaczej. Wielu Niemców przyjeżdża tu z wizytami, miasta przygraniczne nawiązują relacje partnerskie, a uczniowie szkół jeżdżą na wymiany.

Jednak „krwawa granica" – jak czasami się ją określa – pozostawiła po sobie blizny. – Jeszcze długo po 1945 roku były całe miejscowości, w których nie remontowano budynków, stodół i ogrodzeń, bo mówiono, że Niemcy tu jeszcze wrócą i że wszystko jest tymczasowe – opowiada pisarz. – Mam wrażenie, że dzisiaj na ziemiach zachodnich trochę brakuje nam tożsamości. Po wojnie zdarzało się myślenie, że wszystko co niemieckie jest złe i trzeba to zburzyć. Teraz widzę, jak ludzie z moich roczników odkrywają historię tego miejsca i ludzi na nowo. Młodsze pokolenia już nie patrzą przez pryzmat polityki - bardziej interesuje ich to, kto sto lat temu chodził tymi samymi ulicami i co po sobie pozostawił.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: m.kube@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL