Prestiż czy realne korzyści?

aktualizacja: 04.04.2017, 21:00
Piotr Mazurkiewicz
Piotr Mazurkiewicz
Foto: Fotorzepa / Waniek Ryszard

Wiele lat i dekad temu zorganizowanie w mieście ogromnej, międzynarodowej imprezy wydawało się szczytem marzeń. Nie tylko lokalnych włodarzy, którzy przy okazji mogli przecinać wstęgi przed coraz to otwieranymi inwestycjami.

Mieszkańcy również doceniali szanse na przyspieszenie rozwoju nie tylko za pieniądze z kasy miejskiej, ale przy solidnym wsparciu budżetu państwa.

Jednak ostatnio magia takich wydarzeń jakby osłabła. Najmocniej widać to w przypadku igrzysk olimpijskich, zarówno letnich, jak i zimowych. Zwłaszcza w ostatnim przypadku rzeczywistość nie wytrzymuje już konfrontacji z planami komitetów organizacyjnych. Bogate kurorty narciarskie z północnej Europy nie potrzebują już u siebie tłumów gości olimpijskich, wieloletnich remontów i budowania obiektów, które po olimpiadzie nie będą do niczego potrzebne. I bez tego zamieszania oraz kosztów mają wystarczająco wielu gości, co i tak przestaje się podobać lokalnym mieszkańcom.

W miarę rosnącego poziomu zamożności coraz cenniejszy staje się po prostu święty spokój, a tego olimpiada nikomu nie da.

Dlatego szokiem dla wielu były ostatnie decyzje mieszkańców choćby Oslo czy kilku kurortów szwajcarskich, które powiedziały twarde „nie" planom władz. Kubłem zimnej wody okazało się także podobne referendum w Krakowie. Miasto i tak duszące się w smogu nie chciało nawet starać się o prawo do zorganizowania olimpiady.

Z letnimi igrzyskami jest podobnie, ogromne koszty, które mają minimalne szanse na zbilansowanie się, to fanaberia tylko dla bogatych. Igrzyska przestały być traktowane jako impuls do rozwoju miast, tylko raczej pole dla chorych ambicji i ogromnego marnotrawstwa. Czyli naftowe monarchie z Zatoki Perskiej będą zachwycone, pewnie zagoszczą je u siebie.

W przypadku Expo widać taki trend najmniej. Dlaczego? Ponieważ to impreza, która stawia sobie za cel faktyczne przyciągnięcie zwiedzających, zainteresowanych ofertą najróżniejszego rodzaju z poszczególnych państw. Chodzi nie tylko o sztukę, ale także kulinaria, design, muzykę. Wymieniać można jeszcze długo, a i tak zawsze pojawia się coś zaskakującego i wymykającego się dotychczasowym regułom.

Co chyba najważniejsze, Expo nie odbywa się pod dyktat telewizji i komercyjnych, globalnych sponsorów. Ich celem jest schlebianie wyłącznie masowym i przez to raczej nieskomplikowanym gustom, a raczej ich brakowi. Dlatego Expo odbywa się w Mediolanie czy Lizbonie, a igrzyska w Rio de Janeiro czy Soczi.

Wizerunkowo miasta na Expo zyskują najbardziej, ale z kolei wystawy tego typu nie wiążą się z tak zmasowanymi inwestycjami w infrastrukturę. Dla Łodzi to i tak szansa, zobaczymy, czy uda się ją wykorzystać.

POLECAMY

KOMENTARZE