Łódzkie

Łódzka odsłona depeszomanii

Dave Gahan
Fotorzepa / Piotr Nowak
Depeche Mode zagra w Atlas Arenie 9 lutego. Zespół wystąpi też 7 lutego w Krakowie i 11 lutego w Trójmieście, gdzie bilety są wyprzedane.

Trudno w to uwierzyć, ale depeszomania trwa już od 1980 r. Trio należy do światowej czołówki. Sprzedało ponad 100 mln albumów.

Niesamowite tournée

Płyta „Spirit", wydana w 2017 roku, jest czternastą w dyskografii zespołu, a w Polsce była jednym z dwóch największych płytowych bestsellerów minionego roku. Kupiło ją ponad 50 tys. fanów.

W Stanach Zjednoczonych debiutowała na pierwszym miejscu „Billboardu". W pierwszy weekend obecności w sklepach rozeszły się 64 tys. egzemplarzy. To był największy fonograficzny sukces zespołu w Ameryce od czasu premiery „Sounds of Universe" w 2009 roku.

Znakomicie szła również w zeszłym roku sprzedaż biletów na pierwszą część światowego tournée. 17 pierwszych występów na europejskich stadionach przyniosło dochód 46,5 mln dolarów za ponad 600 tys. sprzedanych biletów. W Hanowerze podczas dwóch koncertów zgromadziło się 150 tys. fanów, co dało 6,2 mln dolarów. Najbardziej dochodowy był jednak występ na London Stadium. Wysokie ceny sprawiły, że 65 tys. fanów zapłaciło za wejście na koncert łącznie 5,2 mln dolarów. Warszawski show na PGE Narodowym miał podobną frekwencję, co koncerty w Rzymie i w Mediolanie – obejrzało go blisko 55 tys. fanów, a dochód miał wynieść około 3,3 mln dolarów.

Depeche Mode przyzwyczaili wszystkich do znakomitych i dochodowych koncertów. Poprzednie tournée, złożone z blisko stu występów dla 2 mln fanów, przyniosło 150 mln dolarów.

Od sierpnia muzycy koncertowali w Ameryce. Od listopada do lutego goszczą w europejskich halach, zaś w marcu pojadą do Ameryki Łacińskiej. Repertuar halowych koncertów jest nieco krótszy od stadionowych. Rozdzielone zostały też piosenki śpiewane przez Martina Gore'a. Muzycy nie wykonują już „Heroes" w hołdzie dla Davida Bowiego. Na koniec śpiewany jest „Personal Jesus".

O tym, że Polska jest szczególnym miejscem dla Depeche Mode, świadczy to, że podczas zimowej odsłony tournée tylko w naszym kraju odbędą się trzy halowe występy. Więcej – sześć – zaplanowano jedynie w Niemczech. A warto pamiętać, że Depeche Mode powróci latem na Open'era. To będzie już jednak show organizowany przez innego promotora niż Live Nation – Alter Art.

Rewolucja

Depeche Mode ma w dorobku wiele szlagierów, ale po premierze nowej płyty „Spirit" fani czekają szczególnie na przebój „Where's Your Revolution", bodaj najostrzejszą polityczną piosenkę Depeche Mode.

– Dave Gahan i Martin Gore skomponowali ją już kilka lat temu, tak jakby mieli przeczucia na temat tego, co się wydarzy – powiedział nam Andy Fletcher. Teraz piosenka trafiła na idealny moment. Świat zaczął wariować, polityczne wahadło wychyliło się mocno na prawo i obserwujemy wszędzie falę populizmu. Najpierw mieliśmy brexit, a potem wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wszyscy czekaliśmy na to, co się wydarzy we Francji, gdzie prezydentem mogła zostać Marine Le Pen. Jestem jedynym członkiem grupy, który został w Wielkiej Brytanii, ale nastroje wszędzie są mniej więcej podobne. Spotykamy się zresztą w Londynie, ponieważ odbywają się tu próby. Napięcie jest duże. W Londynie mieszka bowiem najwięcej imigrantów, ale też Brytyjczyków, którzy byli przeciwko brexitowi. Za wyjściem z Unii Europejskiej opowiedzieli się przede wszystkim mieszkańcy małych miasteczek i ludzie starsi. Zrobili nam kłopot. Nie wiem, na co głosowali.

Tytuł albumu „Spirit" ma szczególny wyraz.

– Pytamy o to, co się dzieje z duchem ludzkości, z humanizmem – mówi Andy Fletcher. – Osobiście odnoszę go przede wszystkim do dobrej atmosfery, dobrego ducha w zespole. Naprawdę nastrój w grupie jest znakomity. Bodaj najlepszy, odkąd pamiętam. Przeszliśmy razem wiele, a teraz panują między nami bardzo dobre relacje. Mamy wielki głód tworzenia nowej muzyki i koncertowania.

Większość uważa, że Depeche Mode to grupa grająca muzykę elektroniczną, a przecież wiele piosenek opartych jest na bluesie.

– Nie ma co się sugerować instrumentarium – mówi klawiszowiec zespołu. – Używamy dużo elektroniki, ale moi koledzy interesują się innymi gatunkami. Blues jest wśród nich i odgrywa dużą rolę. I tak było od początku. Vincent Clark, z którym zakładałem Depeche Mode, łączył blues i brzmienia syntezatorów.

Depeszomania trwa na świecie od wielu lat.

– Nie możemy narzekać – komentuje Fletcher. – Nasi fani to bardzo mili ludzie, często spotykam się z miłymi gestami na ulicy, a jednocześnie nie jestem zamęczany prośbą o rozmowę. Myślę, że tacy fani to skarb. Odczuwamy z nimi mocną więź. To widać na koncertach. Z Polski zapamiętałem przede wszystkim pierwszy koncert u was, bo to był nasz pierwszy występ za żelazną kurtyną. Trudno nie pamiętać próby, na której towarzyszyli nam policjanci. Nigdy wcześniej ani później czegoś podobne nie przeżyliśmy. Ale przyjęcie fanów był znakomite. Wtedy i później też. Czujemy z Polską dużą więź.

Trudny czas

Tajemnicą sukcesu zespołu jest być może to, że funkcjonuje w stanie nieustannego kryzysu, co wymaga ciągłej mobilizacji.

– Pomimo wieloletniej kariery, pomimo wielu wydanych albumów i zagranych koncertów jesteśmy pesymistami i czujemy się niepewnie – powiedział Martin Gore w wywiadzie dla „Guardiana". – Od czasu „Black Celebration" w 1986 r. nikt z nas nie jest w stanie zagwarantować, że spotkamy się, aby nagrać kolejny album. Lata mijają, a my wciąż nie potrafimy się dobrze komunikować. Jesteśmy przynajmniej delikatnie dysfunkcyjni, ale może to właśnie nas łączy i ostatecznie daje szansę na wzajemne porozumienie.

Paradoks funkcjonowania jednego z najsłynniejszych zespołów świata polega na tym, że jego członkowie nie są już facetami z sąsiedztwa. Martin Gore przeniósł się do Santa Barbara w Kalifornii, Dave Gahan wybrał Nowy Jork i tylko Andy Fletcher mieszka w Anglii, w Londynie. Może dlatego się nie pozabijali, a każde spotkanie staje się początkiem muzycznego święta.

Najgorsze były lata 90., gdy Gahan uzależnił się od heroiny. Gore zaprzecza jednak, że pisząc o najciemniejszych stronach ludzkiego życia, opisywał wyłącznie problemy wokalisty.

– Obserwowałem siebie – tłumaczy. – Sam miałem ze sobą wiele problemów. Już na początku kariery zauważyłem, że mam zbyt dużą skłonność do alkoholu. Potem przez lata byłem strasznym alkoholikiem.

Gore zauważa, że tolerancja dla uzależnionych gwiazd jest większa niż dla zwykłych ludzi.

– Jakie to zabawne zobaczyć pijanego idola śpiewającego w barze! – ironizuje. – Na początku dobrze się bawiliśmy taką rolą. Ale jest cienka linia, po której przekroczeniu zaczyna się koszmar. Kiedy na śniadanie musisz wypić dwa kieliszki wódki, zaczyna być niedobrze.

Najgorszy był czas rozwodu Gore'a, który przypadł na okres nagrywania albumu „Playing the Angel" w 2005 r.

– Martin przychodził do studia lekko pijany – wspomina Gahan. – Wiedzieliśmy, że mamy tylko kilka godzin, bo potem będzie za późno na cokolwiek. Producent Ben Hillier wieszał mu gitarę na szyi i nagrywaliśmy, ile się da i co się da.

Gahan przejął wtedy część obowiązków kompozytorskich. Zdecydował się na karierę solową. To z pewnością podziałało na ambicję Gore'a, który nie chciał tracić pozycji kompozytora-lidera. Od tego czasu obaj połączyli swoje talenty. Ale gdy uwolnili się od nałogów, w 2009 r. podczas tournée u Gahana odkryto guza. Nie było wyjścia: Gahan musiał przerwać koncerty, by poddać się leczeniu.

– To był czas, kiedy byłem bliski wezwania menedżera i zakomunikowania mu, że już nigdy nie wrócę na scenę – wspominał. – Cały czas spędzałem z żoną i dziećmi. Przyszła przepiękna nowojorska wiosna. Było piękne słońce, kwitły drzewa i ogrody. Zobaczyłem, ile traciłem, koncertując, i co mogę stracić, jeśli umrę.

Jednak strach minął i Gahan przekonał onkologa, żeby kontynuować terapię w przerwie między występami.

– To było strasznie trudne – dodaje. – Ciągle dopadały mnie jakieś choroby, byłem osłabiony, skręciłem nogę. Na szczęście chemioterapia ograniczyła postępy dolegliwości. Mogłem się cieszyć koncertami, tak jakby były ostatnie w moim życiu. A potem przyszło ozdrowienie.

Znamy już terminy kolejnych koncertów w łódzkiej Atlas Arenie. 9 marca wystąpią C.C. Catch i Thomas Anderson i Modern Talking Band. 7 kwietnia swój ulubiony zespół przypomną sobie fani The Kelly Family. 18 kwietnia zagrają Thirty Seconds To Mars., zaś 29 lipca Scorpions.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL