Literackie studium narodzin zła

aktualizacja: 13.09.2017, 22:00
Foto: materiały prasowe

Wznowione powieści Tomasza Białkowskiego przypominają, że w Olsztynie ukrywa się pisarz, który nie ustępuje umiejętnościami cenionym autorom głównego nurtu.

REDAKCJA POLECA

Pisze książki od piętnastu lat. Na koncie ma dziesięć powieści i jeden zbiór opowiadań, za które zdobył wiele świetnych recenzji i nominacji do wyróżnień. Choćby do literackiej nagrody Warmii i Mazur „Wawrzyn" za minipowieść „Pogrzeby" z 2006 r. Jednocześnie rzadko uczestniczy w publicystycznych dyskusjach ludzi kultury. Jego wpisy na Facebooku nie wywołują skandali i setek komentarzy. Nie wdaje się w polityczne przepychanki i nie komentuje bieżących wydarzeń w telewizjach informacyjnych. Wydaje się, że jest całkowicie skupiony na literaturze.

Poza wielkimi centrami

Pytanie, czy żyje tak z wyboru, czy może jednak jest tak, że twórca funkcjonujący na co dzień poza kulturalnymi centrami tj. Warszawa, Kraków czy Wrocław, dla głównego nurtu mediów i krytyki literackiej nie istnieje.

– Po roku 1989 powszechnie obwieszczano zanik centrali. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się wtedy pisma literackie, stowarzyszenia, wydawnictwa regionalne. Wtedy to na równych prawach wychodziły książki w Olsztynie i Krakowie – odpowiada „Rzeczpospolitej" Tomasz Białkowski. Jako uważny i wieloletni obserwator, a później też uczestnik rynku literackiego w Polsce podkreśla, że z czasem zaczęło się to zmieniać, a życie literacko-wydawnicze skupiło się w kilku wielkich miastach.

Mimo to Białkowski nie ma poczucia egzystowania poza środowiskiem literackim. – Z Olsztyna do Warszawy podróż trwa raptem dwie godziny. W telefonie mam całkiem długą listę znajomych pisarzy, z którymi mniej bądź bardziej regularnie prowadzę rozmowy – opowiada pisarz. Za to przyznaje, że w mediach faktycznie bywa rzadziej: – Preferują one coraz bardziej uproszczony, by nie powiedzieć infantylny, obraz świata. Moje historie w tej sytuacji nie mają wielkich szans. Media coraz częściej poprzestają na narracji oczywistej i przewidywalnej i coraz częściej przeglądając zapowiedzi wydawnictw, można przewidzieć, kto będzie dobrze o jakiej książce pisał, która książka przepadnie, a która stanie się bestsellerem.

Urodził się w Jezioranach nad rzeką Symsarną w rodzinie powojennych osadników i na Warmii spędził większość życia. Mieszka w Olsztynie i tam pisze swoje kolejne książki. – W Olsztynie istniało pismo „Portret", w którym debiutowałem – wspomina pisarz. – Potem jako redaktor byłem współwydawcą blisko 50 książek i ponad połowy numerów pisma, współorganizatorem spotkań literackich, koncertów, studenckich praktyk i wielu innych działań – mówi pisarz. W tym środowisku poznał też swoją późniejszą żonę Bernadettę Darską zajmującą się naukowo krytyką literacką.

Trudno odmówić pisarzowi racji, gdy narzeka na schematyczne działanie zardzewiałej machiny wydawniczo-medialnej. Dzisiaj niełatwo jest się przebić nie tylko zdolnym debiutantom, ale też pisarzom, którzy zaczynali karierę w mniejszych lub regionalnych wydawnictwach, do których nowości krytycy i dziennikarze nie mają nawyku zaglądać.

Dlatego bardzo dobrym pomysłem autora i wydawnictwa Muza jest wznowienie w jednym tomie trzech ważnych powieści w dorobku Białkowskiego. Być może zbiór „Małe historie rodzinne" przypomni, że istnieje pisarz z dużym dorobkiem, który nie ustępuje autorom stawianym na piedestale, którzy co roku mogą liczyć co najmniej na nominacje do najważniejszych nagród nawet ze swoje słabsze książki.

Wybór trzech powieści jest bardzo dobry, ale też nieoczywisty, bo każda jest na swój sposób inna. „Zmarzlina" (2008) to wstrząsający zapis deprawacji młodego człowieka, który wskutek toksycznych relacji – wpierw z rodziną, a później z obcymi ludźmi – nie potrafi dostrzec dobra i coraz głębiej zapada się w kłamstwach, cynizmie i nihilizmie. Znakomicie napisana historia rozpoczyna się od matkobójstwa, a dopiero potem na każdej kolejnej stronie odkrywamy tajemnicę rodzinną bohatera na miarę antycznego dramatu. Język, stylizacja i narracja w pierwszej osobie, mająca formę wyznania, jest poruszająca i wiarygodna. Dostajemy w niej studium zła, przed którym bohater nie potrafi się uchronić.

Kolejną powieścią w tomie są „Pogrzeby" (2006). Studium rozpadu życia i jednocześnie znakomita analiza męskości, która okazuje się konstruktem zupełnie nietrwałym w zderzeniu z życiem. Ideały bohatera degradują się w spotkaniu z kolejnymi kobietami. Tutaj również czeka na czytelników zaskoczenie i zwrot iście filmowy, który narracyjnie dopełnia literackość języka Białkowskiego.

Ostatnia powieść zawarta w tomie „Małe historie rodzinne" to „Teoria ruchów Vorbla" z 2011 r. Jeszcze jedna antyprzypowieść o rodzinie. Pełna niespełnienia, wzajemnych żalów, zdrad i zawiedzionych oczekiwań.

Pytany o to, co łączy te trzy powieści, Tomasz Białkowski odpowiada, że żadna z nich nie miała szczęścia pod względem wydawniczym. Były drukowane przez małe, ignorowane oficyny albo przez wydawców przechodzących perturbacje organizacyjne.

– Spina je temat relacji rodzinnych – zauważa Białkowski. – Wszystkie stanowią studium rozpadu więzi międzyludzkich. To historie o maskach, o atrofii i obumieraniu. Opowiadają o katastrofie dzieciństwa, wreszcie o wielkiej samotności. Spoiwem łączącym wszystkie trzy książki jest również przekonanie, że rzeczy najboleśniejsze i jednocześnie najpiękniejsze zdarzają się między ludźmi sobie bliskimi – mówi prozaik.

I sensacja, i literatura

To nie przypadek, że pisarz z Olsztyna do opisywania tematów trudnych i historii tragicznych sięga po rozwiązania znane z utworów sensacyjno-kryminalnych. Lubi zawieszenia akcji, retrospekcje, suspensy i zwroty akcji, dzięki którym wodzi czytelnika za nos. Próbuje godzić wysoką literaturę z rozwiązaniami charakterystycznymi dla twórczości gatunkowej i zupełnie się tego nie wypiera.

– Podoba mi się to, co robi Pierre Lemaitre, tzn. godzenie pisania książek, nazwijmy je tak: sensacyjnych na dobrym poziomie, z tworzeniem literatury artystycznej – mówi Białkowski. Na potwierdzenie tej tezy warto przypomnieć, że Francuz w 2013 r. dostał prestiżową nagrodę Goncourtów, a jednocześnie sprzedaje książki w zawrotnych nakładach w swojej ojczyźnie i za granicą. Czy w Polsce taki model literatury się sprawdza? – Myślę, że jest trudny do zaakceptowania przez obie strony. Stąd może „kręcenie nosem" przez niektórych nad „Rauszem" po tym, jak wcześniej napisałem kryminalną trylogię – dodaje Białkowski.

Trylogia („Drzewo morwowe", „Kłamca" i „Król Tyru" z lat 2012–2013) opowiadała o przygodach dziennikarza śledczego Pawła Werensa, który rozwiązywał kolejne makabryczne zagadki. Z kolei „Rausz" to ostatnia powieść Tomasza Białkowskiego z 2016 r., w której na wzór Jonathana Littella i jego „Łaskawych" wykreował postać esesmana Egona von Rauscha – arystokraty pruskiego i bezwzględnie posłusznego zabójcy nazistowskiego, którego losy przerażają, a jednocześnie niepokojąco fascynują.

Narażeni na zło

Temat zła i jego narodzin powraca niemal we wszystkich książkach Białkowskiego, dlatego też nie dziwi fakt, że jednym z jego ulubionych pisarzy jest Cormac McCarthy – genialny analityk zła portretujący społeczność amerykańskiego Południa.

– Wielkim złudzeniem jest według mnie przekonanie, że zło przychodzi z zewnątrz i że są ludzie, którzy są od zła wolni. Wszyscy jesteśmy na zło narażeni. To od nas jednak też zależy, czy złu się poddamy i czy pozwolimy mu się w nas zalęgnąć – mówi autor „Rauszu". Podkreśla, że najbardziej interesuje go zło, które jest niewidzialne i zakamuflowane. Jego zdaniem zło bywa niewidzialne, łatwo się kamufluje, dlatego łatwo nie dostrzec tego, że jest blisko. – Bezpieczniej jest przecież trwać w złudzeniu, że to, co skomplikowane i trudne, a zło przecież takie jest, nas nie dotyczy. Interesuje mnie moment negatywnego olśnienia. Kiedy ktoś, kto ma o sobie bardzo dobre mniemanie, zauważa, że wcale nie jest taki idealny i z tym swoim mrocznym wizerunkiem musi się zmierzyć – kończy pisarz.

POLECAMY

KOMENTARZE