Jestem niezłym strażakiem

aktualizacja: 13.09.2017, 22:00
Foto: materiały klubu

Janusz Bucholc, wychowanek i wieloletni kapitan piłkarzy Stomilu Olsztyn mówi o przywiązaniu do klubu i trudnej roli lidera drużyny permanentnie targanej problemami finansowymi.

REDAKCJA POLECA

Rz: Stomil to taka kobieta, którą kocha się mimo wszystko, nawet jeśli nie zawsze jest fair?

Janusz Bucholc: Ciekawe porównanie. Stomil rzeczywiście jest taką trudną miłością, nie wszystko jest w niej do końca poukładane, ale zawsze się do niej wraca. Chociaż na pewno nie mogę powiedzieć, że Stomil mnie zdradził, bo kiedy po roku wróciłem z Wigier Suwałki, przyjęto mnie z otwartymi ramionami. Prezesi złożyli dobrą propozycję, szanujemy się. Ale wiadomo, że te ogromne zawirowania organizacyjne z przeszłości odcisnęły swoje piętno i człowiek podchodzi do tej miłości z większym dystansem. Wierzę jednak, że teraz będzie już tylko lepiej.

Ma pan 32 lata. Czuje, że już zestarzeje się z tą kobietą?

Raczej tak. Wybudowałem dom, mam poukładane życie, trenuję też dzieci w akademii, co jest dla mnie niezwykle istotne. Chcę zostać trenerem, robię papiery i wierzę, że Stomil będzie częścią mojej przyszłości. Oczywiście pod warunkiem, że to wszystko będzie odbywać się na normalnych warunkach. Ale od kiedy wróciłem, faktycznie widzę, że z każdym dniem klub robi postępy, pewne rzeczy wyglądają inaczej, niż gdy odchodziłem stąd rok temu.

Jest pan kapitanem, chce być trenerem, czyli w dalszym ciągu będzie pan musiał gasić pożary w zespole...

Jako szkoleniowiec zapewne będę gasił ich jeszcze więcej, ale chyba jestem niezłym strażakiem i dam radę. To mnie rajcuje, żyję tym.

Pamięta pan swój pierwszy mecz Stomilu w roli kibica?

To były już czasy ekstraklasy, połowa lat 90. Szczególnie zapamiętałem mecze, w których podawałem piłki, bo każdy z chłopaków o tym marzył. Trening poprzedzający mecz to była zawsze rywalizacja. Do podawania piłek potrzebowano dziewięciu–dziesięciu chłopaków, a chcieli wszyscy. No i była walka: albo żonglerka prawa–lewa noga, kto najwięcej zrobi, albo uderzenia w poprzeczkę. To były takie emocje, że często kończyło się łzami, przegrani z zazdrością patrzyli na wybrańców.

Pamiętam chociażby mecze z Widzewem, Legią, reprezentacyjny z Litwą i wiele innych. To były ogromne emocje. Z tamtego Stomilu najbardziej podziwiałem obrońców: Andrzeja Biedrzyckiego i Bartosza Jurkowskiego. Pamiętam też ten respekt, który czuło się do piłkarzy, bo poprosić o autograf zawodników Widzewa – a szczególnie po meczu, który przegrali u nas 0:1 – to było wyzwanie.

Najbardziej bałem się podejść do Macieja Szczęsnego i kiedy poprosiłem go o podpis, z jego strony rzeczywiście pojawiła się jakaś nieprzyjemna odzywka, ale on już taki jest (śmiech). Takie rzeczy jednak siedzą później w młodych chłopakach i sam nie chciałbym zostać tak zapamiętany. Ale czasy się zmieniły, dzisiejsze pokolenie jest odważniejsze, nie czuje aż takiego respektu.

Kiedy w czerwcu 2016 r. odchodził pan do Wigier, ciężko było powiedzieć to kolegom czy przeczuwali, co się kroi?

Nie ukrywałem tego przed chłopakami, wiedzieli, co się dzieje. Tym bardziej że pół roku wcześniej, zimą, byłem już na skraju wyczerpania, ale klub skłonił mnie do pozostania jeszcze na kolejną rundę. Ale potem też nie było wielkiej poprawy, dlatego odszedłem.

To prawda, że nie mógł pan zasnąć przed meczem Wigier ze Stomilem?

Tak, chociaż rzadko w ten sposób reaguję. Szczególnie że graliśmy w Olsztynie w ostatniej kolejce i to był mecz nieistotny dla układu tabeli. Ale mimo to emocje były, bo spotkałem się z tymi ludźmi po zupełnie innej stronie. Przede wszystkim z chłopakami z boiska, ale też osobami obsługującymi stadion, sprzątaczką, ludźmi z biura. To było dla mnie trudne, bo długo byłem w Stomilu. Emocje buzowały może też dlatego, że wiele ciężkich chwil przeżyliśmy wspólnie.

W Suwałkach pensja wpływała na czas, nie było też problemu z miejscem do treningu. Tamten sezon był w końcu czasem spokoju?

Problemy organizacyjnie w ogóle nie istniały. Jedynym stresem, jaki mnie tam spotkał, był ten czysto piłkarski, ale przyjemny, który sportowcy uwielbiają. Zimą postawiono przed nami konkretny cel, czyli awans do ekstraklasy. Później graliśmy też o finał Pucharu Polski.

Niestety, nie udało się, ale cieszę się, że poszedłem do Wigier, bo trafiłem akurat na moment, w którym był bum na ekstraklasę. Szliśmy va banque, ale gdzieś na koniec zabrakło piłkarskiego doświadczenia, doszły do tego jeszcze problemy głównego sponsora. I kto wie, czy szczęściem nie było, że akurat teraz wróciłem do Stomilu.

Nowi koledzy naśmiewali się ze stadionu Stomilu?

Szatnia bywa bezlitosna, dlatego kiedy przyjechałem tu z nimi, to nie ma co ukrywać, była szydera. Jest ona zresztą w całej Polsce, w końcu to nasze olsztyńskie „Kęp Nou". Wszyscy przecierają oczy, bo nie wierzą, jak dajemy sobie radę na tym obiekcie, jak dają sobie radę kibice, którzy i tak potrafią przychodzić tu z dziećmi na mecz. To jednak pokazuje, jak głodny piłki jest Olsztyn. Takie opinie są przykre, bo człowiek jest stąd i oczekuje szacunku dla tego klubu, ale przez stadion cały czas jesteśmy obiektem żartów.

Kiedy przyjechał pan tutaj w czerwcu z Wigrami na mecz, miał na sobie koszulkę z napisem „Nowy stadion dla Olsztyna". Długo pan to planował?

Jak to w moim życiu, spontan, ale przemyślany.

A po kilku tygodniach znów był pan w Stomilu. Długo siedział pan na walizkach?

Ostatnie trzy tygodnie były bardzo ciężkie. Praktycznie co drugi dzień zmieniał się kierunek wyjazdu: albo jadę na południe, albo dalej na wschód, to było jak przeciąganie liny. A temat Stomilu tak naprawdę pojawił się w ostatnim momencie.

Czekał pan na ten telefon?

Nie ukrywam, że tak. I czułem, że powrót do Olsztyna będzie dobrym ruchem z mojej strony. Na początku było jeszcze sporo zawirowań, nie wiadomo było, kto zostanie w zespole, kto odejdzie, kto będzie trenerem. Ale od początku miałem nadzieję, że odpowiedni poziom sportowy zostanie zapewniony i nie pomyliłem się, jak na razie punktowo wystartowaliśmy nieźle. Przede wszystkim w końcu mamy gdzie trenować. Jest nowe boisko, nie trzeba już ćwiczyć na zakolach za bramami ani jeździć do Łukty, a te dojazdy były miażdżące. Finansowo też wszystko się prostuje, małymi kroczkami, ale jednak.

W poprzednich sezonach, kiedy nad Stomilem wisiało widmo upadku, musiał pan niekiedy chodzić nawet na spotkania z władzami miasta negocjować pomoc dla klubu. Nie miał pan wtedy myśli: „Po co mi to? Jestem od grania, a nie od takich rzeczy"?

Będąc w Olsztynie, nie możesz tak myśleć. Każdemu powtarzam, że w tym mieście nie jesteś tylko od grania. Takie podejście można mieć w Wigrach czy Miedzi Legnica, ale tutaj? Będąc kapitanem lub członkiem rady drużyny, musisz być człowiekiem instytucją. Musisz radzić sobie w każdych warunkach, rozmawiać z ludźmi, z którymi być może nawet nie chcesz rozmawiać. Warto było walczyć, chociaż nie ukrywam, że zdenerwowanie było codziennością. To mnie przytłaczało, a najbardziej moją rodzinę.

Jak radziliście sobie w szatni, kiedy zaległości finansowe były największe?

Były różne sytuacje. Ktoś lepiej zabezpieczony finansowo starał się czasami pożyczać pieniądze, inny zapraszał na obiad – tego typu pomoc. I dlatego też nie było rozłamu w drużynie. Bo gdyby każdy podchodził do Stomilu jak do korporacji, na zasadzie „jak nie ma pieniędzy, to idę", to tego zespołu już dawno by nie było. Gdyby coś takiego wydarzyło się w szatni, gdzie jest 90 proc. przyjezdnych, to wszystko rozmyłoby się z dnia na dzień. U nas było jednak wielu ludzi stąd, dlatego nikt na to nie pozwolił. Chociaż syf był totalny, nie ma co ukrywać.

Na co sportowo stać dzisiejszy Stomil?

Nie chcę mówić, że jesteśmy skazani na walkę o utrzymanie lub środek tabeli, bo zupełnie zmieniłem nastawienie po poprzednim sezonie, kiedy do ekstraklasy awansowała Sandecja. To był dla mnie szok, bo na początku sam skazywałem ich na końcówkę tabeli. A tu proszę, oni byli mocni, wywalczyli awans z zawodnikami tak naprawdę niechcianymi w innych klubach. Tak więc starajmy się wygrać każdy kolejny mecz, a cele same się wykrystalizują.

POLECAMY

KOMENTARZE