Mazurska Syberia fascynuje

aktualizacja: 09.08.2017, 22:00

„Dziedzictwo Prus Wschodnich" to książka, która dowodzi, że za sprawą badań naukowych o Warmii i Mazurach ciągle możemy się dowiedzieć zaskakujących rzeczy.

REDAKCJA POLECA

Prusy Wschodnie to nazwa, która przez lata nabrała negatywnych konotacji. Kojarzy się z germanizacją oraz niemieckim ekspansjonizmem. Profesor Andrzej Sakson użył tej nazwy trochę z przekory, ale jeszcze bardziej z naukowego przekonania, że mimo historycznych zaszłości jest to najwłaściwsza kategoria dla celów badań socjologicznych, które od lat prowadzi na temat rdzennych mieszkańców Warmii i Mazur, a także terenów położonych już poza Polską.

Urodził się w 1952 r. w Elblągu, przez pewien czas mieszkał w Olsztynie, a dziś żyje w Poznaniu i od lat związany jest z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza oraz Instytutem Zachodnim. Wiele czasu spędził też w Berlinie, gdzie w młodości uczył się i zarabiał. Tam zaprzyjaźnił się z rdzennym Mazurem, którego część rodziny wyemigrowała do Niemiec, a część pozostała w Polsce. Zaczął z nim jeździć w latach 70. do Krainy Tysiąca Jezior, a później zainteresował się tematem naukowo. W latach 80. rozpoczął wieloletnie badania terenowe nad ludnością Mazur i Warmii. Zaczął od studiów historycznych, by z czasem skupić się na współczesnych analizach socjologicznych. Robi to do dzisiaj, mając obecnie status jednego z najwybitniejszych badaczy tematu. Wydana właśnie książka „Dziedzictwo Prus Wschodnich" stanowi podsumowanie jego wieloletniej pracy.

Źródło wiedzy

To książka naukowa, w której obok świadectw oraz wspomnień rdzennych Mazurów i Warmiaków znajdziemy też sporo danych, materiałów źródłowych i statystyk. To analiza socjologiczna, a jednocześnie nadzwyczajne źródło wiedzy o regionie z wnikliwie nakreślonym tłem historyczno-politycznym. Autor odkłada na bok historyczne uprzedzenia, starając się uczciwie prześledzić losy rdzennej ludności Prus Wschodnich, a nawet więcej, bo rzutuje historyczne wydarzenia na współczesne życie regionu.

Na pytanie, co właściwie należy rozumieć przez pojęcie „Prusy Wschodnie", prof. Sakson w rozmowie z „Rzeczpospolitą" odpowiada, że to nazwa historyczna, funkcjonująca w oficjalnych dokumentach polskich i sowieckich jeszcze w 1945 r. Odnosi się do ziem znajdujących się dzisiaj na terenie trzech państw: polskiej Warmii i Mazur, rosyjskiego obwodu kaliningradzkiego i litewskiego Kraju Kłajpedzkiego. – Użyłem tej nazwy świadomie, gdyż postanowiłem wyjść poza polskie granice i zderzyć procesy dezintegracji społeczności z tego regionu po 1945 r. w różnych państwach – tłumaczy nam autor.

Z początku był przekonany, że historia upadku dawnych społeczności Warmiaków i Mazurów była charakterystycznym zjawiskiem dla Polski, wynikającym z niewłaściwie prowadzonej wobec nich polityki. – Zobaczyłem jednak, że w Kraju Kłajpedzkim sytuacja wyglądała identycznie. Możemy więc mówić o ogólniejszych prawidłowościach portretujących rozpad dawnej społeczności ewangelickiej – opowiada naukowiec. – Procesy repolonizacji i relituanizacji społeczności mazurskiej po wojnie zakończyły się klęską, bo były to grupy już silnie zgermanizowane. Wiązało się to m.in. z ich ewangelickim wyznaniem, ale również w sposób naturalny wypływało z wieloletniego obcowania w sąsiedztwie kultury niemieckiej, począwszy od działalności zakonu krzyżackiego w XIII w. – podkreśla profesor.

Wiele w ostatnim czasie mówi się i pisze o powojennej historii tej „przeklętej ziemi". Znamy opowieści o migracji i wysiedleniach, a także o wymuszaniu narodowościowych deklaracji. Rzadziej jednak mówi się o przedwojennej historii polskich i niemieckich Mazurów. Może się ona okazać dla wielu zaskakująca, bo tak jak Polacy prowadzili nieumiejętną i szkodliwą politykę po 1945 r., tak i Niemcy nie do końca wiedzieli, jak zapanować nad żywiołem mazurskim. – Tereny Prus Wschodnich określano mianem niemieckiej Syberii, kraju, w którym diabeł mówi dobranoc – przypomina prof. Sakson. – To był najbardziej wysunięty na wschód obszar Rzeszy, oddalony i peryferyjny. Tereny głównie rolnicze z ośrodkami przemysłowymi w Królewcu i Elblągu. Stanowiły one zaplecze rolnicze i ludnościowe, zwłaszcza w okresie wielkiej industrializacji, kiedy to z Prus Wschodnich wielu ludzi wyjechało do pracy w Nadrenii, Westfalii i Berlina.

Niemcy traktowali mieszkańców Prus Wschodnich z wyższością. Znane było powiedzenie, że „gdzie kończy się kultura, tam spotkasz Mazura". Były to tereny wielokulturowe i wielonarodowościowe. Dużą grupę stanowili Mazurzy mówiący po polsku. Nazywano ich pruskimi Polakami. Na osadnictwo polskojęzycznych rodzin z Mazowsza nie narzekano, licząc, że w końcu i oni ulegną polityce Kulturkampfu. Przełom XIX i XX w. zapoczątkował budzenie się nacjonalizmu. – Jednak Mazurzy, zwłaszcza w społecznościach małomiasteczkowych, zachowali swoją odrębność – dodaje profesor. Jednocześnie narodowi socjaliści znajdowali podatny grunt dla swoich haseł na terenach Prus Wschodnich. – Berlin zainteresował się tym regionem szczególnie uważnie po wyborach w 1933 r., kiedy narodowi socjaliści uzyskali tam wysokie wyniki. Do Mazurów przemawiały zwłaszcza hasła bezklasowego społeczeństwa narodowego, w którym wszyscy mieszkańcy niemieckiej Rzeszy będą równi. Dowartościowywanie Mazurów i zwalczanie stereotypu niecywilizowanego wschodu przynosiło plony. Podobnie jak wspieranie rolnictwa na tych terenach. Wtedy ruszyła też masowa indoktrynacja młodzieży – opowiada Andrzej Sakson.

Na pastwę losu

Klęska III Rzeszy sprawiła, że mieszkańcy Prus Wschodnich zostali pozostawieni sami sobie.

– Trzeba było decydować – tłumaczy prof. Sakson – czy pozostać w ojczyźnie, poddając się aktom weryfikacji. W tym celu Mazurzy musieli eksponować swoje polskie i słowiańskie elementy kultury. Czy też podzielić los dużej części rodaków i ewakuować się bez perspektywy powrotu. Wyjściem pośrednim były wyjazdy w kolejnych falach powojennej emigracji.

Czy dla Polski tereny Prus Wschodnich były cennym nabytkiem po wojnie? – Jeśli chodzi o kwestie strategiczne i geopolityczne, to miały duże znaczenie. Początkowo Polacy liczyli, że dostaną całe Prusy Wschodnie, ale musieli oddać część sowietom. Natomiast pod względem przemysłowym oraz infrastrukturalnym był to teren bardzo zaniedbany, zwłaszcza w porównaniu z Dolnym Śląskiem – odpowiada autor.

Po wojnie Mazurzy przyjęli postawę uległą nie tylko wobec polskiej administracji, ale też względem grup napływowych. Chcieli już tylko przetrwać i pozostać na swych gospodarstwach. Po 1945 r. ważną rolę zaczęli odgrywać katoliccy Warmiacy, ale to się skończyło już w 1948 r. wskutek zaostrzenia komunistycznego kursu. Przyjeżdżali tu Kresowiacy, ludność z północnego Mazowsza, w tym liczni Kurpie, a także wielu Ukraińców, zwłaszcza po akcji „Wisła". Ich odsetek w województwie warmińsko-mazurskim do dziś pozostaje jednym z najwyższych w Polsce.

Najbardziej napięte były relacje pomiędzy Mazurami a Kurpiami, którzy mieli ze sobą kontakt jeszcze przed wojną i po 1945 r. wyrównywali niejako rachunki. Z początku na Mazury i Warmię zapuszczali się szabrownicy, ale z czasem przyjeżdżali też osadnicy zajmujący co lepsze gospodarstwa. Polacy z Kresów byli inni. Wcześniej żyli w społecznościach wielokulturowych, obcowali na co dzień z Żydami, Rusinami i Ukraińcami. Poza tym sami doświadczyli wysiedlenia i dużo w nich było sympatii wobec rdzennych Mazurów. Wszystkie te perturbacje sprawiły, że dziś na terenie Warmii i Mazur mieszka od 30–40 tys. potomków rdzennej ludności.

Ważna współczesność

„Dziedzictwo Prus Wschodnich" to jednak nie tylko analiza historyczna. Dużą część pracy stanowi opowieść o współczesnej Warmii i Mazurach, a także o wspomnianym obwodzie kaliningradzkim i Kraju Kłajpedzkim. Dowiadujemy się na przykład tego, że pewne problemy społeczno-gospodarcze, z którymi można obecnie się spotkać w tych regionach, są ściśle powiązane z przeszłością. Czytamy o  „amorficzności i nieokreśloności postmigracyjnych społeczności", czego pokłosiem jest niskie zaangażowanie obywatelskie. Potwierdzają to wątłe struktury Solidarności na tych terenach w latach 80., a także wysoki odsetek głosujących na Stana Tymińskiego w wyborach 1990 r.

„Dziedzictwo Prus Wschodnich" z akademicką precyzją rozwiewa wiele regionalnych mitów i dowodzi, jak bardzo żywotny był i jest żywioł mazurski. W dodatku jak na książkę naukowca stanowi też bardzo osobistą opowieść o przywiązaniu do tej ziemi i ludzi. Do ich złożonej kultury i niełatwej historii. To właśnie jej pogmatwanie wydaje się najbardziej fascynować prof. Andrzeja Saksona.

POLECAMY

KOMENTARZE