Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Życie Warmińsko-Mazurskiego

Będę walczył do końca życia

materiały prasowe
Adam Seroczyński, pochodzšcy z Olsztyna kajakarski bršzowy medalista olimpijski z Sydney opowiada o nadziei na oczyszczenie z dopingowych oskarżeń i życiu z piętnem „koksiarza".

Rz: Od rewelacji telewizji ARD, według której MKOl i Œwiatowa Agencja Antydopingowa tuszowały wykrycie podczas igrzysk w Pekinie w 2008 r. clenbuterolu m.in. u jamajskich sprinterów, minęło już kilka tygodni. Dla pana, który jako jedyny został wtedy zdyskwalifikowany za ten œrodek, to przełom, szansa na udowodnienie, że doping dostał się do pana organizmu przypadkowo poprzez zjedzone mięso. Może to teraz dziwnie zabrzmi, ale jak smakuje drugie życie?

Adam Seroczyński: Aż tak różowo to jeszcze nie wyglšda, ale cieszę się, że ta afera wybuchła. Twarde argumenty potwierdzajšce mojš wersję może dotrš do sumień ludzi, którzy mi nie wierzyli, ale czy przemówiš do MKOl? Kiedy przeczytałem w internecie wiadomoœć, że nie tylko u mnie wykryto clenbuterol, poczułem jednak ulgę. Od poczštku wraz ze specjalistami i prawnikiem twierdziliœmy, że specyfik mógł dostać się do mojego organizmu przez jedzenie (w Chinach tym œrodkiem tuczy się zwierzęta – red.). I takš linię obrony obraliœmy. Ale członkowie komisji wštpili, bo jak to? W Pekinie było ponad 10 tys. sportowców, a wpadłem tylko ja? A teraz wychodzi, że miałem rację. Satysfakcja jest, ale jednoczeœnie mobilizacja do dalszej walki, żeby to nie skończyło się na zasadzie: „Dobra, u nich znaleŸli, ale Seroczyński niech pozostanie zdyskwalifikowany".

Łudził się pan jeszcze, że po tylu latach może dojœć do przełomu?

Już pół roku temu zadzwonił do mnie Dariusz Sitkowski z Instytutu Sportu. Powiedział, że znaleziono metodę umożliwiajšcš zbadanie, czy clenbuterol mógł znaleŸć się w organizmie poprzez zjedzenie mięsa czy z zastrzyku lub tabletki. Od razu złapałem za telefon, zadzwoniłem do mojego pełnomocnika, zaczęliœmy działać – poszło pismo z PKOl do MKOl z proœbš o przetrzymanie moich próbek z Pekinu, bo czas na ich przechowywanie kończył się po oœmiu latach. Ale do tej pory PKOl żadnej odpowiedzi nie otrzymał. Sprawa była w zawieszeniu, aż do momentu wybuchu tej afery. Bo to naprawdę duża afera. Mam żal o to, że członkowie komisji zarzekali się, że moja wersja jest niemożliwa. Bo jak powiedziano, „organizator dołożył wszelkich starań, by jedzenie było bezpieczne". Wszyscy byli głusi na moje argumenty, m.in. że clenbuterol w ogóle nie pomaga w kajakach, poza tym wykryta dawka była minimalna. Podnosiliœmy też temat błędów proceduralnych, bo o wszystkim dowiedzieliœmy się po wyjeŸdzie z Pekinu, a przy otwarciu próbki B też nie było żadnego naszego przedstawiciela.

Teoretycznie pana rehabilitacja nie powinna być trudna, skoro Thomas Bach, dzisiejszy szef MKOl, był wtedy przewodniczšcym komisji dyscyplinarnej, która pana skazała. Rozmawiał pan z nim wtedy twarzš w twarz?

Ciężko było mówić o rozmowie, bo mój angielski nie był na tyle dobry, by swobodnie rozmawiać. Ale już po samych gestach członków komisji, po ich wyrazach twarzy było widać, jak lekceważšce mieli do mnie podejœcie. Czułem, że stajšc przed tymi panami w garniturach, byłem już skazany. Obalali każdy nasz argument. Wezwali nawet jakiegoœ profesora z Londynu, który poœwiadczył, że to niemożliwe, żeby zjeœć mięso i potem wykryć zawarty w nim œrodek w organizmie. PóŸniej w Trybunale Arbitrażowym w ogóle nie stawił się żaden działacz MKOl, tylko ich prawnik. Od poczštku byłem przez nich traktowany nie jako sportowiec, ale przeciwnik.

Nie było momentu, że po tylu latach chciał pan już odpuœcić?

Nie. Powiedziałem sobie, że jeœli będzie trzeba, to do końca życia będę starał się udowodnić, że jestem czysty.

Będzie pan walczył o ewentualne odszkodowanie finansowe?

Za wczeœnie jeszcze o tym mówić. Pierwsze kroki sš takie, że napisaliœmy pismo z pytaniem, co MKOl dalej chce z tym zrobić. Czekamy na ich ruch, chociaż mamy œwiadomoœć, że – jak to ktoœ powiedział – MKOl jest trochę jak Watykan: ciężko tam wejœć i otrzymać jakiekolwiek informacje. Myœlę jednak, że to już sprawa honoru szefa MKOl, który mnie skazywał, oskarżał o najgorsze dla sportowca rzeczy. Zresztš skoro sami działacze przyznajš, że sš niemal w stu procentach pewni, że clenbuterol u pozostałych pochodził z mięsa, to ktoœ powinien dać im do zrozumienia: „Hola hola, przecież skazaliœcie kajakarza z Polski i chyba powinniœcie coœ z tym zrobić?".

Gdyby nie to zamieszanie, dotrwałby pan do igrzysk w Londynie? W Pekinie miał pan już 34 lata.

To nie byłoby niemożliwe, bo w pewnym momencie im starszy byłem, tym lepsze były moje wyniki. Przy pomyœlnych wiatrach można było pojechać do Londynu i powalczyć nawet o złoto. Życie jednak podjęło za mnie decyzję. Brutalnie.

Jak wyglšdał dzień, kiedy dowiedział się pan o „wpadce"?

To było 2 wrzeœnia. Zadzwonił ówczesny prezes Polskiego Zwišzku Kajakowego Ryszard Seruga i powiedział: „Słuchaj, Adam, wykryto u ciebie doping". Zamurowało mnie: „Co? Jak? Kiedy? Z czym to powišzać?". Od razu zaczšłem sprawdzać hasło „clenbuterol". Telefon do lekarza, żeby wyjaœnił mi, co to jest. Œrodowisko kajakarskie może nie umywało ršk, ale na pewno nie pomagało mi za bardzo na poczštku. Pierwszym, który wycišgnšł do mnie rękę, był właœnie Dariusz Sitkowski. Od razu zaczšł działać.

Jaka była rekcja rodziny, sšsiadów, kolegi z osady Mariusza Kujawskiego?

Mariusz zawsze był cichym, mało wylewnym chłopakiem i z tego, co pamiętam, chyba nawet do mnie wtedy nie zadzwonił. A rodzina? Szok, płacz, wielka niewiadoma, co dalej, bo utrzymywałem się z kajaków, ze stypendium, sponsorów itd. I nagle nie doœć, że zostałem oskarżony o doping, to odcięto mi wszystkie œrodki. Oprócz tego, że walczyłem z dopingowym szokiem, trzeba było więc jeszcze walczyć o przetrwanie w normalnym życiu. Musiałem szukać pracy.

Co pan robił?

Zrobiłem prawo jazdy na autobus i pierwsze ogłoszenie, które znalazłem w gazecie, to był właœnie kierowca. Przez jakieœ cztery–pięć miesięcy woziłem ludzi wokół Olsztyna. PóŸniej przez znajomego znalazłem kontakt do hurtowni hydraulicznej, w której zresztš do dziœ pracuję. A po godzinach, jak pan widzi, jestem trenerem młodzieży (rozmawialiœmy przed treningiem, siedzšc na pomoœcie przystani kajakowej nad jeziorem Ukiel w Olsztynie – red.). Praca na etacie i emerytura olimpijska pozwalajš mi żyć na jakimœ poziomie. Fajerwerki to nie sš, ale nie mogę narzekać.

Reakcja œrodowiska kajakarskiego bolała?

Niektórzy mnie unikali, bo prawdopodobnie bali się, że ktoœ powišże z nimi aferę dopingowš. U nas w Polsce tak już jest, że jak pojawi się słowo „doping", od razu jest afera, człowiek jest z góry skazany. I dopiero po publicznym wydaniu wyroku ludzie zaczynajš się zastanawiać: „A może jednak nie?". Było jednak też dużo głosów wsparcia i, co ciekawe, też od ludzi, na których w takich sytuacjach raczej bym nie liczył. Ale i tak mam œwiadomoœć, że niektórzy do tej pory mi nie wierzš i jak czytajš „Seroczyński", to tak jakby czytali „koksiarz".

Dzieli pan swoje życie na dwa etapy? Do Pekinu i póŸniej?

W pewnym sensie tak. Nie da się ujšć w słowach tego, co przeżyłem. Nikt nie wie, nawet żona, jakie miałem w tamtych chwilach myœli. Można się tylko domyœlać jakie... Muszę przyznać, że ostatnie przełomowe informacje z jednej strony były dla mnie ulgš, ale z drugiej ta sprawa znowu wraca i na nowo jš przeżywam. Niby minęło prawie dziewięć lat, ale to cišgle we mnie siedzi. Najważniejsze jednak, że jest szansa na oficjalne oczyszczenie mnie. Czekam na „przepraszam", chociaż mam œwiadomoœć, że MKOl może się na to nie zdobyć.

Potrafi pan po tym wszystkim oglšdać igrzyska w telewizji?

Mimo wszystko potrafię. Wcišż wierzę w ideę olimpijskš, chęć rywalizacji i bycia najlepszym. Nie obraziłem się na sport, mam żal do MKOl jako instytucji.

Młodzi podopieczni zadajš pytania o przeszłoœć?

Oni sš jeszcze nieœwiadomi, niektórzy czasami pytajš tylko o medal. Generalnie młodzi, zaczynajšc treningi, nie interesujš się szerzej tym sportem. Na poczštku najważniejszy jest kajak. Dopiero po roku, dwóch sš bardziej œwiadomi, że to sport olimpijski i można zdobywać medale. Ale uprzedzajšc pana pytanie, nie miałem jakichœ uwag od rodziców, że ich dziećmi zajmuje się trener zamieszany w doping.

Gdzie leży bršzowy medal z Sydney?

W komodzie. Nadal w oryginalnym etui.

Jeszcze cieszy?

Medal cieszy, bo zdobyłem go na igrzyskach w Sydney, które bardzo miło wspominam. Natomiast kiedy wracałem z Pekinu z czwartym miejscem, byłem wkurzony, rozżalony. A póŸniej było jeszcze to przykre „bęc" od życia.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL