Będę walczył do końca życia

aktualizacja: 10.05.2017, 21:00
Foto: materiały prasowe

Adam Seroczyński, pochodzący z Olsztyna kajakarski brązowy medalista olimpijski z Sydney opowiada o nadziei na oczyszczenie z dopingowych oskarżeń i życiu z piętnem „koksiarza".

REDAKCJA POLECA

Rz: Od rewelacji telewizji ARD, według której MKOl i Światowa Agencja Antydopingowa tuszowały wykrycie podczas igrzysk w Pekinie w 2008 r. clenbuterolu m.in. u jamajskich sprinterów, minęło już kilka tygodni. Dla pana, który jako jedyny został wtedy zdyskwalifikowany za ten środek, to przełom, szansa na udowodnienie, że doping dostał się do pana organizmu przypadkowo poprzez zjedzone mięso. Może to teraz dziwnie zabrzmi, ale jak smakuje drugie życie?

Adam Seroczyński: Aż tak różowo to jeszcze nie wygląda, ale cieszę się, że ta afera wybuchła. Twarde argumenty potwierdzające moją wersję może dotrą do sumień ludzi, którzy mi nie wierzyli, ale czy przemówią do MKOl? Kiedy przeczytałem w internecie wiadomość, że nie tylko u mnie wykryto clenbuterol, poczułem jednak ulgę. Od początku wraz ze specjalistami i prawnikiem twierdziliśmy, że specyfik mógł dostać się do mojego organizmu przez jedzenie (w Chinach tym środkiem tuczy się zwierzęta – red.). I taką linię obrony obraliśmy. Ale członkowie komisji wątpili, bo jak to? W Pekinie było ponad 10 tys. sportowców, a wpadłem tylko ja? A teraz wychodzi, że miałem rację. Satysfakcja jest, ale jednocześnie mobilizacja do dalszej walki, żeby to nie skończyło się na zasadzie: „Dobra, u nich znaleźli, ale Seroczyński niech pozostanie zdyskwalifikowany".

Łudził się pan jeszcze, że po tylu latach może dojść do przełomu?

Już pół roku temu zadzwonił do mnie Dariusz Sitkowski z Instytutu Sportu. Powiedział, że znaleziono metodę umożliwiającą zbadanie, czy clenbuterol mógł znaleźć się w organizmie poprzez zjedzenie mięsa czy z zastrzyku lub tabletki. Od razu złapałem za telefon, zadzwoniłem do mojego pełnomocnika, zaczęliśmy działać – poszło pismo z PKOl do MKOl z prośbą o przetrzymanie moich próbek z Pekinu, bo czas na ich przechowywanie kończył się po ośmiu latach. Ale do tej pory PKOl żadnej odpowiedzi nie otrzymał. Sprawa była w zawieszeniu, aż do momentu wybuchu tej afery. Bo to naprawdę duża afera. Mam żal o to, że członkowie komisji zarzekali się, że moja wersja jest niemożliwa. Bo jak powiedziano, „organizator dołożył wszelkich starań, by jedzenie było bezpieczne". Wszyscy byli głusi na moje argumenty, m.in. że clenbuterol w ogóle nie pomaga w kajakach, poza tym wykryta dawka była minimalna. Podnosiliśmy też temat błędów proceduralnych, bo o wszystkim dowiedzieliśmy się po wyjeździe z Pekinu, a przy otwarciu próbki B też nie było żadnego naszego przedstawiciela.

Teoretycznie pana rehabilitacja nie powinna być trudna, skoro Thomas Bach, dzisiejszy szef MKOl, był wtedy przewodniczącym komisji dyscyplinarnej, która pana skazała. Rozmawiał pan z nim wtedy twarzą w twarz?

Ciężko było mówić o rozmowie, bo mój angielski nie był na tyle dobry, by swobodnie rozmawiać. Ale już po samych gestach członków komisji, po ich wyrazach twarzy było widać, jak lekceważące mieli do mnie podejście. Czułem, że stając przed tymi panami w garniturach, byłem już skazany. Obalali każdy nasz argument. Wezwali nawet jakiegoś profesora z Londynu, który poświadczył, że to niemożliwe, żeby zjeść mięso i potem wykryć zawarty w nim środek w organizmie. Później w Trybunale Arbitrażowym w ogóle nie stawił się żaden działacz MKOl, tylko ich prawnik. Od początku byłem przez nich traktowany nie jako sportowiec, ale przeciwnik.

Nie było momentu, że po tylu latach chciał pan już odpuścić?

Nie. Powiedziałem sobie, że jeśli będzie trzeba, to do końca życia będę starał się udowodnić, że jestem czysty.

Będzie pan walczył o ewentualne odszkodowanie finansowe?

Za wcześnie jeszcze o tym mówić. Pierwsze kroki są takie, że napisaliśmy pismo z pytaniem, co MKOl dalej chce z tym zrobić. Czekamy na ich ruch, chociaż mamy świadomość, że – jak to ktoś powiedział – MKOl jest trochę jak Watykan: ciężko tam wejść i otrzymać jakiekolwiek informacje. Myślę jednak, że to już sprawa honoru szefa MKOl, który mnie skazywał, oskarżał o najgorsze dla sportowca rzeczy. Zresztą skoro sami działacze przyznają, że są niemal w stu procentach pewni, że clenbuterol u pozostałych pochodził z mięsa, to ktoś powinien dać im do zrozumienia: „Hola hola, przecież skazaliście kajakarza z Polski i chyba powinniście coś z tym zrobić?".

Gdyby nie to zamieszanie, dotrwałby pan do igrzysk w Londynie? W Pekinie miał pan już 34 lata.

To nie byłoby niemożliwe, bo w pewnym momencie im starszy byłem, tym lepsze były moje wyniki. Przy pomyślnych wiatrach można było pojechać do Londynu i powalczyć nawet o złoto. Życie jednak podjęło za mnie decyzję. Brutalnie.

Jak wyglądał dzień, kiedy dowiedział się pan o „wpadce"?

To było 2 września. Zadzwonił ówczesny prezes Polskiego Związku Kajakowego Ryszard Seruga i powiedział: „Słuchaj, Adam, wykryto u ciebie doping". Zamurowało mnie: „Co? Jak? Kiedy? Z czym to powiązać?". Od razu zacząłem sprawdzać hasło „clenbuterol". Telefon do lekarza, żeby wyjaśnił mi, co to jest. Środowisko kajakarskie może nie umywało rąk, ale na pewno nie pomagało mi za bardzo na początku. Pierwszym, który wyciągnął do mnie rękę, był właśnie Dariusz Sitkowski. Od razu zaczął działać.

Jaka była rekcja rodziny, sąsiadów, kolegi z osady Mariusza Kujawskiego?

Mariusz zawsze był cichym, mało wylewnym chłopakiem i z tego, co pamiętam, chyba nawet do mnie wtedy nie zadzwonił. A rodzina? Szok, płacz, wielka niewiadoma, co dalej, bo utrzymywałem się z kajaków, ze stypendium, sponsorów itd. I nagle nie dość, że zostałem oskarżony o doping, to odcięto mi wszystkie środki. Oprócz tego, że walczyłem z dopingowym szokiem, trzeba było więc jeszcze walczyć o przetrwanie w normalnym życiu. Musiałem szukać pracy.

Co pan robił?

Zrobiłem prawo jazdy na autobus i pierwsze ogłoszenie, które znalazłem w gazecie, to był właśnie kierowca. Przez jakieś cztery–pięć miesięcy woziłem ludzi wokół Olsztyna. Później przez znajomego znalazłem kontakt do hurtowni hydraulicznej, w której zresztą do dziś pracuję. A po godzinach, jak pan widzi, jestem trenerem młodzieży (rozmawialiśmy przed treningiem, siedząc na pomoście przystani kajakowej nad jeziorem Ukiel w Olsztynie – red.). Praca na etacie i emerytura olimpijska pozwalają mi żyć na jakimś poziomie. Fajerwerki to nie są, ale nie mogę narzekać.

Reakcja środowiska kajakarskiego bolała?

Niektórzy mnie unikali, bo prawdopodobnie bali się, że ktoś powiąże z nimi aferę dopingową. U nas w Polsce tak już jest, że jak pojawi się słowo „doping", od razu jest afera, człowiek jest z góry skazany. I dopiero po publicznym wydaniu wyroku ludzie zaczynają się zastanawiać: „A może jednak nie?". Było jednak też dużo głosów wsparcia i, co ciekawe, też od ludzi, na których w takich sytuacjach raczej bym nie liczył. Ale i tak mam świadomość, że niektórzy do tej pory mi nie wierzą i jak czytają „Seroczyński", to tak jakby czytali „koksiarz".

Dzieli pan swoje życie na dwa etapy? Do Pekinu i później?

W pewnym sensie tak. Nie da się ująć w słowach tego, co przeżyłem. Nikt nie wie, nawet żona, jakie miałem w tamtych chwilach myśli. Można się tylko domyślać jakie... Muszę przyznać, że ostatnie przełomowe informacje z jednej strony były dla mnie ulgą, ale z drugiej ta sprawa znowu wraca i na nowo ją przeżywam. Niby minęło prawie dziewięć lat, ale to ciągle we mnie siedzi. Najważniejsze jednak, że jest szansa na oficjalne oczyszczenie mnie. Czekam na „przepraszam", chociaż mam świadomość, że MKOl może się na to nie zdobyć.

Potrafi pan po tym wszystkim oglądać igrzyska w telewizji?

Mimo wszystko potrafię. Wciąż wierzę w ideę olimpijską, chęć rywalizacji i bycia najlepszym. Nie obraziłem się na sport, mam żal do MKOl jako instytucji.

Młodzi podopieczni zadają pytania o przeszłość?

Oni są jeszcze nieświadomi, niektórzy czasami pytają tylko o medal. Generalnie młodzi, zaczynając treningi, nie interesują się szerzej tym sportem. Na początku najważniejszy jest kajak. Dopiero po roku, dwóch są bardziej świadomi, że to sport olimpijski i można zdobywać medale. Ale uprzedzając pana pytanie, nie miałem jakichś uwag od rodziców, że ich dziećmi zajmuje się trener zamieszany w doping.

Gdzie leży brązowy medal z Sydney?

W komodzie. Nadal w oryginalnym etui.

Jeszcze cieszy?

Medal cieszy, bo zdobyłem go na igrzyskach w Sydney, które bardzo miło wspominam. Natomiast kiedy wracałem z Pekinu z czwartym miejscem, byłem wkurzony, rozżalony. A później było jeszcze to przykre „bęc" od życia.

POLECAMY

KOMENTARZE