Śląsk

Kajetan „Kajto” Kajetanowicz: Z sukcesów trzeba umieć się cieszyć

Kajetan „Kajto” Kajetanowicz – trzykrotny rajdowy mistrz Europy, nominowany w konkursie na najlepszego sportowca Polski 2017 Roku w 83. plebiscycie „Przeglądu Sportowego”
materiały prasowe
W rajdach nigdy nie możesz być pewny wyniku. Ułamek sekundy może spowodować, że znajdziesz się poza drogą – mówi Kajetan Kajetanowicz, rajdowiec z Ustronia.

Rz: Właśnie wygrałeś po raz piąty Warszawską Barbórkę, mówi się, że jesteś królem Warszawy. W twoim kalendarzu to ważna impreza?

Kajetan Kajetanowicz: To coś zupełnie innego niż starty w mistrzostwach Europy, oczywiście do każdego startu podchodzę bardzo poważnie, do Barbórki też. Natomiast rundy mistrzostw Europy czy świata to są rajdy znacznie dłuższe, rozłożone w czasie, nie ma przewagi kibiców polskich. Barbórka jest rajdem bardzo krótkim, ale jest esencją emocji, symbiozy załogi z kibicami. Tam czuję znacznie bardziej obecność kibiców niż na każdym innym rajdzie. To bardzo ważna dla mnie impreza. Przede wszystkim dlatego, że bardzo rzadko startuję w Polsce i chcę przed swoimi fanami wystąpić jak najlepiej. Pokazać im tak, jak w tym roku, jeden z najlepszych samochodów rajdowych na świecie, ale też właśnie tu chcę wygrać. Mam świadomość, jaka odpowiedzialność na mnie ciąży. Każdy chce ze mną wygrać. Jest presja, muszę zrobić wszystko, żeby wygrać, i to jest też dla mnie motywacją.

Jest trudniej, gdy w grę wchodzi obrona tytułu?

Dopóki nie jesteś w takiej sytuacji, to chyba nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić. Wiem, czego ludzie ode mnie oczekują, sam też wymagam od siebie, że będę wygrywać. Jakbyś zareagowała gdybyś się dowiedziała, że wygrał ze mną ktoś inny?

Że odpuściłeś albo miałeś po prostu zły dzień.

No właśnie, ale to zawsze będzie oceniane negatywnie.

Ale jesteś człowiekiem, masz prawo do takich dni.

Trzeba umieć przegrywać, ale bardzo tego nie lubię. Potrafię odpuścić, żeby osiągnąć inny cel, tak zrobiłem w mistrzostwach Europy. Było w tym też trochę strategii. Jest coś takiego w chęci zwycięstwa, że jeżeli coś jest ważniejsze w dłuższej perspektywie, to potrafię odpuścić.

Czyli posiadasz umiejętność ustalania priorytetów?

Można tak powiedzieć, aczkolwiek rajdy są tak wspaniałe i emocjonujące dlatego, że wyniku końcowego nigdy nie możesz być pewnym. Ułamek sekundy może spowodować, że znajdziesz się poza drogą. W tej chwili poziom rajdowania jest naprawdę bardzo wysoki.

Udaje ci się czerpać przyjemność po prostu z jazdy?

Jeżeli nie lubię auta, którym jadę, to nie pojadę nim tak szybko, jakbym mógł. Muszę lubić samochód.

Czyli nie w każdym aucie czujesz się komfortowo?

Mam to szczęście, że nie pamiętam, żeby taka sytuacja miała miejsce. Jestem przekonany, że dzięki temu, że lubię samochody, którymi startuję, mogę je wykorzystać maksymalnie.

„Zaprzyjaźniasz się" ze swoimi autami?

Samochód traktuję osobowo, przy mechanikach czasem lubię coś do niego zażartować, lubię pogłaskać, poklepać po zderzaku, to jest właśnie utrzymywanie dobrych relacji.

Jesteście na siebie zdani.

Łatwiej jest mi zaufać, mieć pewność, jak będę wpasowywał się w zakręt przy prędkości 180km/h w lesie, bokiem. To są normalne sytuacje, wtedy łatwiej jest mi trzymać gaz. Ufam.

Potrzebujesz talizmanów? Krzysztof Hołowczyc woził skarpetkę córki.

Każdy ma inny sposób. Kiedyś wyjeżdżałem na rajd – wtedy jeszcze nie było w zwyczaju, że sprzątano w pokojach hotelowych codziennie – wychodząc już ubrany w kombinezon startowy, rzucałem pilota na łóżko, żeby mieć cel, żeby wrócić. Jak wracałem po ciężkim dniu rajdu, otwierałem drzwi, patrzyłem i widziałem, że pilot leży tam, gdzie go zostawiłem. To było fajne uczucie.

To forma poszukiwania normalności?

Może oswajanie przestrzeni. Nie sądzę, żebym był wariatem z tego powodu. Lubiłem ten moment, kiedy wracałem do pokoju i on tam dalej leżał.

Zdarza ci się siedzieć w życiu prywatnym na fotelu pasażera?

Rzadko. Bardzo jestem nieufny.

Przepis na sukces to ciężka praca i nietracenie kontaktu z marzeniami?

To cechy, które powinien posiadać każdy sportowiec, który chce osiągnąć sukces. Sukces jest bardzo obszernym pojęciem, mam na myśli możliwie jak najlepszy wynik. Można osiągnąć sukces PR-owy, nie osiągając dobrego wyniku, ale mówię o wyniku sportowym, czyli dążeniu do bycia najlepszym.

Czy to też jest nawiązanie do tytułu książki – „Jadę po swoje"?

To jest filozofia, która przenika przez moje życie od jakiegoś czasu, bo nie zawsze tak było.

Jak zatem było, co się zmieniło?

To jest historia chłopaka, który był zbójem, przede wszystkim był leniem. Byłem niepokorny.

To etap buntu młodzieńczego, który trzeba przeżyć, posmakować?

Tak sobie to wytłumaczyłem. Trzeba umieć wyciągać wnioski. Jest takie powiedzenie, że mądry uczy się na swoich błędach, mądrzejszy uczy się na cudzych błędach, a najmądrzejszy uczy się na cudzych sukcesach. Dziś mogę powiedzieć, że w pewnym stopniu mi się udało.

Jaka dzisiaj jest twoja filozofia i życiowe priorytety?

Jak powiem, że chciałbym, żeby moja rodzina była szczęśliwa, to nie będzie satysfakcjonujące, ale jednak to jest coś, co jest w tej chwili dla mnie bardzo ważne. Oczywiście nie potrafię żyć bez sportu, bez rajdów samochodowych, bez szybkiej jazdy. Wtedy czuję się w swoim świecie. Nie pytaj proszę co jest dla mnie ważniejsze, bo nie odpowiem.

Muzyk powie, że dla niego „kochanką" jest zawsze muzyka.

To trafne porównanie. Nie chciałbym dotrzeć do takiego momentu, w którym będę musiał sobie zadać pytanie, co jest ważniejsze.

Żona kibicuje i jest też fanem?

Kibicuje, ale nie jest wielkim fanem rajdów. Może to i dobrze, jest w stanie patrzeć obiektywnie.

Ile się zmienia, kiedy na świecie pojawia się dziecko?

Zmienia się podejście do życia. Dziś nie boję się o siebie, ale myślę o rodzinie, o bliskich, to też jest wyzwanie. Pracuję nad tym na treningach, żeby móc się odpowiednio koncentrować. Nawet podświadomie, jeśli myślisz albo wiesz, że coś jest niedomknięte w domu, to przy tej dyscyplinie, którą wykonuję, jest trudno jechać szybko.

To jest praca zespołowa, w której rodzina gra bardzo ważną rolę?

Oczywiście, że tak. Wsparcie, które dają bliscy, stabilizacja, która jest niezbędna do tego, żeby móc poświęcić się na takim poziomie, dyscyplinie, która jest bardzo skomplikowana. Wiele rzeczy nie zależy ode mnie, ale sporo jednak tak i do tego jest potrzebna również stabilizacja w domu.

Jak smakuje to spełnienie?

Jestem szczęśliwym perfekcjonistą, zawsze szukam czegoś, co można poprawić, i w życiu osobistym i zawodowym. W tej chwili przede wszystkim najważniejsze jest pogodzenie tych dwóch sfer.

Nie chcesz być tatą, którego dziecko zna tylko ze zdjęcia?

Nie chcę, a jednocześnie chcę być coraz lepszy w sporcie. Każdy z nas ma tylko 24 godziny na dobę i to jest wyzwanie, żeby wszystko pogodzić i puzzle poukładać.

Udaje ci się tak naprawdę zatrzymać, czy cały czas jest presja napiętego kalendarza?

To jest trudne, jestem człowiekiem, który na mecie myśli już o kolejnym starcie. Nie jest to do końca dobre, wiem. Z sukcesów trzeba się umieć cieszyć. Po prostu.

Mówimy o sportowym życiu, ale mam wrażenie, że są sytuacje, kiedy małe rzeczy cieszą najbardziej.

Córka jest dla mnie jedną z największych motywacji. Samo przebywanie z nią jest dla mnie cudowne. Nawet kiedy marudzi, czy jak to mówią po naszemu, wymyśla.

Od dzieci uczy się człowiek czystej postaci szczęścia i prostych rzeczy.

Oriana jest bardzo pogodnym dzieckiem. Uśmiech dziecka, jego zachowanie, wynagradzają wszystko, potrafią rozładować każdą napiętą atmosferę.

W twoim życiu adrenalina odgrywa bardzo ważną rolę.

Jestem od niej uzależniony.

Masz już w głowie plan na przyszłość z adrenaliną w roli głównej? Adam Małysz zamienił skocznię na samochód terenowy.

Może nie dorosłem jeszcze do tego, żeby mieć jasno sprecyzowany plan, czym zastąpić tę adrenalinę. Teraz skupiam się na pracy nad najbliższym sezonem, w którym na pewno spróbuję dać kibicom wiele radości.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL